Wyobraźmy sobie, że ciśnienie w samolocie gwałtownie spada, a my, zadbawszy najpierw o siedzące obok dziecko – pierwszy błąd: wbrew wyraźnym zaleceniom obsługi! – odkryłyśmy, że nasza maska tlenowa jest skonstruowana inaczej i nie ma do niej instrukcji. Czujemy się coraz gorzej i gorzej, a wszyscy wokół – raczej mężczyźni – jakoś sobie radzą. Komu zgłosić, że mamy problem? I czy ta osoba na nas nakrzyczy? Wyśmieje? Zawstydzi? A może lepiej udawać, że nic się nie dzieje? Liczyć na samoczynny powrót świadomości? Wreszcie – czy w ogóle mamy prawo się przejmować sobą? Ale też na odwrót – czy mamy prawo zignorować zagrożenie i poddać się błogiej nieświadomości tego, co dzieje się wokół: z dzieckiem, z nami, ze wszystkim? Czy wolno nam nie myśleć o konsekwencjach?
Mniej więcej z takimi rozterkami mierzy się Linda, bohaterka filmu Mary Bronstein, wracającej na reżyserski fotel po siedemnastu latach od pełnometrażowego debiutu – dziś nieco zapomnianego filmu „Yeast” z udziałem między innymi Grety Gerwig (jeszcze do niego wrócimy). O „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” zrobiło się głośno tyleż za sprawą kreacji aktorskiej Rose Byrne, która wcieliła się w rolę głównej bohaterki (nagrodzona Złotym Globem, a obecnie nominowana do Oscara), co umiejętnego żonglowania trzymającymi w napięciu konwencjami w celu ukazania kryzysu wypalonej matki. Na ile słusznie? Odłóżmy maskę tlenową i wczujmy się w doświadczenie macierzyństwa w wersji zaproponowanej przez Bronstein.
Życie Lindy od jakiegoś czasu (a może od zawsze?) kręci się wokół potrzeb innych: została żoną mężczyzny, którego wysokie stanowisko wymaga wiecznych podróży służbowych; została matką jedynaczki, zanim na dobre pozbierała się po aborcji; została psychoterapeutką w poradni, chociaż to raczej ona sama potrzebuje fachowej pomocy, co zresztą, jak się wydaje, dostrzegają wszyscy poza nią. Teraz jeszcze nienazwana choroba córki – dziewczynka cierpi na przewlekły brak apetytu. Sonda, używana do wprowadzania pokarmu do żołądka przez rurkę, obarczyła matkę skrajną odpowiedzialnością za swoje dziecko (wygłodzona dziewczynka musi być regularnie karmiona świeżo przygotowaną mieszanką). Do tego dochodzi dziwna katastrofa budowlana w mieszkaniu rodziny w Montauk (nadmorskiej miejscowości na wschodnim krańcu Long Island, ze względu na położenie nazywanej ironicznie „końcem świata”). Zmusza to matkę do tymczasowej przeprowadzki z córką do hotelu czy raczej motelu, bo taki standard reprezentują ponury pokój i obsługa recepcji. Doliczmy do tego presję zarówno instytucjonalnej opieki pediatrycznej nadzorującej proces zdrowienia córki, jak i męża, telefonicznie kontrolującego każdy krok żony, zwłaszcza postępy w remoncie mieszkania, jak również problemy z ekipą budowlaną, wreszcie pogłębiający się kryzys psychiczny pacjentów i skłonność do uzależnień – a otrzymamy emocje i trudności, z jakimi codziennie musi się mierzyć Linda.
„Kopnęłabym cię…” to film z założenia wielowątkowy, klaustrofobiczny i gęsty, wielopunktowo rozbudzający w nas i podsycający niepokój, potęgowany zbliżeniami udręczonej twarzy Byrne, zasłużenie zresztą opiewanej za tę rolę. Nie ma tu jednak miejsca na martyrologię, a przynajmniej Bronstein umiejętnie oddala jej narzucającą się sugestię: na plakacie filmu Byrne patrząca ku niebu może się wydawać z jednej strony modlącą się Matką Boską, z drugiej załamaną matką patrzącą na rozwalony sufit. I tak też jest w filmie: reżyserka konsekwentnie unika patosu, nie gra na jedną nutę, a jednocześnie zmniejsza dystans między widzami a bohaterką: kiedy ta pożera obrzydliwą warstwę zastygłego sera z pizzy, kiedy przygotowuje miksturę o podejrzanym kolorze i wlewa ją córce przez sondę, kiedy leży w łóżku z dzieckiem w obskurnym hotelowym pokoju. Wreszcie – kiedy w coraz częstszych chwilach niezgody na całodobową opiekę nad Faye zdarza jej się uciekać do zrujnowanego mieszkania i szukać ukojenia w ogromnej dziurze w suficie, portalu do innej rzeczywistości niż ta, która ani na chwilę jej nie odpuszcza.
„Kopnęłabym cię…” równie dobrze mógłby nosić tytuł „Wszystko wszędzie naraz” – ten hit zresztą wyprodukowało to samo studio, A24 – bo regułą jest tutaj nagromadzenie i nawarstwienie wątków, co do zasady ogrywających stały zestaw afektów: niepokój, panikę, desperację, ale zagrywanych co rusz w różnej tonacji. Mamy tu sceny od komediowych, przez obyczajowe, po oparte na trikach wyjętych żywcem z klasycznego horroru (warto się przygotować na kilka jumpscare’ów). Niejedna scena czy dialog mogą się kojarzyć z przytłumioną desperacją postaci znanych z kina spod znaku „Frances Ha” – zgodnie z obietnicą wracamy tu do wspomnianej wcześniej Gerwig. Warto w tym miejscu zauważyć, że „Yeast” Bronstein zaliczany był przez krytykę do kanonu nowoczesnego mumblecore, odmiany niskobudżetowego kina opartego na codziennych, często improwizowanych dialogach między postaciami – głównie milenialsami u progu średniej dorosłości. W drugim filmie tej reżyserki, mimo upływu czasu, widać konsekwencję: wierność perspektywie bliskiej obserwatorki relacji międzyludzkich, dobre ucho i zaufanie do więziotwórczej siły rozmowy.
„Kopnęłabym cię…” czerpie z tradycji „przegadanych” filmów, a dynamikę relacji buduje barwna galeria postaci: obecny głównie jako krzyk w słuchawce telefonu mąż (Christian Slater), psychoterapeuta Lindy zatrudniony w tej samej poradni (Conan O’Brien), pacjentka z poradni terapeutycznej zmagająca się z objawami depresji poporodowej – Caroline (Danielle Macdonald) i uważny, ale też interesowny recepcjonista hotelu (A$AP Rocky – niestety szkoda, że w niezbyt ciekawie rozpisanej roli, niepotrzebnie stereotypowo związanej z narkotykami i przestępczością, co szczególnie rzuca się w oczy na tle białej obsady). Ich dialogi z Lindą – to ona zawsze jest w centrum filmu – często przekraczają sytuacyjne ograniczenia czasoprzestrzeni czy roli społecznej; nawet niczego niezapowiadające konfrontacje ni stąd ni zowąd wydobywają z bohaterów i bohaterek głęboko utajnione niepokoje.
W całym tym szaleństwie tkwi humanistyczne przesłanie: sojuszników i sojuszniczki wokół siebie można znaleźć w najbardziej nieoczekiwanych, często najgorszych życiowych momentach. Jeśli brzmi to cukierkowo i naiwnie, to w „Kopnęłabym cię…” sytuacje takie mogą co najwyżej dać chwilę oddechu od codziennej presji obowiązków związanych z opieką nad innymi. U Bronstein nawet nie tyle macierzyństwo, ile właśnie ta opieka zamienia kobietę we wrak.
Niewidzialna praca kobiet, praca opiekuńcza, praca emocjonalna, sprzeczne oczekiwania społeczne związane z obecnością w domu i na rynku pracy, z byciem zawsze do usług i byciem niezależną, a przez to uwodzicielską – to tematy, na które powstały całe biblioteki feministycznych opracowań. Na poziomie teoretyczno-krytycznym film nie wnosi do nich nic nowego, i to w najlepszym znaczeniu tego zaniechania: reżyserka bardzo zręcznie jednak wykorzystuje rozpoznania teoretyczek i krytyczek, żeby wskazać główne obszary społecznego funkcjonowania, które formatują matkę na swoją modłę, a potem wrzucić w nie bohaterkę i zostawić ją z doświadczeniem systemowej niewydolności in crudo. Tak jest na przykład w konfrontacji z systemem opieki nad córką – tu, zamiast rozpoznania potrzeb matek chorych dzieci i realnej pomocy, organizuje się kółka wzajemnego wsparcia oparte na bezmyślnym powtarzaniu „To nie moja wina”. Mąż pracujący na prestiżowym stanowisku mundurowego nie gwarantuje poczucia bezpieczeństwa emocjonalnego; przewidywalny jest tylko o tyle, że oczekuje i krzyczy. W tym świecie – w typowym dla siebie geście ad absurdum – nawet chomik okazuje się rozczarowaniem: nie jest uroczy, a zatem nie świadczy pomocy, nie niesie pocieszenia. Spotyka go za to kara.
Celowo zostawiam na koniec pytanie: skoro to film o macierzyństwie, gdzie jest w tej całej gonitwie dziecko? Jego uderzająca nieobecność wynika z samej konstrukcji filmu. Chyba najbardziej rzucającym się w oczy, a przez to intrygującym zabiegiem wizualnym jest bowiem konsekwentne ukrycie twarzy dziecka przed kamerą. Słyszymy jego głos – to przede wszystkim mnóstwo ciekawskich pytań oraz zwykłych dziecięcych olśnień i obserwacji; dziewczynka, mimo choroby, jest pełna energii i gadatliwa – widzimy fragmenty ciała, jego obrys w łóżku. Zobaczyć to dziecko, zobaczyć je naprawdę – nie oczami męża albo instytucji, nie przez pryzmat społecznych oczekiwań czy uwewnętrznionych lęków – to prawdziwa stawka macierzyństwa. Dotyczy to nie tylko Lindy, ale też każdej matki, bo morska woda, towarzysząca zmaganiom bohaterki, obmywa wszystkie widzki, kiedy kamera zostaje umieszczona wśród napierających fal.
Wraz z podjęciem tematu mrocznych stron macierzyństwa film Bronstein mógłby przywodzić na myśl skojarzenia z innymi głośnymi próbami demontażu jego mitu z „Mother!” Darrena Aronofsky’ego na czele. Mimo podobnej poetyki, łączącej surrealizm z horrorem, by podważyć kulturowe wizje sielanki czasu ciąży, „Kopnęłabym cię…” przemawia jednak własnym, wyraźnym głosem – świadomie wskazującym luki w systemie opieki, skoncentrowanym na doświadczeniach i perspektywie kobiety, a nie metaforyzującym macierzyństwo, żeby opowiedzieć o kompleksach mężczyzny. Jeśli już, to filmowi byłoby bliżej do „Substancji” Coralie Fargeat – dzieła, które formalnie nie dotyczyło macierzyństwa, ale jeśli spojrzeć na macierzyństwo z pozaludzkiego punktu widzenia, to traktowało o pozaludzkim rodzicielstwie: o reprodukcji, sukcesji pokoleń, trosce i odpowiedzialności za inną.
W „Kopnęłabym cię…” podobnie przyglądamy się byciu matką przez pryzmat ciała i to ono przez cały czas pozostaje w centrum zainteresowania. Oryginalny tytuł filmu „Kopnęłabym cię, gdybym mogła”, w dosłownym tłumaczeniu brzmiałby „Kopnęłabym cię, gdybym miała nogi”. W polskiej wersji, chociaż zachowano melodię tytułowej absurdalnej i nieco naiwnej frazy – sama reżyserka przyznaje, że znacznie bardziej niż znaczenie tych słów, pociąga ją ich brzmienie – zginęły więc gdzieś „nogi”. Trochę szkoda, bo to cielesność właśnie stanowi jeden z podstawowych, jeśli nie podstawowy wymiar macierzyństwa. Film pokazuje, że bez jego współpracy ze świadomością macierzyństwo będzie tylko elementem dyskursów instytucjonalnych i psychologicznych, spłyconych do poziomu „manifestowania”, oderwanych od doświadczenia kobiet, służącym wyłącznie ich dyscyplinowaniu i zrzucaniu na nie obowiązków, o które się nie prosiły. Paulina Małochleb jeszcze oficjalnie niewydany, ale już zapowiedziany przez wydawnictwo Karakter zbiór esejów o macierzyństwie zatytułowała sugestią, że jako matka „mięśnie ma od miłości”. Tą wieloznaczną frazą opisuje skomplikowaną zależność między materialnością kobiecego ciała, zbioru tkanek, mięśni i organów odpowiedzialnych za otaczanie opieką a macierzyńską miłością, kulturową abstrakcją opartą na wielu mitach, tworzonych w celu utrzymania status quo opartego na ich niewidzialnej pracy. Z „Kopnęłabym cię…” wyczytuję przesłanie, że wyjść poza opresywne ograniczenia konwencjonalnych ról i zobaczyć siebie nawzajem – to tyle, co poczuć siły w nogach, nabrać siły do wykopu w dal.