Kwestia jednostkowych reakcji to problem, z którym stykam się bodaj najczęściej w ostatnich miesiącach. Funkcjonuję – w wirtualu i w realu – w środowiskach, które nie zapominają o Palestyńczykach, wciąż wzywają do bojkotu firm związanych w pewnym stopniu z Izraelem, apelują do polskiego rządu o zajęcie stanowiska w sprawie ludobójstwa, tropią syjonistyczne odchylenia i przekazują dalej publikacje o tym, co dzieje się w Strefie Gazy. Zapał i szermowanie słowem w tym konkretnym temacie są naprawdę (słusznie) ogromne, lecz niektórym gestom brakuje pytania, jak i po co mówimy. Szukając powiązań między Międzynarodowym Festiwalem Filmowym Nowe Horyzonty a Izraelskimi Siłami Zbrojnymi, nie odkrywamy tak naprawdę syjonistycznej hegemonii w świecie Zachodu, lecz właściwości usieciowionej i zglobalizowanej gospodarki kapitalistycznej. Reakcje wokół tegorocznych Nowych Horyzontów były fenomenem efemerycznym, acz intensywnym, a pokaz filmu Nadava Lapida „Tak” – jednym z najważniejszych głosów na temat tego, co dzieje się obecnie w Izraelu. Dlatego myślę, że tekst Kacpra Rydzewskiego domaga się polemiki.
Zacznijmy od akcji wrocławskiej Solidarnościówki. Grupa aktywistów wezwała festiwal do reakcji na doniesienia o tym, że BNP Paribas, nowy sponsor tytularny MFF Nowe Horyzonty, pośrednio finansuje izraelską armię. Organizatorzy ustosunkowali się, potępiając ludobójstwo w Gazie, a do tego oddali głos polskiej filii BNP, która zaczęła bronić swoich interesów według reguł rynkowych. Oświadczenie nie było wystarczające, a Solidarnościówka wezwała do symbolicznego czy wręcz dosłownego bojkotu festiwalu. Odbywało się to na przełomie czerwca i lipca, trzy tygodnie przed rozpoczęciem imprezy, na którą wyprzedały się już karnety i bilety na najważniejsze pokazy. Wezwanie do zerwania współpracy ze sponsorem – jeśli brać je na poważnie – musiałoby doprowadzić do bardzo kosztownych konsekwencji w postaci wypłat kar umownych na rzecz międzynarodowej korporacji bankowej. Apel Solidarnościówki trzeba traktować nawet nie jako utopijny, ale naiwny, a może i cyniczny – w tym sensie, jak cyniczne jest sygnalizowanie cnoty z perspektywy proponowania rozwiązań moralnie słusznych i niemożliwych.
Rydzewski pisze, że rozmowa o „życiu festiwalu” odrealnia autentyczną stawkę, że jest to „temat quasi-zastępczy”, gdy zamiast o masowym mordzie rozprawiamy o finansowaniu kultury. Tyle że finansowanie kultury to właśnie jest ten problem. Gdyby Nowe Horyzonty otrzymały wystarczające fundusze ze strony instytucji państwowych (kiesa PISF-u, ministerstwa kultury, miasta czy województwa), pewnie udałoby się uniknąć wymogu sponsora, który widnieje w nazwie (podobnie jak BNP Paribas Dwa Brzegi czy Millennium Docs Against Gravity). Jest to co do zasady niekorzystne dla identyfikacji wizualnej festiwalu i autonomicznej rozpoznawalności. Ciekawymi przykładami są TAURON Młode Horyzonty (także organizowane przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty) czy tym bardziej EnergaCAMERIMAGE. W przypadku Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych nazwa jest gramatycznie związana ze sponsorem, co z jednej strony wypada wysoce niekorzystnie, a z drugiej partnerem jest spółka skarbu państwa – więc sponsoring pozostaje w obiegu gospodarki państwowej i pośredniego finansowania kultury ze „wspólnego” budżetu. Jeszcze innym sposobem jest dobranie sobie gigantycznych korporacyjnych sponsorów (ale już nie tytularnych) różnej maści, takich jak McDonald’s, Bolt czy Lidl – tą drogą poszedł największy festiwal filmowy w Rumunii, czyli TIFF (Transylvania International Film Festival). Wolałbym, żeby polskie instytucje nie uciekały się do takich środków, bo to jeszcze mocniej uzależnia je od kapitału zagranicznego. Najbardziej wyraźnym skutkiem protestu wrocławskich aktywistów było wycofanie z programu filmów „Anatomia kontroli” i „Do Gazy”. Jak podają organizatorzy festiwalu, była to decyzja samych twórców. Nie uważam jednak, że nie mamy prawa jej oceniać. Jeśli był to przykład zastosowania pewnej formy no platform (w tym przypadku: niedzielenia platformy z podmiotem wspierającym ludobójstwo), to myślę, że zupełnie nietrafiony. Trudno mi wyobrazić sobie bardziej sprzyjającą – i stosunkowo liczną – polską publiczność dla filmów na temat ludobójstwa w Gazie i sytuacji Palestyny niż właśnie ta na Nowych Horyzontach. Rydzewski pisze, że Mahmoud Alhaj i Catherine Libert stracili platformę do pokazania swojej pracy – ale to była ich decyzja, nikt im tej platformy nie zabrał. Wycofanie tych obrazów z programu imprezy ma tak naprawdę tylko jeden skutek: nie zobaczą ich widzowie znad Wisły. Nie widzę tutaj żadnych korzyści dla sprawy palestyńskiej poza rzekomą czystością dystrybucyjną (czyli niewspółdzieleniem tych samych kanałów), która nie powinna mieć aż takiego znaczenia wobec zasadniczej walki o widzialność, walki na obrazy. Jestem przekonany, że stawka wyświetlenia tych filmów była w Rancière’owskim sensie estetyczna, co w wulgarnym skrócie znaczy, iż nieobecni nie mają racji, a w codziennym dzieleniu postrzegalnego należy wciąż się wybijać na widoczność. Kontrnarracja wobec dyskursu syjonistycznego – bardziej wpływowego i ugruntowanego w europejskim głównym nurcie – jest stale potrzebna nie tylko w postaci cyrkulujących migawek na mediach społecznościowych (podawane dalej relacje wideo, wpisy Palestyńczyków, parafrazy informacji organizacji humanitarnych i dziennikarzy), ale też dokumentów i fabuł filmowych oraz świadectw twórców. Muszą oni mieć głos w tej dyskusji – i sądzę, że powinni go zabierać, nawet wobec postrzeganych przez nich za niesprzyjające okoliczności sieciowego kapitalizmu.
Festiwale kina niezależnego – jeśli takie słowo jeszcze pełnoprawnie istnieje – wprowadzają do przestrzeni publicznej filmy, o których w innych niż festiwalowe okolicznościach prawdopodobnie byśmy nie usłyszeli. A nawet jeśli słyszeliśmy i chcielibyśmy obejrzeć – mielibyśmy poważny problem, by znaleźć do nich dostęp. Niesprawiedliwe wydaje mi się więc porównywanie „misji” Nowych Horyzontów do działalności Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej nagradzającej Oscarem „Nie chcemy innej ziemi”. Polski festiwal bowiem nikogo nie cenzurował (Akademia Filmowa zresztą też nie, bo przemówienie reżyserów Basela Adry i Yuvala Abrahama zostało opublikowane, choć… z miesięcznym opóźnieniem) i trudno zarzucić mu tokenizowanie grup opresjonowanych. Nie chodzi o to, że instytucje kultury to organizacje dobroczynne o wyłącznie dobrych serduszkach, ale wtłaczając je w narracje o sprawstwie za ludobójstwo, jak czyniła w swoich oświadczeniach wrocławska organizacja, wytaczamy najcięższe działa, których kaliber jest trudny do obrony, a którymi zbyt łatwo szermować. Ponadto wykonane przez Rydzewskiego subsumowanie pod hasłem „przemysł kulturowy” dwóch tak różnych bytów może nam bardzo dużo zaciemnić, na przykład skalę oddziaływania, skład osobowy (Akademia to w końcu w dużej mierze, nie przymierzając, Hollywood) czy sam modus operandi – Oscary to przecież system nobilitacji i legitymizacji na skalę globalną. Festiwal filmowy to, w większości, przegląd światowego arthouse’u.
Tegoroczna edycja Nowych Horyzontów rozpoczęła się od protestu Solidarnościówki, o którym pisały niektóre media. Był to jednak protest wyjątkowo lichy – piątka aktywistów zagrodziła dostęp do jednej z sal. Kiedy wezwano policję, blokujący odsunęli się na bok. Akcja trwała mniej więcej kwadrans. Planowano także przeprowadzić symboliczny bojkot poprzez zaklejanie logotypu BNP Paribas na gadżetach festiwalowych, zadawanie pytań o współodpowiedzialność festiwalu i „tworzenie alternatywnej narracji”. Obawiam się, że skończyło się na dobrych, choć nieco sygnalizujących cnotę chęciach. Indywidualne protesty konsumenckie nijak się nie przekładają na systemową zmianę (np. sankcje na Izrael) – zwrócił na to uwagę Rydzewski, wskazując, że „to BNP Paribas mogłoby zakręcić kurek z pieniędzmi”. Werwa Solidarnościówki, Kolektywu Kefija czy Akademii dla Palestyny pozostaje niezmiennie moralnym marzycielstwem. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie przeradzało się w oskarżycielską ślepotę, w wyniku której zarzuty o wspieranie ludobójstwa można kierować pod adresem kolejno izraelskiego państwa, firm produkujących drony, międzynarodowych firm zbrojeniowych, globalnych banków i ich lokalnych filii, instytucji kultury, a nawet zwykłych widzów (czy z kartą BNP Paribas prowizją opłacam klęskę głodu w Gazie?). Na to Rydzewski nie zwraca już uwagi, bo to „temat quasi-zastępczy”.
Na festiwalu ostatecznie pokazano jeden film opowiadający pośrednio o wydarzeniach w Gazie – opisany przez Rydzewskiego „Tak” Lapida. Tu także w dyskursie okołofestiwalowym pojawiły się kontrowersje (obecne w internecie i realu, a także na samym pokazie), jest to bowiem produkcja współfinansowana przez Izraelski Fundusz Filmowy (Israel Film Fund), co dla niektórych widzów już stanowiło asumpt do wycofania jej z programu. Logika była podobna: pochodzące ze sprzedaży biletów i karnetów pieniądze miałyby, krętymi ścieżkami potencjalnego zwrotu z inwestycji, trafić z powrotem do sektora kultury Izraela. A skoro popłynęły one do jednego sektora, to istnieje szansa przetransferowania ich do innego, na przykład do działających na Zachodnim Brzegu instytucji kulturowych, takich jak Samaria (Shomron) Film Fund organizująca na terenach okupowanych syjonistyczny festiwal filmowy. W aktywistycznym skrócie łatwo zredukować jedną akcję do wspierania całego państwa i jego przemysłu zbrojeniowego. Tymczasem, jak przekonywał na sekcji Q&A po pokazie filmu Ariel Bronz, odtwórca głównej roli w „Tak”, sprawa jest bardzo skomplikowana. Bronz opisywał, że prace nad projektem rozpoczęły się jeszcze przed 7 października 2023 roku – i wtedy film otrzymał dofinansowania z IFF. Później sytuacja zaczęła się radykalizować, coraz więcej osób odcinało się od „Tak” – w miarę jak postępowały zmiany w scenariuszu, a Lapidowska krytyka Izraela zaczęła być interpretowana jako atak na państwo i naród. Ostatecznie film został pokazany w sekcji Quinzaine des cinéastes w Cannes (z pewnych powodów nie dostał się do konkursu głównego), a w Izraelu nie znalazł dystrybucji, tylko słowa potępienia od izraelskiego ministra kultury. Dopiero niedawno twórcy pozyskali dystrybutorów w USA i Francji (ten drugi kraj jest zresztą jednym z koproducentów). W Polsce także go już nie zobaczymy – pokazy na Nowych Horyzontach były jedyną ku temu okazją.
Jeśli potępiamy w czambuł i blokujemy filmy z Rosji, to dlaczego nie zrobić tego samego z Izraelem? – brzmi argument aktywistów. W tym tkwi paradoks Izraela. Jest to przystań Zachodu na Lewancie, niby rozwinięta demokracja liberalna, ale trwająca i rozwijająca model apartheidu, zgodnie z którym zamiast rozwiązania dwupaństwowego wypracowano politykę obywateli drugiej i trzeciej kategorii oraz sterowaną konsensusem żydowskiego raison d’être cenzurę. Choć w skali ogólnej jest ona dysfunkcjonalna i destrukcyjna, umożliwia klasie średniej z Jerozolimy, Tel Awiwu czy Hajfy funkcjonowanie na zasadzie „jak gdyby”. Jak gdyby nie trwało ludobójstwo i nielegalne osiedlanie na terenach palestyńskich. Jak gdyby za partykularne krzywdy można było płacić zbrodniami przeciwko ludzkości – i dalej funkcjonować w międzynarodowych organizacjach. Jak gdyby można było przymykać oczy na skrajnie prawicowy rząd Benjamina Netanjahu i cynicznie odcinać się od polityki, zważając jedynie na jakość swojego życia. Zarazem Izrael to jeszcze nie Rosja w tym sensie, że istnieją głosy dysydenckie (takie jak Lapida), twórcy mogą wystosowywać protesty i apele (jak ostatni apel o sankcje na Izrael), tworzyć dzieła, które sprzeciwiają się zbrodniczej polityce Izraela. Co więcej, wciąż odbywają się, skupione wokół rodzin zakładników Hamasu, masowe protesty antyrządowe, sprzeciwiające się polityce nastawionej coraz wyraźniej na wyniszczenie niż zakończenie działań wojennych (choć aktywiści spod hasztagu #BringThemHomeNow wyraźnie widzą tylko jedną stronę jako ofiary). W Federacji Rosyjskiej po 2022 roku nie ma już takich głosów, a ci gotowi potępić napaść na Ukrainę byli zmuszeni wyjechać lub zamilknąć. W Izraelu istnieje jeszcze szansa przynajmniej odsunięcia od władzy skrajnych syjonistów
Może to zmiana kosmetyczna, ale istotna. Dlatego tak istotny jest dostęp do perspektywy krytycznej z wewnątrz. Lapid ani przez chwilę nie próbuje sobie przywłaszczyć głosu palestyńskiego, Palestyńczycy nie pojawiają się w jego filmie, bo „Tak” portretuje środowisko artystycznej burżuazji, odklejonych mieszkańców Tel Awiwu, dla których tragedia 7 października staje się źródłem własnej martyrologii czy wręcz dumy. Bohaterowie filmu odcinają się od wcześniejszej historii i krzywd popełnianych przez IDF na Palestyńczykach oraz od nielegalnych zaborów ziemi, unikają też tematu barbarzyńskiej dysproporcji sił i mordowania cywilów, którym dorabia się gębę terrorystów. Niektórzy z nich po prostu rzadko się nad tym zastanawiają, tak jak Y, muzyk i komik, który otrzymuje zlecenie napisania melodii do nowego hymnu. Jego słowa wywołują wstrząsające wrażenie: to pean na cześć zrównanej z ziemią Gazy, gdzie mają się osiedlić „prawowici” Żydzi. To tekst zaczerpnięty z pieśni organizacji Front Obywatelski, ale różne iteracje bezpośrednich wezwań do zgładzenia populacji Palestyny można bez problemu znaleźć w przestrzeni publicznej. Na przykład w retoryce ministry do spraw społecznej równości i rozwoju kobiet (sic!) May Golan, która wzywała do ponownej Nakby (czystki etnicznej rozpoczętej w 1948 r.) i głosiła, że jest „dumna z ruin Gazy, a każde dziecko, nawet za osiemdziesiąt lat, będzie opowiadało swoim wnukom, co zrobili Żydzi”.
„Tak” to obraz wyjątkowy nie tylko dlatego, że wbija w izraelskie społeczeństwo szpile, ale także jako szokująco wulgarny portret faszyzującego się społeczeństwa. W Izraelu postępuje militarny kult: po 7 października bohaterami narodowymi, na cześć których tworzy się pieśni, są żołnierze IDF-u. Atak na nich jest rozumiany jako atak na tożsamość Izraelczyków. Ma na to wpływ stan permanentnego kryzysu, w jakim znajduje się Izrael jako społeczeństwo – położony w bezpośrednim sąsiedztwie państw arabskich, które historycznie i współcześnie traktuje jako zagrożenie egzystencjalne. To państwo zbudowane na krzywdzie i poczuciu niesprawiedliwości, którego społeczeństwo wciąż uważa się za ofiarę, grając kartą Zagłady i jej wyjątkowego charakteru – neutralizując w ten sposób formułowane pod własnym adresem zarzuty o prowadzenie zagłady na narodzie palestyńskim. Powszechne są w izraelskich mediach etykiety „nazizmu” w odniesieniu do terrorystów z Hamasu. Myślę, że celniejsze byłoby określenie mianem faszyzmu polityki państwa Izrael – systematycznego i masowego eliminowania arabskiej mniejszości przy użyciu środków wojskowych i administracyjnych.
W filmie Lapida to wszystko jest tłem, a faszyzacja, o której piszę, przejawia się w obojętności, w ignorowaniu, w potakiwaniu. Polemizowałbym zatem z Rydzewskim, że następuje tu jakiekolwiek wyparcie – jeśli już wprowadzamy pojęcia z freudowskiej psychoanalizy, to bardziej negacja: sytuacja, kiedy podmiot próbuje zaprzeczyć świadomości, delegując popędy ku nieświadomości. Chodzi mi jednak nie o semantyczne czepialstwo, lecz o to, że Gaza wprost pojawia się w rozmowach i w obrazie (co prawda jako miraż na granicy ze Strefą). W rachunku izraelskich krzywd, jaki wykrzykuje Leah, stara przyjaciółka Y, jest miejsce wyłącznie na interes rodzin pojmanych przez terrorystów zakładników. Jednak gdy zostaje skonfrontowana z nagim obrazem płonącej, bombardowanej, anihilowanej Gazy, nie może patrzeć – sama o tym mówi. Lament Izraela nie dopuszcza do siebie krzywdy innych, blokuje jakąkolwiek symbolizację tego, że karmione nienawiścią do Arabów kontyngenty IDF-u w tym momencie eksterminują Palestynę. Reakcją wielkomiejskich burżujów są cynizm i spolegliwość. Mamy nadzieję, że w Y budzą się jakieś wątpliwości, jakaś skrucha; że wykonując parszywe zlecenie, nabiera świadomości współodpowiedzialności za zło. A może jest dokładnie tak jak ze „zwykłymi” Niemcami, którzy przy cichym poparciu, w ramach silent majority zezwolili na genocyd.
Nie zgodzę się z tym, że „Tak” jest przykładem błazeństwa, bo to „obśmiewanie króla na jego dworze” (jeśli dobrze rozumiem sugestię Rydzewskiego). Pytając o sprawstwo kina i nas jako widzów, natrafiamy na podstawowy problem sztuki i tego, co robi, a co może robić. Kino rzeczywiście zwykle nie zmienia świata, ale jeśli rację ma (były już) dyrektor artystyczny NH Marcin Pieńkowski, że kino zmienia nas, to już dużo. Oczywiście ta zmiana nie jest prostym mechanizmem, nie jest wajchą opartą na ruchu w dół albo do góry, ale siecią przekonań, ludzkich powiązań, kulturowego przepływu informacji i wrażliwości. Nie zapominajmy też, że kino to maszyna nie tyle informatywna, ile krytyczna, to znaczy zdolna do krytyki rzeczywistości, myślenia o jej zmianie i dążenia do niej. Daleko tu też do zmiany pojmowanej jako perswazja – mogłoby tak co prawda działać kino tendencyjne, propagandowe czy publicystyczne, które wtłacza w nas gotowe odpowiedzi na trapiące pytania. Powinniśmy bardziej szukać filmów, które zadają te pytania. Może problem sam w sobie jest źle postawiony, bo kino niczego z nami nie zrobi? Kino może być impulsem, ale czyn należy do widza.
Jaka jest więc rola nas jako widzów? Myślę, że stawianie sobie za cel „świadkowania”, „nasłuchiwanie ciszy między ciągłymi salwami obrazów” to dążenie jeszcze mniej sprawcze niż opisywane wcześniej błazeństwo – nawet jeśli mamy tę ciszę opisywać. Nie wierzę w siłę ciszy, bo jest to siła niemocy, które kieruje nas ku sobie, ku własnemu odczuwaniu i rozwijaniu (auto)refleksyjnej wrażliwości. Trudno określić nasze, widzów, powinności. W niektórych sytuacjach rzeczywiście niewiele możemy. Na pewno warto rozmawiać o tym, co się dzieje, nagabywać polityków o reakcje i interwencje, czynić gesty ku górze, ale też wspierać organizacje humanitarne.
Jednak żadne z powyższych nie jest stricte związane z byciem widzem. Widz siedzi w ciemni przed ekranem (typ idealny), rzutowany jest na niego ruchomy obraz, nie musi robić niczego, film od pierwszej do ostatniej minuty może obejrzeć się sam. Naszą interwencją, na którą kinooperator w ogóle nie musi zwrócić uwagi, jest patrzenie, przyglądanie się, zwracanie uwagi, a w dalszej konsekwencji – pamiętanie.
Funkcjonujemy w tak przepastnym reżimie obrazów, że tracimy rachubę w ich obiegu. Wyrwanie obrazu z inflacyjnej spirali, jego dezautomatyzacja, to od czasu formalistów rosyjskich niezawodny chwyt, który dziś pozwala jeszcze ogarnąć się w pierdolniku mediów społecznościowych, w naporze treści obscenicznych, szokujących i nadmiarowych Jest ich mnóstwo, one także stają się migawkami, do których po latach, nie tylko dwóch od „wojny w Gazie”, ze zgrozą się przyzwyczajamy.