Nr 19/2021 Na moment

Notatki z pogranicza polsko-białoruskiego

Zofia Nierodzińska
Społeczeństwo Esej

Notuję na miejscu, na bieżąco:

To, co wydawało się jeszcze przez kilkoma tygodniami mało prawdopodobne, dziś powoli staje się rutyną. Przemoc przenika wszystko, wyłazi z upchniętych w podświadomości, upudrowanych nacjonalizmem ciemnych komórek (nie)pamięci. Wyłazi z wiejskiej stodoły, w której Polacy spalili swoich żydowskich sąsiadów, powraca w puszczy usianej masowymi grobami rozstrzelanych cywilów i powstańców. Nie wytnie się i nie spali tego, co jest, tych, którzy_re są. Tu nikt nie jest u siebie. Dziadek urodzony w Baku, babcia w białoruskiej rodzinie, pradziadek z Prus, zmienił nazwisko. Ojciec wyemigrował do Stanów. Ja wyprowadziłam się stąd tuż po podstawówce. Tu, gdzie jestem, ktoś był już wcześniej. Na to, gdzie będę, pracuje cały kolektyw.

Marzą mi się jasne, wieloosobowe miejsca do zamieszkiwania, ze wspólną kuchnią, w której gotujemy na zmianę, z ogrodem, który uprawiamy razem, z posiłkami, które nas łączą. Tu, gdzie jestem, jest duży dom z kominkiem, długim stołem i piękną historią oporu. Leży w środku puszczy, jest z niej ulepiony. Dom i puszcza są jednocześnie schronieniem i zagrożeniem. W domu jest ciepło, można tu zjeść i bezpiecznie zasnąć, nawet jeżeli sen jest urywany. Jest też miejscem pracy, trudnych relacji, drobnych i większych konfliktów; miejscem, które daje, ale równie dużo wymaga. Znajduje się poza systemem i strukturami. Współtworzony z potrzeby chwili, jest sprawdzianem tego, jak może działać społeczeństwo poza instytucjami, rynkiem i ciasnymi ramami oficjalnej polityki. Las-kryjówka kaleczy stopy, dłonie i twarze, może wyłupać oko i zmrozić na śmierć. Przynosimy do niego ciepło w owiniętych ogrzewaczem słoikach z zupą. Mamy też bieliznę termiczną, herbatę, śpiwory i buty za kostkę. Mamy powerbanki i raczej rzadko karty sim. Niesiemy dom na plecach do puszczy, dla osób, które z ich domów wygnała przemoc. Przemoc. Nie tylko dom jest z puszczy, ludzie też mają puszczę w sobie; tę dającą ukojenie i tę zimową, gęstą od ciemności i chłodu, który zabija.

 

Do bazy w S. – jednego z kilku w tym regionie miejsc, którymi zajmuje się Grupa Granica – przyjeżdżamy w niedzielę wieczorem. Duży, drewniany dom z długą historią samoorganizacji, zapisaną w co najmniej trzech pokoleniach. Od września tego roku stał się rotacyjnym miejscem pomocy osobom w kryzysie uchodźstwa. Na miejscu jest już 36 osób – pomagają w magazynie, kuchni, dbają o „ognisko domowe”, wychodzą do lasu jako grupy akcyjne.

Trochę przypadkiem zostaję wciągnięta do porządkowania rzeczy w magazynie. Charakter pracy przedstawia mi Ania. Jest tutaj od dwóch dni i wie już jak poruszać się pomiędzy masą rzeczy wypełniających całe pomieszczenie. Najwięcej miejsca zajmują ciepłe, zimowe śpiwory, karimaty, puchowe kurtki i buty we wszystkich rozmiarach. Na regale i w kartonach rozłożone są dodatkowo polary, swetry, bluzy, odzież termiczna, spodnie, mnóstwo skarpet. Odzież musi być ciemna, „nierzucająca się w oczy”, wszystkie odblaskowe elementy zostają zaklejone czarną taśmą. Rzeczy przekazane do S. pochodzą ze zbiórek w całej Polsce oraz z bazy PCK w najbliższym większym mieście – w Białymstoku. W mniejszym pokoju, oddzielonym ścianką, przygotowujemy magazyn z suchą żywnością. Pakujemy ją do specjalnych pakietów razem z folią termiczną i skarpetkami.

W każdym plecaku, który trafia do lasu, musi znaleźć się ciepła zupa, herbata, pakiet z żywnością i (wedle zapotrzebowania) buty, odzież termiczna i/lub śpiwór. Instrukcję zapakowania plecaków otrzymujemy na karteczce. Najczęściej zapisana jest tam liczba osób, dla których potrzebne są rzeczy – przykładowo: 20, w tym 4 kobiety i 5 dzieci (2, 3, 4, 6, 10 lat). Dla młodszych dzieci pakujemy mleko w proszku i wrzątek, deserki Bebiko, coś słodkiego, małe ubranka; dla kobiet dodatkowo podpaski i chusteczki nawilżane; dla facetów po paczce papierosów; dla wszystkich powerbank. Do grupy, która liczy ponad 10 osób, wysyłane są co najmniej trzy do czterech osób, każda z plecakiem. Aktywiści_ki mogą oficjalnie pomagać tylko tym, którym udało już się wyjść poza obręb stanu wyjątkowego. Dalej wstęp mają tylko wojskowi i lokalna ludność. W ciągu dnia łatwiej jest się poruszać po puszczy i zlokalizować grupę, łatwiej jest też ściągnąć na siebie uwagę straży granicznej i policji kontrolujących wszystkie samochody przyjeżdżające do i wyjeżdżające ze strefy. Do tej pory aktywistów_tek nie spotkały większe nieprzyjemności ze strony władzy. Jadąc samochodem wypakowanym po sufit rzeczami z PCK, wywołałam porozumiewawczy uśmiech na twarzy kontrolującego mnie policjata. „W celach turystycznych?”. „Tak, w celach turystycznych”. Policja i straż graniczna to mieszkańcy okolic, wzbudzają zaufanie, w większości nie chcą robić problemów. Co innego wojsko, które zostało tu zesłane z baz z całej Polski – oni wykonują rozkazy. Coraz częściej zdarzają się również ataki ze strony prawicowych grup, które podszywają się pod straż graniczną i dokonują samowolnych zatrzymań aktywistów_ek oraz dopuszczają się agresji wobec Uchodźców.

Gdy grupa akcyjna odnajdzie ludzi koczujących w lesie, podaje im herbatę i zupę, a następnie zaczyna rozmowę (często choć jedna z uciekających osób jest w stanie komunikować się po angielsku). Przedstawiane są im opcje, wypełniane pełnomocnictwa do reprezentowania ich przed polskimi władzami, mogą oni oficjalnie, najlepiej w obecności mediów, prosić o azyl w Polsce (straży jest wtedy trudniej wywieźć ich z powrotem do Białorusi, łamiąc tym samym konwencję genewską), udać się na jakiś czas do bezpieczniejszych miejsc lub zdecydować się na nieoficjalną drogę: czekania w lesie na przewoźników. Ostatnia opcja jest często wybierana przez te osoby, których celem są Niemcy i które są w stanie zapłacić za transport. Jest o tyle ryzykowna, że kierowcy nie zawsze na pierwszym miejscu stawiają dobro swoich „klientów”.

 

rys. Zofia nierodzińska

 

Grupa, do której byłam wezwana, liczyła 27 osób i miała swój obóz relatywnie blisko drogi. Było już ciemno; idąc, starałyśmy się nie używać świateł. Nic nie było widać, absolutna ciemność. Po drodze kilka razy wpakowałyśmy się w kolczaste krzaki, które podrapały nam dłonie i twarze. Po jakimś czasie znalazłyśmy „naszych” ludzi. Od razu podszedł do nas młody mężczyzna, który dobrze mówił po angielsku. Poprosił, abyśmy wszystko to, co przyniosłyśmy, oddały dwóm starszym mężczyznom – pokazał ich palcem. Powiedział, że oni rozdadzą rzeczy innym. W ciemności nie zauważyłyśmy, że grupa jest dużo większa. W zamieszaniu nadepnęłam na leżącego człowieka. Po zaświeceniu lampką z ciemności zaczęły wyłaniać się twarze kobiet, dzieci i innych mężczyzn. Ojciec dwójki małych dzieci, w tym niemowlaka, prosił o gorącą wodę. Nie mogłyśmy jej znaleźć. Zorientowałyśmy się, że dostałyśmy tylko herbatę. Na „zamówieniu”, które otrzymałyśmy z biura, nie było informacji o noworodku, w ogóle o żadnym dziecku. W grupie było ich kilkoro, w tym dziesięcioletnia F., która stała się tłumaczką pomiędzy nami a rodzicami. Jej ojciec dostał ataku paniki, kiedy nad ich głowami przeleciał helikopter polskiej straży granicznej. Przywołał traumatyczne wspomnienia, mężczyzna trząsł się i płakał. Mówił, że nie chce już żyć, że pragnie, aby to wszystko się skończyło. Jego żona, córka i jej młodszy brat siedzieli bezradni. Z. poprosiła, aby podeszli do niej przedstawiciele wszystkich rodzin. Otoczyło ją czterech młodych mężczyzn; wszyscy dobrze posługiwali się angielskim. Z. przedstawiła im możliwości. Wydawało się, że przynajmniej rodzina F. zdecyduje się skorzystać z oferowanej pomocy i reprezentacji. W końcu jednak przeważył interes grupy, która w większości chciała udać się do Niemiec. Powiedzieli, że zaczekają na swoich przewoźników. Zaczęłyśmy podejrzewać, że dwóch starszych mężczyzn, którym polecono oddać jedzenie i śpiwory, nie było uchodźcami, lecz osobami wykorzystującymi ich trudną sytuację. Być może to, co wydawało się respektem, było tak naprawdę strachem… W międzyczasie zamówiłyśmy w bazie mleko i wodę dla dziecka oraz rzeczy dla kobiet, których nie zdążyłyśmy spakować do naszych plecaków. Zdecydowałyśmy, że dwie z nas pójdą je odebrać, a reszta zostanie z grupą. Byłam jedną z osób, które miały przynieść rzeczy od kierowcy. Po drodze rozładował mi się telefon; koleżanka miała problemy ze swoim; zgubiłyśmy się. Drogę, którą powinnyśmy przejść w dziesięć minut, pokonałyśmy w czterdzieści. Wywołało to dużą nerwowość. Ostatecznie jednak rzeczy dotarły do potrzebujących. Po zjedzeniu ciepłych zup wszyscy zasnęli, a my po dwóch godzinach wróciłyśmy do S.

Zanotowane na bieżąco:

Przedzierając się przez las w nocy, nie widzi się swojej wyciągniętej dłoni. Chaszcze chłoszczą twarz, ranią dłonie, rozrywają ubrania. Podłoże może wciągnąć do środka, można się w nim utopić. Błądząc wczoraj w lesie, nie mogłam oderwać oczu od czarnego nieba, które dźgało w oczy białym blaskiem gwiazd. Miałam wrażenie, że wszędzie leżą ludzie bez domów, a nam skończyła się zupa. Nie wiedziałyśmy, że 27 to również 5 dzieci i 5 kobiet. W lesie sprawy gender nabierają innego rozmiaru kaloszy. Są małym plecakiem ze środkami higienicznymi lub paczką fajek. Nawet skarpety nie są uniwersalne, muszą być oddzielnie zapakowane, bo trafią nie do tych, które ich potrzebują.

W lesie można zabłądzić, gdy rozładuje się telefon, a koleżanka nie potrafi wysłać pinezki. Musisz poczekać w rowie, zanim ktoś cię odbierze, liczyć na to, że nie będzie to straż.

Nie wiem, co stało się z „naszą” grupą. Mam nadzieję, że udało jej się dotrzeć bezpiecznie do Niemiec. Następnego dnia temperatura w nocy spadła poniżej zera. Leżąc w łóżku, myślałam o tym, że następnym razem szukając ludzi, możemy znaleźć ciała.

 04 listopada 2021

 

PS Od rana media dominuje wiadomość o siłowej próbie przedarcia się przez granicę Polski tysięcy uchodźców, głównie Kurdów, którzy w ten sposób chcą zwrócić uwagę na swój los. Empatię mają stłumić obrazy agresji. Dziennikarze wciąż nie są dopuszczani do strefy stanu wyjątkowego, nagrania pochodzą zatem z kanałów polskich władz i białoruskiego reżimu oraz od niezależnych białoruskich blogerów. Grupa Granica apeluje o otwarcie korytarza humanitarnego dla najbardziej potrzebujących. Polskie władze zamykają przejścia graniczne dla Uchodźców, ale nie dla codziennej wymiany handlowej z dyktatorem. Być może UE przestanie w końcu odwracać wzrok od sytuacji, która trwa od tygodni; gdyby wcześniej zostały uruchomione procedury azylowe, teraz zdesperowani ludzie nie szturmowaliby granic. Nieformalna wojna wypowiedziana uchodźcom zamienia się w konflikt pomiędzy UE i Rosją. Kryzys humanitarny pozostaje nierozwiązany.

11 listopada 2021