3/2021 Na teraz

Odsłuchy marca

Mateusz Witkowski
Muzyka

Na co dzień nasze życie sponsoruje litera „P” jak „Polska”. Pozwólcie, że to wydanie „Odsłuchów” będzie sponsorować litera „p” jak „parafraza”. Zapraszam wraz z Xiu Xiu, TEDE, Kings of Leon, Oxford Drama i Matą.

 

Tede & Sir Mich
Jaaacula (singiel)
Tede Enterprise

„Jaaacula” dobitnie uświadamia, że nadszedł już czas, by wymyślić się na nowo. Parafrazując pana Ryszarda: dlaczego Tede tak nudny jest?

W gruncie rzeczy mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją: oto artysta, jeszcze niedawno odsądzany od czci i wiary przez twardogłową publiczność i niektórych rówieśników za nadmierne sprzyjanie nastoletnim gustom, nagrywa numer, w którym usilnie dystansuje się od najnowszych trendów. Przy okazji, jak wskazywałyby wyświetlenia, nie zdobywa specjalnej atencji żadnej ze stron „konfliktu” (200 tys. w dwa tygodnie to – w porównaniu do najpopularniejszych graczy z młodego pokolenia – wynik nader mizerny). Skłonność Tedego do metamorfoz oraz szybkie rozpoznanie i zaabsorbowanie niuskulowych trendów mogły wydawać się imponujące. Problem w tym, że dziś młoda publiczność ma już własnych, znacznie bliższych im pod względem metryki bohaterów, a on sam – w przeciwieństwie do swojego arcywroga z Poznania – zamiast pogodzić się ze zmianą rapowej warty i cieszyć statusem rigczowego wujka, raczej podsycał wszelkie antagonizmy. Coś mi mówi, że „Jaaacula” może przemówić jedynie do najzagorzalszych fanów artysty, którzy wybaczyli mu/pokochali jego wcielenia z minionej dekady, bo precyzyjne, acz staroszkolne flow zwrotek i ni to g-funkowy, ni gangstarapowy, ni nowoszkolny refren miały zapewne stanowić pomost między przeszłością a teraźniejszością. Niestety „Jaaacula” uświadamia, że Tede-tekściarz ze swoim chorobliwym przywiązaniem do braggi ma nam boleśnie niewiele do powiedzenia.

Mimo to jestem ciekaw, czy Graniecki zdecyduje się jeszcze na jakąś śmiałą woltę. Tym razem, w najlepszym wypadku, zatrzymał się w pół drogi.

 

Xiu Xiu
Oh No
Polyvinyl

„Nie jest łatwo być zielonym” – śpiewał w rozczulający sposób Kermit. Gdyby tylko wiedział, jak to jest być fanem Xiu Xiu!

Miłość do zespołu Stewarta musi siłą rzeczy przybierać poliamoryczne formy – nigdy nie możemy być pewni, z czym i z kim będziemy mieli do czynienia, toteż nasze serce musi być pojemne. Jak bowiem połączyć ich shockartowe pierwociny ze względnie popowym „Forget” z 2017 roku? Jak się ma względnie popowe „Forget” do wydanego dwa lata później „Girl With Basket of Fruit”? Jak połączyć perwersyjne wersy z „Ale” z bardziej medytacyjnymi fragmentami ich twórczości? Aż tu nagle pojawia się „Oh No”, które daje nadzieję, że zrozumiemy, o co w tym wszystkim chodzi. Jak stwierdził sam Stewart, albumowi patronuje refleksja, że proporcje między dobrymi i beznadziejnymi ludźmi to 60/40, a nie (jak twierdził sam artysta) 1/99. „Oh No” to płyta celebrująca zgodę, czemu sprzyja duetowy (tercetowy? nie możemy wszak zapominać o Angeli Seo) charakter wszystkich utworów – wśród gości i gościń znajdują się między innymi Sharon van Etten, Twin Shadow, Liz Harris czy Chelsea Wolfe. Sprzyja temu także brzmienie: zamiast zderzać się z noise’owymi ścianami, wystawiamy się raczej na ambientowe muśnięcia lub zachwycamy postgotycką architekturą aranży.

A gdy już nam się wydaje, że wiemy, w co tu się gra, dostajemy po twarzy coverem „One Hundred Years” wiadomej grupy – równie pornograficznie brzydkim i brutalnym jak oryginał. Choć to trudne uczucie, nie da się z Xiu Xiu choć odrobinę nie sympatyzować.

 

Kings of Leon
When You See Yourself
RCA

Kings of Leon nie należą do zespołów, od których oczekujemy wielkich estetycznych doznań i brzmieniowej rewolucji. Niemniej jakakolwiek zapamiętywalna melodia by nie zaszkodziła.

Dziennikarz znanego portalu z widłami w nazwie stwierdził w swojej recenzji „When You See Yourself”, że Followillowie nie są już, jak chcieli krytycy, „U2 z amerykańskiego Południa”. Nic bardziej mylnego! Ich najnowszy album to ostateczny dowód na to, że głównonurtowy rock jest już od dawna wyzuty z jakiegokolwiek ryzyka, a fundamentem jego istnienia są wyłącznie zgrane, bezpieczne patenty. Bardzo stereotypowy, narkotykowo-seksualny entourage przedsięwzięcia o nazwie Kings of Leon mógł bawić lub irytować, trudno było jednak zaprzeczyć, że dzięki swojej zdolności do pisania nośnych numerów i brzmieniowej perfekcji odświeżali oni arena-rockową konwencję. Brzmieniowa perfekcja przetrwała – w czym duża zasługa producenta Markusa Dravsa, jednego z akolitów Briana Eno. Chwytliwość i histeryczna zajadłość to już jednak melodia przeszłości. Parafrazując Eleni: troszeczkę przestrzennych legato, troszeczkę przetworzonej country-Americany, trochę syntezatorowych inkrustacji i więcej nic. Sytuacji nie ratuje nawet przyzwoita druga połowa albumu i urokliwe, autorefleksyjne utwory w rodzaju „Supermarket” – ewentualną urodę i tak przykrywa tu, koniec końców, wyrachowanie i patenciarstwo.

W tej sytuacji fani zespołu mogą pocieszać się bardzo prawdopodobną nominacją do Grammy dla Dravsa. Średnio kojące, nieprawdaż?

Oxford Drama
What’s the Deal With Time?

Singiel „Not My Friend”, promujący trzeci album Oxford Drama, pojawił się niedawno w audycji Henry’ego Rollinsa. Czy wrocławski duet pójdzie w ślady Trupy Trupa i zdobędzie rozpoznawalność wśród zagranicznych niezalowców?

Odpowiedź brzmi: nie mam pojęcia. Wyświechtane „hej, oni brzmią zupełnie jak zagraniczny zespół” nie gwarantuje sukcesu, o czym przekonaliśmy się już wielokrotnie. Nie jestem też przekonany, czy mityczny Zachód rzeczywiście potrzebuje indie importu z naszego pięknego kraju – wszak wspomniane wyżej zdanie dotyczy zazwyczaj artystów posługujących się konwencjami doskonale już znanymi na anglosaskich rynkach. Wiem natomiast, że marzec był bardzo dobry dla polskiego alternatywnego popu. Wiem również, że Oxford Drama przeszli długą drogę, by odnaleźć swoje brzmienie i dziś – zamiast zapełniać gałąź z epigonami – czarują własnym idiomem. Innymi słowy: raczej parafrazują, niż kopiują. Moglibyśmy oczywiście żonglować skojarzeniami, wspomnieć o Fleetwood Mac czy Prefab Sprout, dorzucić do tego choćby TOPS, napomknąć o rodzimych Rycerzykach czy Alfah Femmes. A jednak jest w Oxford Drama coś szalenie własnego i ponadlokalnego. Może chodzi o rozsądne wyważenie środków (jedni wskazują na ich synthowość, drudzy na gitarowość, a przecież żadna z etykietek w gruncie rzeczy do wrocławian nie pasuje), albo o niewymuszoną przestrzeń, rześkość charakteryzującą ich utwory? Albo o absolutną bezpretensjonalność, która charakteryzuje nawet kawałki poruszające wprost typowo millenialskie problemy? Jedno nie ulega wątpliwości: to naprawdę dobre PIOSENKI.

 

A skoro wspomniałem o dobrym miesiącu dla polskiego alt-popu: ze względu na skład redakcji „CzK.pl” niezręcznie byłoby recenzować album „na więcej nie mam sił” poznańskiego zespołu pies. Nie mogę sobie jednak odmówić wystosowania tego apelu: sprawdźcie, warto.

Mata
Patoreakcja
SBM Label

KLIK