Nr 14/2021 Na moment

Ostatni taki album (30. rocznica „Nevermind”)

Mateusz Witkowski
Muzyka

Dwudziestego czwartego września minie dokładnie trzydzieści lat od premiery „Nevermind” Nirvany. To więcej, niż dzieliło Kurta Cobaina i spółkę od „Please, Please Me”, debiutanckiego albumu Beatlesów. Czujecie to łupanie w krzyżu?

Dobrze znamy powyższy schemat: „Tego i tego dnia ukazał się XYZ. Reszta jest już historią”. Niewiele jest jednak albumów, o których można powiedzieć to z pełnym przekonaniem. Aby w pełni zrozumieć fenomen „Nevermind”, należy cofnąć się do roku 1989, kiedy na rynek nakładem alternatywnej wytwórni Sub Pop trafia pierwszy longplay Nirvany: „Bleach”.

Zespół szybko okazuje się lokalną (warto to podkreślić) sensacją, a sama płyta, mimo niemal zerowych nakładów promocyjnych, rozchodzi się w liczbie około 40 tysięcy egzemplarzy. Do bólu surowe „Bleach” wydaje się płytą skrojoną pod gusta grunge’owej publiczności, skupionej przede wszystkim w północno-zachodniej części Stanów. Debiut Nirvany jest brudny, hałaśliwy, agresywny: łączy metalowy ciężar i punkową dynamikę. Nie jest przy tym bynajmniej pozbawiony melodyjności, na co zwróci wówczas uwagę Thurston Moore, lider cenionego przez Cobaina Sonic Youth.

To jednak nie wystarczy, aby opuścić zakochaną w Mudhoney i Green River grunge’ową bańkę i móc marzyć o ogólnokrajowej karierze. Nie taki jest zresztą cel lidera Nirvany: zależy mu przede wszystkim na aprobacie ze strony lokalnej publiczności, dlatego też skrzętnie ukrywa swoje popowe fascynacje: pewien wyjątek stanowi tu jedynie „About a Girl”, które nijak nie przystaje do całości albumu. Dominuje jednak paraliżujący strach przed wykluczeniem, któremu da zresztą wyraz jeszcze na debiucie, w pozornie uniwersalnej piosence „School”.

 

Zrządzenia losu

Dość ciepłe przyjęcie „Bleach” i zadowalająca z punktu widzenia niezależnego labelu sprzedaż albumu sprawiają, że w 1990 roku zespół rozpoczyna pracę nad drugim longplayem pod roboczym tytułem „Sheep”. Produkuje Butch Vig, ceniony przez Cobaina i spółkę za nagrania stworzone z grupą Killdozer. Sam Vig, wspominając po latach ofertę pracy z zespołem, przyzna jednak:

Sub Pop wysłał mi egzemplarz „Bleach”. Szczerze mówiąc, płyta nie zrobiła na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Wydawała mi się bardzo jednowymiarowa – może poza „About a Girl”, które przypominało piosenki Lennona i McCartneya. […] Na szczęście okazało się, że przy okazji „Nevermind” Kurt zaczynał pisać w bardziej melodyjny sposób.

Nirvana – jeszcze w składzie: Kurt Cobain, Krist Novoselic, Chad Channing – odbywa pierwsze sesje nagraniowe w należących do Viga Smart Studios. To tu zostają zarejestrowane wczesne wersje takich utworów, jak „In Bloom”, „Polly”, „Breed” (wówczas znane jako „Immodium”) czy „Stay Away” (pierwotnie „Pay to Play”). A także „Sliver”, powerpopowa perełka, która zostanie jeszcze w tym samym roku wydana jako niealbumowy singiel i powie publiczności coś więcej o muzycznych aspiracjach (i inspiracjach) Cobaina; którą zarazem można bez wahania traktować jako naturalną zapowiedź „Nevermind”.

Po zakończeniu sesji nagraniowej zespół odbywa wyczerpującą trasę klubową po Stanach Zjednoczonych (w ciągu 39 dni zagra aż 24 koncerty), która uświadamia Cobainowi i Novoselicowi, że nadszedł czas rozstania z Channingiem. W podjęciu decyzji pomocna okazuje się wizyta na koncercie hardcore’owej grupy Scream, na którym po raz pierwszy widzą w akcji perkusistę Dave’a Grohla. Traf chce, że Scream już niebawem zostaje rozwiązane – Grohl bez wahania przyjmuje propozycję dołączenia do Nirvany. Szybko daje się poznać nie tylko jako świetny bębniarz, ale i sprawny wokalista, którego głos świetnie harmonizuje z chropowatą barwą Cobaina. Umiejętność ta, jak doskonale dziś wiemy, okaże się jednym z kluczy do sukcesu „Nevermind”.

Wspomnianych „trafów” i zrządzeń losu, które wpływają na ostateczny kształt albumu, jest zresztą więcej. W międzyczasie Sub Pop wpada w poważne problemy finansowe i nie jest w stanie sfinansować nagrywania nowej płyty. Nirvana postanawia spróbować szczęścia i poszukać nowego, znacznie większego wydawcy. Sporą rolę odgrywa tu sprzyjająca koniunktura – „majorsi” coraz chętniej zwracają swój wzrok w stronę alternatywnych wykonawców i zaczynają śledzić playlisty uniwersyteckich rozgłośni.

Na gruncie muzyki gitarowej następuje powolny zmierzch hairmetalowo-arenarockowego paradygmatu (choć potomkowie tej konwencji, jak Guns’n’Roses, wciąż trzymają się mocno). Nirvana, za namową Kim Gordon z Sonic Youth, trafia pod skrzydła DGC, bezpośrednio powiązanych z Geffen Records. Wraz z Vigiem rozpoczyna dalszą pracę nad drugą płytą – tym razem w kalifornijskich Sound City Studios, w których nagrywali między innymi Elton John, Fleetwood Mac czy… Axl Rose i spółka.

 

Ostatnie dni bankructwa

Zespół bierze na warsztat zarówno utwory nagrane w Smart Studios, jak i powstałe w kolejnych miesiącach kompozycje, między innymi „Come As You Are” czy prezentowane już koncertowej publiczności „Smells Like Teen Spirit”. Jak wielokrotnie przyznawali później sami zainteresowani, sesja przebiega w przyjaznej i komfortowej atmosferze. Spora w tym zasługa sumiennego Butcha Viga, dla którego jest to pierwsza szansa współpracy z dużą wytwórnią.

Producent dba o to, aby cała aparatura i instrumenty były przygotowane do nagrań na długo, zanim zespół pojawi się danego dnia w studiu – Cobain, Novoselic i Grohl lubią bowiem spędzać noce, spacerując po pobliskiej plaży z ekwipunkiem w postaci rozmaitych trunków i halucynogennych grzybów. To jednak nie objaw gwiazdorstwa: członkowie Nirvany są wówczas niemal bankrutami – kilka dni wcześniej, aby zarobić pieniądze na podróż do Los Angeles, zagrali dodatkowy koncert. Vig podkreślał później parokrotnie, że choć zespół stawiał się w studiu popołudniami, pracował sumiennie około 8–10 godzin dziennie.

Nie ulega zresztą wątpliwości, że „Nevermind” to przede wszystkim wypadkowa dyscypliny i pomysłowości reprezentowanej przez Viga oraz geniuszu i szaleństwa Cobaina. Producent szybko zauważył, że lider zespołu jest w stanie z łatwością nagrać niemal identyczne partie wokalne, więc zmusił go do umieszczenia w wybranych utworach zwielokrotnionych ścieżek (kluczowy okazał się argument, że John Lennon również korzystał z tego zabiegu). Zdarzało się też, że Cobain, zamiast śpiewać, rejestrował dźwięki dezodorantu lub przyniesionych do studia zabawek (dobrze słychać je w odświeżonym miksie „Drain You” z 2011 roku). Połączenie przeciwstawnych pierwiastków – oraz specyficznych warunków Sound City i miksu wykonanego przez Andy’ego Wallace’a, znanego ze współpracy ze Slayerem – sprawiły, że „Nevermind” okazało się płytą bezprecedensową.

Choć wielu po latach będzie zarzucało jej nadmierną gładkość i przystępność, tak naprawdę mamy do czynienia z albumem o bardzo niejasnym statusie: będącym w równym stopniu konsekwencją reżimu i totalnego rozluźnienia, jednocześnie sterylnego i surowego. Druga płyta Nirvany wydaje się fantazją na temat najlepszego zespołu świata (wszak zespół nigdy wcześniej i nigdy później nie brzmiał podczas koncertów w tak piorunujący sposób – w czym nie ma ich winy), łączącą ze sobą przeciwstawne horyzonty, nie marginalizując przy tym żadnego z nich. (Legenda głosi, że na krótko przed nagraniem panowie słuchali bez przerwy kasety zawierającej wyłącznie nagrania powerpopowych The Smithereens i metalowców z Celtic Frost.)

Choć płyta jest wypełniona po brzeg wokalnymi, gitarowymi, basowymi czy perkusyjnymi hookami – charakterystycznymi fragmentami, smaczkami zapadającymi słuchaczom w pamięć – kluczowym założeniem przyświecającym pracy było stworzenie prostych, niemal infantylnych kompozycji, w których Cobain daje upust swojemu zamiłowaniu do popowej prostoty i dziwacznych gier słownych. Sami członkowie nie mieli podobno pojęcia, że udało im się stworzyć prawdziwy diament. Co ciekawe, nie mieli o tym pojęcia również pracownicy DGC.

 

Zyski i straty

Podobnie jak w przypadku „Bleach”, wytwórnia  postanowiła nie inwestować zbyt wielu w środków w promocję nowej płyty. Początkowo do amerykańskich sklepów trafił ograniczony nakład 46 tysięcy kopii (na Wyspy Brytyjskie trafiło natomiast 35 tysięcy egzemplarzy). Wspomniane partie zostały szybko wyprzedane, Nirvana nie mogła jednak liczyć na wsparcie prasy muzycznej głównego nurtu. David Geffen liczył co najwyżej na to, że – podobnie jak w przypadku „Goo” Sonic Youth – uda się sprzedać około 250 tysięcy egzemplarzy. W to, że płyta osiągnie status złotej (500 tysięcy), wierzyli jedynie najwięksi optymiści.

Dalsze losy albumu to nietypowe połączenie kapitalistycznych mechanizmów sukcesu oraz oddolnego, pospolitego ruszenia. Premiera wyreżyserowanego przez Samuela Bayera teledysku do „Smells Like Teen Spirit”, która miała miejsce w nocnym programie MTV „120 Minutes”, wywołała efekt lawiny. Słuchacze zaczęli domagać się powtórzenia emisji, a klip trafił do codziennej rotacji. Mimo że „Nevermind” zadebiutowało na 144. miejscu listy „Billboardu”, już po niecałych trzech miesiącach zrzuciło z tronu „Dangerous” Michaela Jacksona. W styczniu 1992 roku chłopcy, którzy nie mieli pieniędzy na paliwo, mogli poszczycić się 300 tysiącami sprzedanych kopii. W listopadzie tego samego roku: ponad milionem.

„Nevermind” zmieniło na zawsze rynek muzyczny.

„Nevermind” nie zmieniło rynku muzycznego.

Oba te twierdzenia dałoby się z równą łatwością obronić i zanegować. Sukces drugiej płyty Nirvany był poniekąd wynikiem korzystnej koniunktury związanej z muzyką o alternatywnym rodowodzie, zarazem jednak otworzył na oścież drzwi innym wykonawcom gitarowym o „popowych” inklinacjach w rodzaju Smashing Pumpkins. Zwrócił też uwagę na mniej popularnych artystów, na których wielokrotnie powoływał się sam Cobain – świetnym przykładem są tu choćby Pixies i ich firmowy patent „stonowana zwrotka-wybuchowy refren”, z którego garściami czerpali nasi bohaterowie. Antymaczystowska postawa Nirvany, nierzadko formułowana w dosłowny sposób (patrz choćby „In Bloom”, ale i bezpośrednie wypowiedzi członków zespołu), stworzyła pole dla nowego pokolenia wokalistów, którzy nie przypominali w niczym hairmetalowych „herosów”.

Z jednej strony, przekraczająca wszelkie oczekiwania sprzedaż „Nevermind” sprawiła również, że media muzyczne z MTV na czele chętniej stawiały na ekscentryków w rodzaju Becka, a może nawet przyczyniła się do coraz większej popularności hip-hopu. Tak jak rock’n’rollowy boom lat 50. wykształcił nową grupę odbiorców, czyli młodzież mającą inne potrzeby i aspiracje niż ich rodzice, tak „Nevermind” wskazało na różnice między grupami młodych słuchaczy. Na podział na tych, którzy szukają w muzyce rozrywkowej pierwiastka feel good, i tych, którzy pragną twórczości odzwierciedlającej ich frustracje, poczucie zagubienia, wewnętrzną dziwność, a zarazem pospolitość (jak miało to miejsce w przypadku sławetnego pokolenia X). Z drugiej strony, popularność „Nevermind” i „In Utero” oraz tragiczny koniec kariery Cobaina upowszechniły cierpiętniczo-męski model frontmana, który w najlepszym przypadku ma twarz Layne’a Staleya, w najgorszym zaś Scotta Stappa czy Chada Kroegera. (Nie bez powodu niemal nie używam w niniejszym tekście słowa „grunge” – Nirvana miała zbyt dużo poczucia humoru i zbytnio kochała Beatlesów, by wciskać ich w ramy grunge’owej martyrologii.)

Niezależnie jednak od bilansu zysków i strat „Nevermind” pozostaje albumową perłą łączącą w nieznany wcześniej sposób popowy błysk i rockową ortodoksję. Płytą szalenie melodyjną (czasem wręcz beachboysową – patrz: „Drain You”), a zarazem agresywną („Territorial Pissings”), niepokojącą (mroczna narracja „Polly” czy rozstrojona ballada „Something in the Way”) i dającą wytchnienie (harmonie wokalne Grohla i Cobaina). Ostatnim takim antykomercyjno-komercyjnym wzlotem. Wreszcie: albumem, którzy brzmi jak żaden inny. I właśnie dlatego tegoroczną trzydziestą rocznicę należy postrzegać w kategoriach słodko-gorzkiego święta.

 


Źródła:
Stevie Chick, „Nirvana: The stories behind every song on Nevermind”, Kerrang!, 24.09.2020.
„Classic Albums: Nirvana – Nevermind”, Eagle Vision, 2005.
Charles R. Cross, „Pod ciężarem nieba”, tłumaczenie: Maciej Machała, Czerwonak 2001.
Sean Patrick Dooley, „This Day in Music Spotlight: Nirvana Begins Recording ‘Nevermind’”, Gibson, 2.05.1991.
True Everett, „Nirvana. Prawdziwa historia”, tłumaczenie: Piotr Matela, Czerwonak 2008.
„Live Nirvana sessions history. April 2–6, 1990 – Studio A, Smart Studios, Medison, WI, US”. Live Nirvana!
Colleen 'Cosmo' Murphy, „The Story of Nirvana ‘Nevermind’”, Classic Album Sundays.
Mitchell Peters, „Nirvana Producer Butch Vig Remembers 'Nevermind’”, Billboard, 20.09.2011.
Rhythm Magazine, „Dave Grohl: The history behind Nirvana’s Nevermind”, Louder, 3.04.2018.