Nr 17/2025 Na moment

22 czerwca 2025 roku wrocławska Solidarnościówka wraz z innymi podmiotami opublikowała oświadczenie, w którym wyraziły one zaniepokojenie podjęciem przez festiwal Nowe Horyzonty współpracy z bankiem BNP Paribas, który „należy do instytucji finansowych aktywnie inwestujących w przemysł zbrojeniowy, w tym izraelską firmę Elbit Systems [specjalizującą się w produkcji zaawansowanej technologicznie elektroniki obronnej, systemów amunicji oraz robotów bezzałogowych – przyp. red.]”. W odpowiedzi zespół Nowych Horyzontów wydał własne oświadczenie, w którym jednoznacznie potępił ludobójstwo w strefie Gazy. Mimo to kilka dni przed rozpoczęciem wrocławskiego festiwalu dwa filmy poświęcone kwestii palestyńskiej zostały decyzją twórców wycofane z programu. Organizatorzy Nowych Horyzontów poprosili BNP Paribas o zajęcie stanowiska, dodając: „Nie możemy jednak pozwolić, by festiwal i jego zespół znalazły się w konflikcie pomiędzy środowiskiem pozarządowym a globalną firmą, w pozycji zakładnika”.

Kim jest „zakładnik”, jeśli nie tym, którego życie uzależnione jest od spełnienia określonych warunków? Z tą figurą jest jednak coś fundamentalnie nie tak. Skoro to festiwal miałby być w tej sytuacji zakładnikiem – w czyim to interesie? Kto stawia żądania? Kto ma moc narzucania warunków, od których spełnienia zależy życie festiwalu?

Oczywiście nie Solidarnościówka. Wrocławska organizacja i część festiwalowej społeczności co prawda wysunęły żądania, jednak to BNP Paribas mogłoby zakręcić kurek z pieniędzmi i zagrozić bytności wydarzenia. Problem z dyskusją wokół „życia festiwalu” – jakkolwiek ważną – polega na tym, że odrealnia ona autentyczną stawkę. Artwashing zyskuje kolejny wymiar, a sfera publiczna temat quasi-zastępczy, kiedy zamiast rozmowy o masowym mordzie, zaczynamy debatować na temat finansowania kultury.

Pomieszanie góry z dołem to też bardzo symptomatyczna reakcja na system, w którym wektory wzajemnej odpowiedzialności rozmywają się w coraz silniej rozgałęziającej się sieci globalnych współzależności. Najlepiej to widać na przykładzie skomplikowanych łańcuchów dostaw czy prywatyzacji działań zbrojnych między państwami. Kontrowersja wokół partnera tytularnego festiwalu to więc nie tyle nagła zdrada ideałów, ile znamienny moment samoświadomości, z którym instytucje kultury mają przecież do czynienia nie od wczoraj. Z podobnymi zarzutami o model finansowania zmaga się obecnie Mubi – portal streamingowy oraz producent i dystrybutor kina artystycznego – pod adresem którego grupa filmowców (w tym m.in.: Radu Jude, Aki Kaurismäki czy Nadav Lapid) wystosowała ostatnio list protestacyjny. Bo co, jeśli te wszystkie ładne rzeczy są za brudne pieniądze, a nasze idee służą tylko wypraniu cudzego wizerunku? Jeśli już określać się zakładnikiem, to po to, by zwrócić uwagę, że w dobie globalnego usieciowionego kapitalizmu granice autonomii sztuki trzeba nieustannie negocjować.

W samym języku słychać już, o co chodzi. Trwa wojna: zaraz obok tej na życie i śmierć, ta na obrazy (co opisała w „Ramach wojny” Judith Butler). Jeśli w takich warunkach festiwal filmowy chce pozostać zaangażowany, jego zadaniem jest prowadzić walkę na tym drugim froncie, jednocześnie minimalizując swój udział na pierwszym. W końcu jeśli kino jeszcze coś może, to właśnie uwrażliwiać na odmienne perspektywy i mnożyć punkty widzenia przez liczbę peryferyjnych kinematografii. Swoje polityczne zaangażowanie festiwale filmowe zaznaczają, umieszczając w programach głosy tych, którzy pozostają niesłyszalni, i dowartościowując produkcje z krajów podporządkowanych. Takim credo od swoich początków kierują się Nowe Horyzonty, ale jest to też strategia wielkich filmowych konkursów. Na przykład Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny w 2025 roku – ku niezadowoleniu rządu Izraela – otrzymał „Nie chcemy innej ziemi”, film poświęcony serii wysiedleń Palestyńczyków w położonych na Zachodnim Brzegu osadach Masafer Yatta. Jednocześnie film ten nigdy nie trafił do oficjalnej dystrybucji kinowej w USA. Oscarowe przemówienie – podobnie do tego, które rok wcześniej wygłosił na gali Jonathan Glazer – nie zostało nigdy opublikowane na oficjalnych kanałach Akademii Filmowej. A polityka Stanów Zjednoczonych wobec Izraela ani drgnęła. Oto klincz, w jakim w kulturze eksterminacji (by użyć formuły Pawła Mościckiego) znajduje się przemysł kulturowy: między potrzebą politycznego zaangażowania a nieustępliwością imperialistycznej władzy pryska złudzenie o sprawczości sztuki. Jeśli do czegoś Zachodowi służy jeszcze wręczanie statuetek „za odwagę w podejmowaniu tematu”, to do tego, by za ich pomocą pokajać się nad tym, czemu nie sposób już zaprzeczać.

Przemysł kulturowy robi tu za sumienie Zachodu.

kadr z filmu "Tak" | materiały prasowe

Artysta, krytyk, sługa

Zaprzeczenie to zresztą nie tylko mechanizm, dzięki któremu kraje zachodnie pozostają ślepe na działania Izraela – państwa, które w zasadzie zbudowane zostało na fundamentalnym zanegowaniu kolonialnej natury żydowskiego osadnictwa. To także temat jedynej izraelskiej produkcji na tegorocznych Nowych Horyzontach. W „Tak” (2025), nowym filmie Nadava Lapida – żydowskiego reżysera skupionego w swojej twórczości na wbijaniu coraz to boleśniejszych szpil we własny kraj – w zasadzie wszyscy coś wypierają albo czemuś zaprzeczają. To „coś” nieustannie przypomina o sobie, kiedy tylko zerknie się na ekran telefonu albo odpali państwową telewizję. Obrazy, których Y (Ariel Bronz) boi się zobaczyć ponownie, a które tak dobitnie kontrastują ze sterylnością ulic Tel Awiwu. Śmierć, która kontrastuje z narodzinami jego syna. I wir nieustannego tańczenia, śpiewania i radowania się wbrew powadze sprawy.

Wszystko rozbija się o możliwość ekonomicznego awansu. Y dostaje fuchę. Ma napisać coś w rodzaju nowego hymnu. Za pieniądze rosyjskiego oligarchy. Ma być na cześć Izraela i uwzględniać wydarzenia z 7 października. Ciężki żywot artysty, który ciuła od dzieła do dzieła, więc opcję trzeba serio rozważyć. W konsekwencji przyjdzie nakarmić się splendorem od elit i dławić się wyrzutami sumienia.

Kiedy Y pojedzie w poszukiwaniu inspiracji na granicę z Gazą i na tle dymiących się gruzowisk wykrzyczy słowa napisanego hymnu, zabrzmi to raczej jak wyrzut. Podobnie zresztą wygląda twórczość samego Lapida, składającego każdym filmem kolejną skargę pod adresem Izraela, będąc jednocześnie uczepionym na jego pasku. W „Policjancie” (2011) obiektem krytyki stało się rozwarstwienie społeczne w państwie, w „Kolanie Ahed” (2021) – jego polityka kulturalna. Po zakończeniu obowiązkowej służby wojskowej Lapid wyjechał do Francji, co stało się kanwą jego tryumfu na Berlinale w 2019 roku. W „Synonimach” (2019) – jedynym dotychczas filmie reżysera zrealizowanym poza Izraelem – Yoav (Tom Mercier) po odbyciu służby wojskowej przybywa do Paryża, gdzie próbuje uciec od swojej żydowskości i stać się z krwi i kości Francuzem. To, co jako żołnierz widział i robił, pozostanie tajemnicą. Pewne jest tylko to, że aby z tym żyć, musiał część tego wszystkiego wyprzeć.

W „Tak” wyparcie staje się podstawową kompetencją artysty muszącego godzić się z tym, że ręka, która wręcza mu czek, jest ubrudzona krwią. Trudno z takiej pozycji uprawiać sztukę zaangażowaną – nieco łatwiej opowiedzieć o sobie. Dlatego podróż na granicę z Gazą nie ewoluuje w próbę rozliczenia krzywd – jest raczej okazją do samobiczowania. Y wydaje na siebie wyrok. Krzyczy, że jest tchórzem, a cały film staje się procesem, który Lapid wytacza sam sobie. Chciałby wziąć i zadrzeć z tym molochem, którego i tak nie ruszysz, choćbyś się bardzo starał. Zamiast tego Y przyjmuje pozę złamanego artysty, który – chce czy nie chce – wie, że i tak jest przegrany, bo w obliczu realnej krzywdy może tylko śpiewać i tańczyć. Lapid w swojej twórczości pozostaje oczywiście znacznie od swojego bohatera przebieglejszy, sukcesywnie przekuwając izraelskie fundusze w szabelki do walki z własnym państwem, ale chyba trudno o celniejszą karykaturę artysty w kulturze eksterminacji niż Y. Bo Y jest błaznem. I w tym całym kulturowo-polityczno-ekonomiczno-militarnym przewodzie pokarmowym, który nie wiadomo, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy; który pożera cywili w Gazie i wysrywa filmy nominowane do Oscara – w tym całym łańcuchu artyści, literaci, filmowcy, muzycy, krytycy, kuratorzy – wszyscy jesteśmy błaznami!

Błazen, świadek, zakładnik

Jasne, jedni bardziej, inni mniej. Można np. zbłaźnić się, jak Y: chodzić na ugody i lizać buty inwestorów (dosłownie), by tylko pozostać w obszarze ich protekcji. Ale można też błaźnić: obśmiewać króla na jego własnym dworze. W jednym i drugim wypadku pozostaje się na marginesie sprawstwa. W dobie eksterminacji ciągle ma się wrażenie, że można żonglować wielkimi słowami, a karuzela będzie kręcić się nadal. Może jest tak, jak mówił w jednym z wywiadów sam Lapid, zdziwiony nagłą realizacją, że ludzie nadal wierzą w transformatywną moc kina: „Jako filmowiec chciałbym, żeby kino miało taką moc, ale zwykłem uważać, że to medium ma nieco ograniczony i mniej natychmiastowy wpływ”. Może rację ma Marcin Pieńkowski, dyrektor Nowych Horyzontów, odpowiadając na gali zamknięcia na pytanie, czy kino rzeczywiście – zgodnie z hasłem festiwalu – zmienia rzeczywistość: „Myślę, że nie. Ale jest w stanie zmienić nas”. Polskie święto kina zakończone westchnieniem, że kino w zasadzie nie może wiele? Znaczy: coś zadrżało.

Bo tegoroczny festiwal Nowe Horyzonty był inny. Z aktywistami blokującymi wejście do jedynki [największa sala jednego z festiwalowych kin, Nowe Horyzonty – przyp. red.], przypominającymi o realnych kosztach seansu świateł w wyciemnionych salach, ogromną palestyńską flagą niedaleko ścianki z logiem partnera tytularnego i izraelską produkcją dobitnie komplementującą sytuację festiwalu. Ze świadomością, że w tym samym czasie, kiedy my wszyscy zapełniamy sale głodni kolejnych historii – historia tworzy się tu i teraz, transmitowana 24/7 na ekranach telefonów. I z pustką po wycofanych palestyńskich produkcjach, mówiącą więcej o świecie, w którym żyjemy, niż cały festiwalowy program.

Jeśli faktycznie jest tak, że ekrany kin, karty książek i deski teatrów służą Zachodowi głównie przepracowaniu własnych win, należy pamiętać o tym, iż jednocześnie to on wyznacza granice, rytm i kierunek tej publicznej spowiedzi (na ile w niej żalu za grzechy – to inna dyskusja). W końcu podczas gdy Zachód finansuje statuetki w formie symbolicznego zadośćuczynienia – sygnalizowania cnoty, mającego usprawiedliwiać estetyczny gust – rzeczywista pokuta outsourcowana jest ciągle w te same miejsca. Przecież jeśli ktoś jest tu serio zakładnikiem, to filmowcy, którzy w geście solidarności wyłączają swoje filmy z obiegu brudnej kasy, oraz ci ryzykujący życie, kierując kamerę tam, gdzie nie powinni.

Może zatem, jeśli kino chce służyć jako przyłącze solidarności, naszą rolą – jako siedzących w kinie – jest świadkowanie: nasłuchiwanie ciszy między ciągłymi salwami obrazów.

Ciszy, którą pozostawili Mahmoud Alhaj i Catherine Libert, wycofując swoje filmy („Anatomia kontroli” i „Do Gazy”) z programu Nowych Horyzontów i tracąc tym samym platformę do pokazania swojej pracy.

Ciszy, która zapanowała po porwaniu przez izraelskich osadników Hamdana Ballala, jednego z twórców „Nie chcemy innej ziemi”, wkrótce po nagrodzeniu tego filmu Oscarem.

Ciszy, która pozostała po Odehu Hatheleenie, Palestyńczyku, który pomagał w filmowaniu „Nie chcemy innej ziemi”, zabitym przez izraelskich osadników.

Ciszy, która pozostała po Fatmie Hassonie, palestyńskiej fotografce, bohaterce filmu „Połóż swą duszę na dłoni i idź” (2025, reż. S. Farsi), w której dom uderzyła rakieta.

Ciszy, która pozostała po śmierci Bassema Abu Rahme, zarejestrowanej na jednej z „Pięciu rozbitych kamer” (2011, reż. G. Davidi, E. Burnat).

Ciszy, o której trzeba następnie pisać i mówić. Wykrzyczeć własne stanowisko. Nie można pozwolić, by ta cisza przestała być głośna.