Nr 21/2021 Na teraz

Nie rusza z posad bryła świata

Piotr Dobrowolski
Teatr

Zwrot ludowy stał się faktem. Po raz pierwszy z dumą, a przynajmniej bez wstydu, możemy opowiadać w Polsce historie alternatywne wobec dominującej przez ostatnie trzydziestolecie (oraz kilka wcześniejszych wieków) narracji szlachecko-ziemiańskiej, na której ugruntowane zostały narodowe fantazmaty organizujące naszą wyobrażoną tożsamość narodową.

Monopol ten był o tyle problematyczny, że – jak przed dekadą wskazał Jan Sowa w „Fantomowym ciele króla” – mit Rzeczypospolitej szlacheckiej już w czasie jej trwania pozostawał jedynie mitem. Realna dezintegracja państwowości polskiej wynikała z butnej niezależności właścicieli ziemskich wobec wszelkich form władzy zwierzchniej oraz utrzymującego się rozwarstwienia. Brak podstawy jednoczącej odmienne klasy i wyłaniające się warstwy społeczne ułatwiał utrzymywanie relacji folwarcznych i innych form ucisku najuboższej, najmniej samoświadomej i najliczniejszej warstwy społecznej – chłopstwa. Sobiepaństwo arystokracji pozwoliło Sowie nazywać pierwszą RP „fantomem”, „trupem” czy „zombie”. To ostatnie słowo jest szczególnie znaczącym symptomem upiornych powrotów fantazmatycznej, zideologizowanej wyobraźni. Trup sarmackich ideałów ożywa i wychodzi z szafy jako zombie zarówno wtedy, kiedy jest wzywany z zaświatów, jak i wówczas, gdy poddawany jest nieskutecznym egzorcyzmom. Przypudrowany ideami mesjanizmu, samotnie staje przeciwko wszystkim, wyjadając ludzkie mózgi. Dziś zombie szlacheckiej dumy – podobnie jak przed kilkoma wiekami, kiedy doprowadził do upadku polskiej państwowości – ignoruje zdrowy rozsądek, prawo, edukację i ekonomię, a stosunki międzynarodowe opiera na zgubnym liberum veto. Wyprężonym członkiem wskazuje Europie właściwą drogę, samobójczym gestem odrzucając praworządność. Nuci „Bogurodzicę” i „Rotę”, a hasła przedmurza chrześcijaństwa przekuwa na zwoje concertiny, rozciąganej na wschodniej granicy. Oczami przysłoniętymi bielmem patrzy w wyobrażoną przeszłość, bezkrytycznie zakorzeniając w niej wizję przyszłości. Upiór Pierwszej Rzeczpospolitej, konserwującej utrwalone, przyrodzone i zastane hierarchie społeczne, także współcześnie wpływa na międzyludzkie relacje. Karmi Polki i Polaków poczuciem wyższości, która odbija się czkawką ksenofobii, klasizmu i rasizmu, widocznych zarówno w sposobie traktowania sąsiadów czy uchodźców, jak i na poziomie relacji wewnętrznych, podporządkowanych utwierdzonym zależnościom i cementujących nierówności. Polityczna prawica, ignorując historię na korzyść prawomocnej narracji historycznej, sugeruje, że wszyscy powinniśmy uważać się za spadkobierców szlachty. Zwrot ludowy, którego efektem są coraz liczniejsze publikacje dotyczące wiejskiej/ chłopskiej/ chamskiej/ pańszczyźnianej historii Polski, uświadamia skalę tej manipulacji.

Po roku 1989, kiedy powszechnie kompromitowano marksistowską teorię klas, brakowało kultury zdolnej utrzymywać i propagować świadomość chłopską. Poszukiwacze przykładów obrazujących ścieranie się szlacheckiej narracji narodowej z narracjami chłopskimi sięgają do literatury ostatniej dekady albo do historii polskiego piśmiennictwa, dokonując ponownej lektury utworów Mikołaja Reja czy Szymona Szymonowica. Nie trzeba wędrować tak daleko w przeszłość. Ciekawym przykładem tekstu, który nie tylko zdaje relację z klasowych stosunków społecznych, ale poddaje je także krytycznej refleksji, jest napisana w roku 1932 powieść Leona Kruczkowskiego „Kordian i cham”. Dziś utwór ten przywoływany jest rzadko, a samo wspomnienie Kruczkowskiego – wyklętego wskutek powojennej działalności komunistycznej – prowokuje protesty współczesnej prawicy. Tymczasem zasługą prozatorskiego debiutu autora późniejszych „Niemców” jest analiza zależności folwarcznych, od wieków służących dominacji grup uprzywilejowanych ponad masami ludowymi.

Mniej więcej przed dekadą na sceny polskiego teatru zaczęły powracać historie ludowe, robotnicze i chłopskie, co było efektem wcześniejszych poszukiwań krytycznych i rosnącej świadomości twórców inspirowanych narracjami alternatywnymi i przeciw-historycznymi. Pogłębione refleksje o charakterze społecznym, politycznym i ekonomicznym doprowadziły Pawła Wodzińskiego do poszukiwań osadzonych w historii ruchu robotniczego, Remigiusza Brzyka do dostrzeżenia znaczenia lokalności, a Pawła Demirskiego – ku grupom podlegającym wyzyskowi, wykluczeniu i marginalizacji w wyniku współczesnej praktyki ekonomicznej i politycznej. W legendarnej już sztuce „W imię Jakuba S.” patronem wszystkich odtrąconych przez system uczynił Demirski Jakuba Szelę – chłopskiego buntownika, którego widmo nawiedza weselny dwór w dramacie Wyspiańskiego i który zainspirował (już po spektaklu Demirskiego i Strzępki) Radka Raka do napisania fantastycznej „Baśni o wężowym sercu”. Polski teatr i dzisiaj nie uchyla się od odpowiedzialności społecznej. Jego twórcy opowiadają historie ludowe językiem buntu, często korzystając przy tym z wzorów spopularyzowanych przez zespół R.U.T.A. albo tworząc podbite niepokojem sielanki, jaką była zeszłoroczna adaptacja „Nad Niemnem” przygotowana w Lublinie przez Jędrzeja Piaskowskiego.

Nadzieję na otwarcie trzeciej drogi, dającej szansę na zestawienie doświadczeń i zaszłości historycznych ze współczesnością oraz pozwalającej wskazać konsekwencje głębokiego zakorzenienia zależności klasowych, a także rozważenie genetycznego dziedzictwa relacji folwarcznych, dawała zapowiedź adaptacji „Kordiana i chama”, którą w Teatrze Polskim w Poznaniu przygotowywała Joanna Bednarczyk. Niestety, reżyserski debiut dramaturżki, która wcześniej kilkukrotnie współpracowała z Pawłem Miśkiewiczem, rozczarowuje zarówno na poziomie dramaturgicznym, jak i inscenizacyjnym.

Szeroki wachlarz zmieniających się, niezbyt wyraziście powiązanych ze sobą wątków sprawia, że trudno wskazać główny temat przedstawienia. Prezentacja trywializuje problem klasowości: sprowadza go do ubóstwa, które z kolei wykorzystane zostaje głównie jako motyw humorystyczny. Spektakl w sferze domysłów pozostawia przyczynę nierówności społecznych, przez co nie wnosi niczego do dyskusji na temat wymiernej, utrzymującej się od lat przewagi populistów w Polsce. Reżyserka staje w rozkroku pomiędzy niewypowiedzianym oskarżeniem niewidzialnego, neoliberalnego systemu korzystającego z folwarcznych wzorców (co przejawia się już na poziomie relacji rodzinnych), a sentymentalną podróżą w przeszłość, sprowadzoną do pytania „Co zawdzięczasz swojemu tacie?”. Pytając aktorów o ich prywatne wspomnienia, uchyla się od dyskusji na temat współczesnej polaryzacji ekonomicznej i nowych form klasizmu.

 

fot. Monika Stolarska | materiały Teatru Polskiego w Poznaniu

 

Joanna Bednarczyk zrezygnowała z adaptacji powieści Kruczkowskiego, w swoim przedstawieniu wykorzystując jedynie pojedyncze dialogi z będącej punktem odniesienia (i źródłem tytułu) prozy. Obecne w niej tematy sprowadziła do motywu wykluczenia, konkretnych wątków i dialogów poszukując w trakcie prób z aktorkami i aktorami. Zgodnie z regułami dobrej praktyki zespół aktorski został wskazany jako współautor scenariusza. Sam ten fakt nie wystarczy jednak, by dać satysfakcję publiczności, konfrontowanej z niejasnymi scenami, zmiennością postaci kreowanych przez poszczególnych aktorów, wątkami quasi-autobiograficznymi i metateatralnymi, fikcyjnymi scenkami rodzajowymi, a nawet songami. Poznański spektakl nie obrazuje klasowych tarć i sporów; niemal nie nawiązuje do historii, a jego realizatorzy nie podejmują próby przełożenia osi powieściowego konfliktu pomiędzy pańszczyźnianym chłopstwem a szlachtą i jej poplecznikami na współczesne realia. Nić scenicznej fabuły rwie się po każdej scenie. Sekwencja przedstawiająca pracującą na trzy zmiany rodzinę, która popada w konflikt z hipsterskim sąsiadem z powodu psa, ma niemal kabaretowy charakter (w pamięci widzów najlepiej utrwalając karykaturalny gest zaparzania herbaty poprzez kilkukrotne wykorzystanie tej samej torebki). Czy prześmiewcza perspektywa miała ocieplić wizerunek ekonomicznych marginaliów? Jedyne, co udało się osiągnąć, to orientalizacja ubóstwa, ukazanego z perspektywy „jebać biedę”. Zgaduję, że nie o to chodziło reżyserce. Jeśli się mylę, nie ma o czym mówić.

Widownia oddzielona jest od sceny masywnym rusztowaniem, którego znaczenia nie odgadłem. Na początku spektaklu zawieszone na nim monitory wyświetlają cytat z eseju, w którym Andrzej Leder opisał współczesne wcielenia relacji folwarcznej, do dzisiaj utwierdzającej w Polsce dominację i podległość w zgodzie z feudalnymi wzorcami. Odtąd monitory ukazywać będą jedynie martwy obraz fragmentu sceny, podczas gdy projekcje, pro forma wzbogacające prezentację, pojawiać się będą z tyłu sceny. Pierwszej z nich, nagranej na tle rogalińskich dębów, towarzyszą cytaty fragmentów inicjujących powieść Kruczkowskiego. Ukazują przemoc wobec chłopa odmawiającego oddania córki na służbę we dworze. Kolejne, tworzone w czasie rzeczywistym projekcje multiplikują zdarzenia sceniczne, w zbliżeniach ukazując postaci uczestniczące w dokamerowych dialogach i monologach. Te wypowiedzi są jedynymi bodaj fragmentami scenariusza, które nawiązują do oryginalnego tekstu „Kordiana i chama”. Specyficzny styl użytego języka oraz zdystansowana prezentacja sugerują, że to rodzaj historycznej wycieczki, mogącej stanowić ramę dla pozostałych części spektaklu. W nich, jak w worku bez dna, znalazły się rozmaite wątki. Awans społeczny wiejskiej dziewczyny wybierającej się na roczne stypendium badawcze do Chin sąsiaduje z obrazem ubogiej artystki mieszkającej w zawilgotniałym garażu. Fascynacja młodzieży szukającej lepszej przyszłości w stolicy łączy się z personifikacją Warszawy, instrumentalnie traktującej przybyłych z prowincji. Kulturowe kompleksy korespondują z brakiem możliwości zatrudnienia odpowiadającego ambicjom młodzieży, a skecze ze światka teatralnego towarzyszą cytatom z „Powrotu do Reims” Didiera Eribona. Przemoc w rodzinie, ukazana w krzywym zwierciadle odwracającym typowe problemy alkoholowe, przeplata się z zazdrością wobec zamożnej kuzynki o rozbuchanych ambicjach architektonicznych. Widzowie muszą się sporo napracować, żeby połączyć pojawiające się skojarzenia i stworzyć własne sensy tej prezentacji. Spektaklu nie ratuje naturalność gry całego zaangażowanego zespołu (z interesującą kreacją debiutującej na scenie Teatru Polskiego Aleksandry Samelczyk), wyjścia aktorów z ról ku prywatności ani przebłyski scenicznego fenomenu Ewy Szumskiej czy Konrada Cichonia. Nadmiar – tematów, dekoracji, techniki i słów – po raz kolejny okazał się wrogiem teatru.

Uważam, że nadużyciem jest opisywanie współczesnej Polski w kategoriach dwóch zwalczających się obozów czy plemion. Znacznie ciekawsza wydaje mi się perspektywa zakładająca starcie dwóch narracji: konserwatywnej – nastawionej na tradycję i zapatrzonej w przeszłość – retorycznie podtrzymującej wrażenie narodowej dumy i zbiorowej identyfikacji z Kościołem oraz wolnościowej, liberalnej, nastawionej na promocję wizji demokratycznego, samoregulującego się społeczeństwa obywatelskiego zgodnie z wartościami humanistycznymi (które, nota bene, okazują się znacznie bardziej humanitarne, niż wartości chrześcijańskie, zastępujące powinność pomocy sloganem ordo caritatis). Powrót „Kordiana i chama” do teatru dawał możliwość skonfrontowania wspomnianych opowieści i zestawienia ich znaczeń z nieprzerwaną obecnością szlacheckich i romantycznych upiorów. Realizatorzy spektaklu mieli szansę na odniesienie się do ideologicznego zawłaszczenia, które okazuje się równie groźne, co fizyczne zniewolenie pańszczyzną. Joanna Bednarczyk, rezygnując z adaptacji powieści, nie podjęła się nawet interpretacji zdania, które u Kruczkowskiego wypowiada Kazimierz Deszczyński: „Moim wrogiem są ciemiężcy i krzywdziciele ludu chłopskiego”. Autoironiczne potraktowanie neoliberalizmu i domyślne oskarżenie mglistego „systemu” nie wystarczy, żeby uratować jej spektakl, nadając mu znaczenie i sens. Przeładowaną scenę zaśmiecają monitory, projekcje, radiowe nagrania i rozrzucone – jakby przypadkowo – instrumenty, na których czasem ktoś brzdąka. Teatralny miszmasz nie pozostawia obojętnym. Nudzi. Ale także złości, będąc niewykorzystaną szansą na pogłębioną diagnozę współczesności i kolejną, niezasłużoną, kompromitacją powieści Leona Kruczkowskiego, która przez niemal czterdzieści lat pozostawała zapomniana przez polski teatr. Przydałaby nam się dzisiaj wymowna, twórcza, aktualizująca – a równocześnie wierna – adaptacja „Kordiana i chama”. To odpowiedni czas, żeby podjąć taką próbę. Czy po poznańskim niewypale znajdą się odważni twórcy, gotowi odpowiedzieć na to wezwanie i ruszyć z posad bryłę świata?

 

Kordian i cham
Na motywach powieści Leona Kruczkowskiego
Reżyseria: Joanna Bednarczyk

Scenariusz: Joanna Bednarczyk we współpracy z zespołem aktorskim
Muzyka: Paweł Malinowski
Kostiumy: Hanka Podraza
Scenografia: Anna Maria Karczmarska, Mikołaj Małek
Reżyseria światła i wideo: Adam Lipiński
Inspicjent: Karol Gromek

Premiera: 10.12.2021
Teatr Polski w Poznaniu