Nr 1/2022 Na dłużej

Po prostu nie upiększam

Marek S. Bochniarz Janek Koza
Rozmowy Komiks

Rozmowa Marka S. Bochniarza z Jankiem Kozą.

 

Marek S. Bochniarz: Mam wrażenie, że „Złe sny” są projektem, który zaprzątał Pana już od dłuższego czasu. A może się mylę i komiks powstał bardzo szybko?

Janek Koza: Właściwie jedno i drugie. Album zacząłem robić już osiem lat temu. Odbyłem nawet rozmowę z wydawcą. Narysowałem jednak tylko dwie pierwsze historie i z różnych przyczyn praca zamarła na wiele lat. Miałem po prostu inne rzeczy do zrobienia.

Przez ten czas pojawiały się jednak kolejne pomysły, które później chodziły mi po głowie – i dlatego postanowiłem skończyć album. Gdy miałem więcej czasu, zacząłem rysować historie kolejnych postaci. I jak z tym ruszyłem, to poszło bardzo szybko. W dwa miesiące wszystko dorysowałem i dopisałem do końca.

Wydanie komiksu w formie książki jest też podsumowaniem czegoś, co się robi przez jakiś czas.

Podaje Pan na początku albumu: „Wszystkie sny przyśniły się naprawdę”. Co to znaczy?

Że gdzieś są jakieś osoby, którym – przynajmniej częściowo – się takie historie przydarzyły. [śmiech]

Dużo historii opowiedzianych w „Złych snach” nie dotyczy jednak zdarzeń przyśnionych, a problemów z bezsennością, pod wpływem której ludzie robią dziwne rzeczy.

Wszystkie te historie kręcą się wokół snów, ale różnie rozumianych: jako marzenia senne, ale również jako fizyczny stan – co się z nami dzieje, gdy nasze ciało śpi albo nie może zasnąć. Ale przede wszystkim są to nasze marzenia. To, co wyobrażamy sobie na własny temat bądź jak wyobrażamy sobie swoją przyszłość. Po angielsku lepiej brzmi słowo dreams. Bo te historie dotyczą naszych wyobrażeń i ich zderzenia z rzeczywistością.

W jaki sposób zbierał Pan materiały do tego albumu? Czy czerpał Pan z niusów prasowych bądź korzystał z zasłyszanych opowieści? Czy raczej rozwijał własne pomysły?

Zaczynałem od pojedynczej myśli – na przykład od tego, jak dobrze czuć się w związku bądź jak realizować swoje ambicje. Najpierw szukałem takich pomysłów na treść, a potem zastanawiałem się, jak je pokazać za pomocą historii. Na przykład zazdrość. Zastanawiałem się, czym ona jest, w jaki sposób może się ona obrócić przeciwko nam bądź działać na naszą korzyść.

Czy pociąga Pana polska brzydota? Mam poczucie, że „Złe sny” to zbiorowy portret Polaków, ale jest on chyba najmniej oczywisty z tych, które znam. Niemniej gdy czytałem ten komiks, cały czas powtarzałem sobie „no, taka właśnie jest Polska” – cokolwiek miałoby to znaczyć.

Nie skupiam się na brzydocie. Nie oceniam, czy coś jest złe i brzydkie. Może po prostu nie upiększam za bardzo. Nie wiem, czy to są historie o Polakach. Uważam też, że część z pokazanych w „Złych snach” sytuacji lub rzeczy niekoniecznie dotyczy tylko Polski. Wydaje mi się, że są to ogólne przemyślenia na temat ludzi i sytuacji, w jakich mogą się oni znaleźć.

I właśnie dlatego – że to trochę o sprawach polskich, a trochę ogólnoludzkich – chciał Pan wydać ten komiks w dwóch językach?

Wiadomo, że dwujęzyczne wydanie komiksu jest sprawdzianem, jak może on zostać odebrany gdzieś indziej – czy również tam będzie zrozumiały. W tym przypadku jest też po prostu tak, że Centrala wydaje komiksy po polsku, angielsku, a ostatnio również i po czesku.
Już wcześniej zresztą miałem takie sytuacje. W latach 90. robiłem serię filmów „Erotyczne zwierzenia”. Część tych historii została później wydana w Kulturze Gniewu. Filmy pokazywane były za granicą na festiwalach wideo i ludzie się z nich śmiali. Na początku wydawało mi się to dziwne, że ktoś rozumie naszą rzeczywistość. Okazuje się jednak, że Polska nie jest wcale aż tak różna. Bez przesady! Brzydota jest wszędzie [śmiech].

Dlaczego tak bardzo lubi Pan używać papieru, który jest już z drugiej strony zadrukowany? Przyznam się, że czytając „Złe sny”, trochę czasu poświęciłem próbom rozczytania tego, co znajduje się po drugiej stronie zamieszczonych w nich rysunków.

Gdy biorę czystą kartkę z paczki, to mam obawę, że ją zepsuję. Muszę się wtedy namęczyć nad każdym maźnięciem, bo mam blokadę. Lubię papier, który jest już zużyty. Stosuję taki zadrukowany z jednej strony. Są na nim rachunki i tego typu rzeczy. Nie czuję wtedy stresu, że coś popsuję, bo ten papier już jest byle jaki. Myślę sobie: „a – jak się zepsuje, to się zepsuje”. Dzięki temu łatwiej mi się na nim rysuje. Wydaje mi się też, że pasuje do tych rysunków.

A ma Pan ulubione typy druków, które wykorzystuje jako podkłady do prac?

Nie. Szukam raczej gorszego rodzaju papieru. Im gorszy, tym lepiej się rysuje. Zbieram papier po znajomych, a kiedyś wynosiłem go też z pracy. Wyciągałem spod drukarki nieudane wydruki. Przynosiłem te sterty papierów do domu, żeby mieć je do rysowania. Przyznam, że ostatnio zdarzyło mi się wyciągnąć niezły stos ze śmietnika pod domem.

Dlaczego zdecydował się Pan na uruchomienie zrzutki na Kickstarterze na wydanie „Złych snów”?

To był pomysł wydawnictwa Centrala. Wziął się między innymi z tego, że komiks miał być również wydany po angielsku. Zrzutka miała nie tylko nas wesprzeć, ale być także rodzajem reklamy, nagłośnienia „Złych snów”. Spodobał mi się ten pomysł, bo wiązał się z wymyśleniem dodatkowych rzeczy, związanych z tym komiksem. Były tatuaże wodne, notesy do zapisywania snów, plastikowe figurki bohaterów, pisanie pocztówek do czytelników.

Dlaczego właśnie tatuaże?

Nie wiem! Są dosyć standardowe rzeczy, które się podczas Kickstartera komiksów kickstarteruje – choćby oryginalne plansze. Ja nie robię gotowych plansz, bo rysuję komiks w małych kawałkach. Musiałem więc wymyślić coś innego.

Bardzo mnie zaskoczyła ta zrzutka – i cieszyłem się, że można dostać tatuaże i figurki postaci z komiksu. A czy udało się uzyskać zamierzony efekt?

Przekroczyliśmy ustalony limit, więc chyba było dobrze. I nauczyłem się robić plastikowe odlewy.

 

plansza z komiksu | dzięki uprzejmości artysty

 

Na początku komiksu podaje Pan fikcyjny biogram: Janek Koza (lat 51). W czerwcu 1987 roku śniło mu się, że jest taksówkarzem. Około 1994 roku zdobył prawo jazdy na ciągnik siodłowy. Dzięki ciężkiej pracy rozwinął własną firmę spedycyjną działającą na terenie całej Europy. W drodze do Niemiec, podczas zmiany koła w małej miejscowości, poznał swoją przyszłą żonę Jadwigę (ślub w 1998 r.). Dwoje dzieci (Anna, ur. 1999 r. i Krystyna, ur. 2000 r.). Częste wyjazdy i nieobecności w domu doprowadziły do serii problemów rodzinnych w 2001 roku, a ostatecznie do rozwodu w 2002 roku. Zmarł samotnie w swoim domu na przedmieściach Warszawy w 2019 roku na udar mózgu. Niestety, to marzenie się nie spełniło. Po przebudzeniu przez kilka dni bolał go kark. To fascynująca wizja samego siebie, w której codzienność miesza się z szarymi koszmarami. Potem faktycznie może rozboleć kark, jeśli człowiek wyobrazi sobie takie życie.

Centrala potrzebowała biogramu do wydania angielskiego i do jego promocji za granicą, bo tam jestem zupełnie nieznanym rysownikiem. Ten biogram powstał jako sen o moim innym życiu. Właściwie mogłoby się tak potoczyć. A na pewno podobnie się skończy.

Przeprowadzałem wywiady z wieloma osobami z branży transportowej – zarówno kierowcami, jak i właścicielami takich firm rodzinnych, które opisuje Pan w swoim fikcyjnym biogramie. Zrozumiałem z ich relacji, że w latach 90. zostanie kierowcą TIR-a jeżdżącego po trasach międzynarodowych było czymś dość prestiżowym. Świetnie się wtedy na tym zarabiało, a przy tym poniekąd „bywało” na Zachodzie. Czy nawiązuje Pan do tamtego marzenia o karierze?

Trochę tak. Z byciem kierowcą ciągnika siodłowego wiąże się mit. Tak jest choćby w Ameryce, gdzie kierowcy są osobnym rodzajem ludzi. Ponieważ Polacy wyspecjalizowali się w transporcie na terenie Europy, to po części przejęli ten mit. Zarazem jest to jednak praca pełna rozczarowań. Z daleka od domu. Trudno utrzymać relację. Trzeba mierzyć się z samotnością

A czy Pan sam ma wiele złych snów?

Czasem uciekam w sny. Rzeczywistość jest tak trudna, że sen – nieważne, czy dobry, czy zły – jest ucieczką od codzienności.

Ta codzienność jest dla Pana jednak stałym, niewyczerpanym źródłem inspiracji. Lubi Pan skupiać uwagę odbiorców na drobnych detalach codzienności. Pozornie wydają się nijakie. O części z nich można powiedzieć, że są brzydkie, a niekiedy – właśnie przez to – trochę wzruszające. Ich marność sprawia jednak, że także ludzie osadzeni w tym świecie wydają się mali, przeciętni, zwyczajni. Chcieliby, by było im fajniej, ale życzenia jakoś się nie spełniają.

Wydaje mi się, że właśnie tacy jesteśmy. Nie lubię opinii, że wyśmiewam bohaterów, których rysuję. Ja ich bardzo lubię i mam do nich osobisty, emocjonalny stosunek. Często trudno mi się rozstać z opisywaną postacią. Nawet po narysowaniu dwukadrowego rysunku.
To nie są jacyś inni ludzie – niż my, ja, Pan czy ktokolwiek inny. Z tych drobnych, śmiesznych, żałosnych i wzruszających detali składa się nasze życie. Często sami tego nie dostrzegamy. Większość życia jest wypełniona właśnie takimi drobiazgami. Spora jego część upływa na głupotach.

Większość z osób śledzących profil „Janek Koza” na Facebooku, na którym zamieszcza Pan rysunki polityczne, może nie znać Pana jako twórcy filmów animowanych, komiksów…

Trudno mi powiedzieć. Trzeba by spytać te osoby. Są jednak tacy, którzy pamiętają moje starsze rzeczy. Na przełomie lat 98/99 robiłem serial dla Canal+ „Szczepan i Irenka”. Czasem ktoś pisze, że go widział i pamięta o nim.
Pod koniec studiów robiłem na ksero zina o tytule „Świnia”. Niedawno ktoś pytał, czy jeszcze posiadam kopie. Niestety – już przepadły.

Czy czuje się Pan już trochę zmęczony byciem rysownikiem politycznym? Czy może walczy z nudą, szukając w tej pracy czegoś nowego?

Nie wiem, czy to widać, ale staram się rozwijać. Ta praca polega na tym, że w ciągu tygodnia trzeba narysować kilka, kilkanaście rysunków. W pewnym momencie poczułem rodzaj zmęczenia – zwłaszcza podobnymi tematami. Nowy Rok, wakacje czy brzydka zima – tematy, które się powtarzają co roku i coś trzeba o nich narysować. Z drugiej strony staram się szukać nowych rzeczy i unikać powielania. Jest to jednak nieuniknione. Zdarzają się potknięcia.
Wyzwaniem jest nierobienie rysunków w sposób automatyczny. Trzeba spędzić sporo czasu, by wymyślić treść – najpierw coś, co miałoby być śmieszne, a potem jeszcze wymyślić, jak to pokazać. Chodzi o to, by uniknąć obrazka, na którym stoją dwie postacie i coś mówią w dymkach. Ważne jest wizualne zaaranżowanie sytuacji. Ta praca potrafi być męcząca, bo jest jej bardzo dużo, a z drugiej strony nadal pozostaje dla mnie ciekawa. Cały czas pojawiają się w niej nowe wyzwania. Wydaje mi się, że zmienia się również sposób, w jaki rysuję i podchodzę do swoich prac. Być może tylko ja to widzę, ale przynajmniej mnie to cieszy.

W „Złych snach” widać właśnie, że przełamuje Pan to, co robił do tej pory.

W porównaniu z rysunkami przeznaczonymi do gazety zupełnie inaczej rysuje się dłuższe historie. Te pierwsze muszą być małe. Na raptem jednym lub dwóch obrazkach trzeba zawrzeć wszystko. Z kolei w komiksie można sobie pozwolić na rozgadanie czy skupienie się na większej ilości szczegółów. Historie nie muszą być też tak skondensowane. Czytelnik może poświęcić na nie więcej czasu, aby zrozumieć, o co chodzi.
W „Złych snach” próbowałem też oderwać się od polityki. W zasadzie to właśnie zaczynałem pracę rysownika od tworzenia tego typu opowiadań i historii komiksowych. A potem – tak, jak w przypadku animacji – zawsze starałem się je robić obok rysunków politycznych.

Czy Pana dotychczasowa twórczość jako animatora trochę już wygasła?

Kiedyś robiłem więcej animacji. Wciąż bardzo to lubię. Robię to, gdy mam ochotę, bądź pojawia się możliwość zrobienia czegoś takiego. Nie traktuję tego jako zamkniętego rozdziału.

A jak jest z teledyskami, które ostatnio Pan robił – dla Hioba Dylana, Spoons & Bones, KROJC-a? Czy te osoby się do Pana specjalnie zgłaszały?

Było różnie. Część z osób, dla których robiłem teledyski, to po prostu moi dalsi lub bliżsi znajomi, którzy zajmują się muzyką. Niektórzy uznali, że moje prace dobrze by pasowały do ich twórczości. Do innych sam się zgłosiłem z pytaniem, czy nie mieliby ochoty, żebyśmy coś razem zrobili.

A jak było z animacją do piosenki Hioba Dylana „Dziewczyna z filmu porno”?

Hioba Dylana znałem, nim jeszcze został Hiobem Dylanem. W pewnym momencie chciałem odpocząć od politycznych rysunków i spytałem go, czy nie miałby ochoty na współpracę. Przysłał mi piosenkę – i tak się zaczęło. To on wybrał utwór „Dziewczyna z filmu porno”. Na początku nie byłem do niego przekonany. Teraz myślę, że muzyka i animacja świetnie do siebie pasują.

Czy obecnie pracuje Pan nad jakimś większym projektem komiksowym?

Tak. Oprócz „Złych snów” niedawno wydałem dwie książki dla dzieci – „Przyjaciele” według scenariusza mykupyku i ilustracje do książki Mikołaja Łozińskiego „Prezent dla dwojga”. Staram się teraz narysować komiks dla dzieci według własnego scenariusza. Zacząłem też pracować nad następnym albumem, ale trudno mi jeszcze coś o tym powiedzieć. Na razie mam wstępne, bardzo jeszcze niesprecyzowane pomysły. Mam nadzieję, że uda się również skończyć drugi tom „Złotej kolekcji” z rysunkami prasowymi.

Co Pana pociąga w robieniu książek dla dzieci?

Po prostu mam dziecko [śmiech].
Nie chcę się zamykać w jednym temacie, na przykład w rysunkach politycznych. Pociągają mnie różne rzeczy i szukam czegoś nowego, żeby nie umrzeć z nudów, robiąc w kółko to samo. To odpowiedź, która pasuje również do pytań o to, dlaczego robię teledyski czy rysuję albumy.
Narysowanie książki dla dzieci było dla mnie dużym wyzwaniem. W rysunkach do gazet używam bardzo mało kolorów, w ilustracjach dla dzieci użyłem ich bardzo dużo. Dzięki wspólnemu rysowaniu z moją córką odkryłem na nowo kredki i flamastry. No i zamiast (brzydkich) ludzi pojawiły się zwierzęta. Nowym doświadczeniem było również rysowanie do scenariusza innych ludzi. Mam nadzieję, że to nie ostatni raz.

Czy jako ojciec – oglądający książki dla dzieci – chciał Pan zaproponować coś trochę innego, czy po prostu dołożyć swoją cegiełkę do tej dziedziny?

Pomysł pojawił się przy okazji zabaw z moją córką. Rysowaliśmy różne historie o zwierzętach. Później te zwierzęta stały się wzorem dla Żyrafy, Świnki i Słonika z „Przyjaciół”. W tym okresie czytałem bardzo dużo książek dla dzieci i pomyślałem, żeby samemu spróbować. Chciałem się przekonać, czy jestem w stanie coś takiego zrobić.

A jakie książki dla dzieci lubi Pana córka?

Teraz jest już trochę starsza i czyta samodzielnie. Nie potrzebuje mojej pomocy. Sama wybiera książki. Bardzo lubi czytać, więc dużo książek przeszło przez nasz dom. A jeśli chodzi o wizualną stronę, to zawsze starałem się jej podsuwać rzeczy, które wydawały mi się ciekawe, a chować te bardziej okropne ilustracje.

Czy mógłby Pan wyjaśnić, czym są te okropne ilustracje w książkach dla dzieci? Czy chodzi o tandetne, sztampowe produkcje, o książki wydawane przez korporacje typu Disney, o brzydkie kolory?

Brzydkie potrafią być zarówno te sztampowe, jak te przedesignowane. Lubię prostotę i zwyczajność.