Nr 7/2025 Na teraz

Ofiary manosfery

Łukasz Muniowski
Seriale

Historia backlashu wobec ruchów emancypacyjnych, zwłaszcza feministycznych, jest długa i łatwo da się wyznaczyć jej główne punkty. Iskrą zapalną zazwyczaj jest poczucie krzywdy (mężczyzna jako ofiara feminizmu to motyw znany już od połowy XIX wieku) i utraty bycia uprzywilejowanym bez konieczności zasłużenia na specjalne prawa. Możemy cofnąć się nawet dalej – już przy pisaniu pierwszej w dziejach ludzkości konstytucji, jeden z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych, John Adams, wyśmiał propozycję swojej żony, by rozszerzyć grupę osób uprawnionych do głosowania o kobiety, twierdząc, że mężczyźni byli zbyt mądrzy, by dzielić się władzą. Faktycznie, są do niej przywiązani. Wraz z jej utraceniem rodzi się frustracja, którą podsycają wszelkie, także niezwiązane z kwestią genderową, doznane porażki lub poczucia niesprawiedliwości – wszystkie odnieść można do zachwiania równowagą rzeczywistości, podważonej przez feministki. Odpowiedź na ten stan świata zamknąć można w kilku ogólnikowych rozwiązaniach, które powracają wciąż z tą samą opowieścią, opartą na różnicach między biologicznymi płciami. Wedle backlashowej narracji, strażnikami dobra ludzkości i gwarantem jej rozwoju są heteroseksualni (najlepiej biali) mężczyźni. Rezultatem takiej narracji są wykluczenie, dyskryminacja i seksizm, przejawiające się w różnoraki sposób na przestrzeni dziejów. Dlatego właśnie trudno stwierdzić, czym różnią się Elon Musk od Henryka VIII, Jordan Peterson od Jana Jakuba Rousseau, a Joe Rogan od Ernesta Hemingwaya pod względem propagowanego przez nich poglądu na podrzędną rolę kobiet.

Ten historycznie ugruntowany proces poniżania przekłada się na pozycje społeczne, kulturowe i zawodowe, z których kobiety szukają wyjścia poprzez hipergamię – wiązanie się z partnerami o wyższym statusie. Współczesne kobiety są dodatkowo zbałamucone feministycznymi ideami, przez które pogardzają mężczyznami, ograniczając ich rolę do reprodukcji. To z kolei dało początek femisferze i femcelom, dla których mężczyźni są jedynie „bankomatami”. Pomimo istnienia tych internetowych zaułków nienawiści, mizoandria to niebezpieczny mit, więc uznanie jej za fakt jest równoznaczne z przyzwoleniem na agresję wobec ustanowionego Innego – kobiet, istot podrzędnych, a jednocześnie na tyle uprzywilejowanych, że będących w stanie odbierać przywileje mężczyznom.

Na tego typu niebezpiecznych antylogiach zbudowana jest manosfera, internetowa społeczność zrzeszająca wszelkiego rodzaju bigotów, mizoginów i seksistów, zgodnie uznających utracenie przez mężczyzn władzy za największy współczesny problem. Członkowie manosfery powołują się na badania i statystyki, interpretując je na swój sposób, a często po prostu je zmyślając. Na piedestale stawiają „manfluencerów”, którzy status budują na imponującej fizyczności i/lub umiejętności zdobywania kobiet w myśl zasady 80/20 – 80% kobiet pożąda jedynie 20% mężczyzn, więc by je zdobywać, pozostałe 80% musi nimi manipulować. Zasadę Pareta, oryginalnie mówiącą o skutkach i przyczynach, na grunt manosfery przeniósł Andrew Tate, jeden z najbardziej wpływowych manfluencerów. Według Tate’a życie mężczyzn jest nieporównywalnie trudniejsze niż kobiet, a o tym, że było tak od zawsze, mają świadczyć… szachy. Nie bez powodu królowa może poruszać się po całej planszy, a król tylko o jedno pole.

Skłonność członków manosfery do hiperbolizacji przejawia się nie tylko traktowaniem wciąż trzymającego się mocno patriarchatu jako bezpowrotnie utraconego, ale też doborem środków niezbędnych do odzyskania władzy. Wiąże się to również ze zmianą ról społecznych – w tym kluczowej dla patriarchatu figury ojca, który przestaje być rządzącą „głową rodziny” i bezwarunkowym autorytetem, docenianym za to, że po prostu jest. Odpowiedzialnego za ten stan rzeczy wroga, czyli „marksizm kulturowy”, czymkolwiek jest, należy równoważyć prawdą, podkreślaną emotką czerwonej pigułki z „Matrixa”. A prawda brzmi: mężczyźni muszą rywalizować o powodzenie u kobiet, których władza manifestuje się, o zgrozo, decydowaniem z kim chcą uprawiać seks (i co ważniejsze, z kim nie chcą). Mężczyźni pozbawieni powodzenia są incelami, samotnymi z powodu złej woli kobiet. Długotrwała frustracja seksualna przechodzi w nienawiść do całej płci, której dowód dali zamachowcy – incele z Isla Vista (2014), Toronto (2018) czy Tallahassee (2018).

Byli oni ewidentnie osobami zaburzonymi, jednak jest coś w tym, że winą za swoje wykluczenie społeczne obarczyli kobiety. Główny bohater nowego miniserialu Netfliksa, „Dojrzewanie” Jacka Thorne’a i Stephena Grahama, trzynastoletni Jamie Miller (Owen Cooper), to inteligentny, wrażliwy chłopak, któremu również bliskie są niektóre postulaty manosfery. Wraz z dwoma kumplami, Tommym i Ryanem, są wyzywani i opluwani przez rówieśników. Na żywo dziewczyny nie zwracają na nich uwagi, a w Internecie wyzywają od inceli. Jamie jest fizycznie słaby, przez co czuje się niewystarczający, brzydki, jednak kierując się zasadą 80/20, próbuje poderwać atrakcyjną koleżankę, Katie, w dogodnym momencie: kiedy ta doświadcza społecznego ostracyzmu po upublicznieniu jej nagiego zdjęcia przez innego chłopaka. Odrzucony Jamie, by potwierdzić swoją męskość, reaguje ekstremalną agresją. Jej konsekwencje ponosi nie tylko tych dwoje, ale też ich rodziny, a także cała małomiasteczkowa społeczność.

Na przestrzeni czterech odcinków twórcy przedstawiają przede wszystkim policję, szkołę, rodzinę i zakład poprawczy, a więc instytucje, z których zazwyczaj czerpane są wzorce męskości. Przyczyną tragedii, zdają się przekonywać, jest zastąpienie wspomnianych czterech przez Internet, a zwłaszcza towarzyszące jego użytkownikom poczucie odrealnienia, które ma wpływ na spłycenie znaczenia takich pojęć, jak „miłość” czy „śmierć”. Nie bez znaczenia jest tu również postępująca tiktokizacja, więc zamykanie kompleksowych pojęć i narracji w ograniczonych ramach. Oczywiście internetowi guru nie cieszyliby się takim wzięciem, gdyby nie wady wspomnianych instytucji, również akcentowane przez twórców miniserialu. Nastolatki nie marzą już o karierze w policji, bo mundurowi nie są wzorem do naśladowania. O wiele atrakcyjniejsze jest bycie po drugiej stronie prawa i oszukiwanie systemu, jak czynią to oskarżony o handel ludźmi Tate czy recydywista Wes Watson – obydwaj karykaturalnie uosabiający podstawowe założenia manosfery. Kiedy Jamie przebywa w ośrodku poprawczym, pyta: „Czemu nie trafiłem do normalnego więzienia?”, jakby pobyt tam przynosił ujmę tak groźnemu przestępcy jak on. To kolejna przesłanka dla Jamiego, że nie jest traktowany poważnie, a co za tym idzie, jeszcze jeden powód do wyładowania frustracji.

mat. prasowe Netflix

Z kolei szkoła jest głośna, chaotyczna i wulgarna. Dla większości uczniów to miejsce doznawania represji ze strony popularniejszych rówieśników. Dla ciała pedagogicznego bardziej od zdrowia psychicznego podopiecznych liczy się zachowanie pozorów: czy mundurkowe koszule uczniów są poprawnie noszone, czy telefony podczas lekcji znajdują w plecakach, a jedyną pomocą psychologiczną, jaką mogą im zaoferować, jest wezwanie rodziców. Niektórzy nauczyciele boją się uczniów; nie nawiązują z nimi relacji czy interakcji (także edukacyjnej – większość lekcji polega na odtwarzaniu filmów, a nie pogadance), nawet jeśli są wychowawcami klasy. Inni natomiast narzucają dyscyplinę krzykiem, którą uczniowie odreagowują na słabszych kolegach i koleżankach, czym domykają krąg przemocy.

Rodzina jako instytucja nieustannie znajduje się w kryzysie, bo wbrew manosferycznemu oddaniu monogamii nie gwarantuje ona szczęścia. Jamie zabija Katie, mimo że z domu wynosi dobre wzorce. Jego ojciec (Stephen Graham) i matka (Christine Tremarco) poznali się w liceum i są ze sobą od ponad trzydziestu lat. Eddie Miller prowadzi firmę hydrauliczną. Sam był bity przez ojca, więc obiecał sobie, że nigdy nie uderzy syna. Chociaż Jamie nie przyznaje tego wprost, Eddie jest dla niego niedoścignionym wzorem. To ojca pierwszego próbuje przekonać o swojej niewinności i to u niego szuka bliskości w chwilach zagrożenia. To do ojca kieruje wiadomość z ośrodka poprawczego, przekazaną przez biegłą psycholog (Erin Doherty), że wszystko u niego dobrze. To jednak w oczach ojca i przez ojca czuje się wciąż niewystarczający.

Kiedy psycholożka pyta Jamiego, kim są ojciec i dziadek, ten odpowiada krótko: „To mężczyźni”. Zadaniem Eddiego – oczywiście w jego rozumieniu – jako ojca jest być jednocześnie silnym i opiekuńczym. Eddie robi więc wiele, by dać zewnętrzne dowody owych cech, a jednocześnie niewiele, żeby zrozumieć Jamiego. Zapisanie syna do drużyny piłkarskiej skończyło się klapą, którą rozpamiętują obydwaj, przedstawiając odmienne wersje tej samej historii. Obydwie są prawdziwe, ale ponieważ nie zostają skonfrontowane, Jamie czuje, że zawiódł ojca.

Eddie nigdy nie daje synowi odczuć swoich obaw, przez co wydaje się kimś, komu męskość przychodzi naturalnie. Wątek piłkarski zyskuje odbicie w scenie przesłuchania: kiedy ojciec widzi na nagraniu z monitoringu, jak jego syn brutalnie atakuje Katie, w pierwszej reakcji odwraca wzrok (podobnie, jak robił to na boisku) i odpycha Jamiego, dopiero chwilę potem go przytula. Zachowanie Eddiego zdradza, że nie potrafi konfrontować się z błędami syna i ma trudność z okazaniem mu wsparcia. Prawnikowi syna mówi: „To dobry dzieciak. A ja jestem dobrym tatą”, ale nie wiadomo, kogo chce bardziej przekonać, jego czy siebie. Bezsilność ojca najmocniej uderza w ostatniej scenie miniserialu, kiedy wchodzi do pustego pokoju syna, płacze i przeprasza nieobecnego chłopaka.

Ale bezradność dotyczy nie tylko Eddiego – jest dominującym uczuciem w „Dojrzewaniu”. Millerowie na zawsze będą postrzegani jako rodzina mordercy, mimo że w swoim dotychczasowym przekonaniu, zapewnili chłopakowi niemal wszystko, czego potrzebował. Niemal, bo zawiedli go pod względem bezpieczeństwa relacji i stanu psychicznego. Dla Millerów jest za późno, ale „Dojrzewanie” daje też przykład, jak odbudować relację z dzieckiem.

Detektyw Bascombe (Ashley Walters), który dokonuje zatrzymania Jamiego, własnego syna traktuje z dystansem. Nastolatek chodzi do tej samej szkoły, co Jamie, więc podczas wizyty w placówce Bascombe odwiedza także jego klasę. Kiedy syn wyciąga do niego pomocną dłoń i wprowadza go w świat wirtualnej komunikacji, co ułatwia ustalenie motywu morderstwa, policjant wreszcie zaczyna rozmawiać z chłopakiem. Zdając sobie wreszcie sprawę z czyhających na niego w Internecie zagrożeń, uświadamia sobie, jak bardzo go kocha. By to okazać, nie potrzeba wielkich gestów, wystarczą obecność i wsparcie.

Brzmi to trywialnie, ale jedynie codzienna, zdrowa komunikacja może uratować nastolatków złapanych w sidła internetowych patoinfluenserów, którzy nabijają sobie wyświetlenia i zwiększają zasięgi, odwołując się do niedopasowania. Żadna z przedstawionych w serialu postaci nie należy do manosfery, jednak wszystkie doświadczają konsekwencji jej istnienia. Wyjaśnianie pseudofilozoficznym bełkotem odrzucenia wynikającego z osobistych preferencji kobiet wpycha podatnych na sugestie, zagubionych nastolatków w kategorie, których patologicznego wymiaru nie są w stanie samodzielnie obnażyć. Dlatego lekcje płynące z „Dojrzewania” są tak ważne dla wszystkich chcących uchronić siebie i swoich bliskich przed mizoginicznymi narracjami.

„Dojrzewanie”
twórcy: Jack Thorne i Stephen Graham
Netflix
2025