„Biografia X” bawi się tekstem i konstrukcją. Po krótkim ostrzeżeniu, że trzymamy w rękach wytwór fikcji, książka wita nas ponownie, kolejną stroną tytułową, zgodnie z którą autorką „Biografii…” nie jest już Catherine Lacey, ale C. M. Lucca. Sam tom ukazał się nie w 2023 (polskie wydanie – 2025), ale w 2005 roku w Nowym Jorku nakładem prestiżowego Farrar, Straus and Giroux. Nowym Jorku – ale nie tym, który znamy. C. M. Lucca pisze bowiem w socjalistycznych Stanach Zjednoczonych, które pod koniec XX wieku wreszcie zdołały ponownie włączyć w swój obręb secesjonistyczne, teokratyczne stany Południa. Jej Nowy Jork jest wciąż stolicą kultury, ale taką, w której uzasadniony jest protest mężczyzn z powodu przyznania im zbyt mało miejsca w galeriach i muzeach. Biografia, której Lucca jest autorką, to próba rekonstrukcji historii jej żony – osoby, którą mogła legalnie poślubić w połowie lat 90.
Cała ta skomplikowana inscenizacja mająca upodobnić „Biografię X” do autentycznego artefaktu z innego czasu i innego miejsca – innego świata – sprawia, że kusi, aby opisać powieść tym brudnym słowem: postmodernistyczna. Pasuje ono lepiej niż przyklejana tu i ówdzie etykieta: historia alternatywna. Przypisy na końcu książki, identyfikujące cytaty i parafrazy ukryte w tekście, tylko wzmagają to wrażenie, kokieteryjnie zdradzając intertekstualne sekrety tym, którym brakuje erudycji, żeby wyłapać je samodzielnie (czyli oczywiście nam wszystkim). Ale chociaż „Biografia X” bawi się tekstem, to sama ta zabawa jest również maskaradą. Pytania, które stawia Lacey, nie dotyczą bowiem naszej relacji z warstwami kultury, na których żyjemy, czy też możliwości ucieczki z więzienia języka, z obowiązku mówienia cytatami i życia odniesieniami. Książka skłania przede wszystkim do namysłu nad czymś pozornie mniej wyrafinowanym, ale też znacznie bardziej bezpośrednim: nad miłością i koniecznie towarzyszącym jej rozczarowaniem. Lacey zastanawia się nad tym, co możemy faktycznie wiedzieć na temat tych, których kochamy – i czy wiedza ta koniecznie jest dla nas pożyteczna.
Książka ma dwie bohaterki. Pierwszą jest tytułowa X, tajemnicza i kontrowersyjna artystka, gwiazda amerykańskiej „kultury wysokiej”, należąca oczywiście do nowojorskiej społecznej elity, do świata sław pokroju Susan Sontag. Drugą jest sama autorka biografii w biografii (czyli tej fikcyjnej książce), C. M. Lucca – żona X, żyjąca w cieniu zarówno swojej ukochanej, jak i świata przez ukochaną zamieszkiwanego. X umiera niespodziewanie i dość młodo, pozostawiając za sobą niedomknięty życiorys. Od razu wykorzystują to sępy kultury; publikacja nieautoryzowanej biografii X pełnej oczywistych przekłamań i podłych plotek sprawia, że wdowa decyduje się napisać krótkie sprostowanie. Im bardziej jednak przygląda się temu, co pozostało po X, im bardziej stara się ustalić kilka podstawowych faktów na temat swojej żony, tym sprostowanie staje się dłuższe i mniej oczywiste. Jego rezultatem jest „Biografia X” (ta fikcyjna), archeologia życia kobiety, którą C. M. Lucca kochała, a która zdecydowanie nie była ze swoją żoną szczera. Podobnie jak też z nikim innym.
Dwie bohaterki, a więc też dwie opowieści. Z jednej strony próba rekonstrukcji życia X, a więc też przebicia się przez lata automitografii, której artystka zawzięcie się oddawała. Z drugiej: narracja wdowy odkrywającej, jak niewiele wiedziała – i jak bardzo dawała się zmanipulować. Z obu wątków wyłania się obraz X, który trudno nazwać pochlebnym. „Biografia X” to portret kobiety idącej po trupach do przekształcenia swojego życia w totalne dzieło sztuki – ale jednocześnie portret intymny, spojrzenie za kulisy praktyki ujawniające lata pozowania, fabulacji, walki o status na wszystkie możliwe sposoby. A więc również portret nieskończenie daleki od stereotypu literatury queerowej jako nazbyt delikatnej, jakby przedstawienie swoich bohaterek w negatywnym świetle było wykroczeniem przeciwko tęczy. X bliska jest raczej tytułowej Tár z głośnego filmu Todda Fielda – o ile jednak kompozytorka mistrzowsko zagrana przez Cate Blanchett była niewątpliwą geniuszką, o tyle po lekturze książki trudno nie nabrać podejrzenia, że X była po prostu sprawnym szarlatanem. Chociaż może to podejrzenie jest tylko moje – Lacey stawia pytania, ale nie udziela odpowiedzi. Skończyłam lekturę, mając o X raczej niską opinię i przede wszystkim współczując jej żonie. Ale też – i to zasadnicze lekturowe wrażenie – kiedy zastanawiam się nad „Biografią X”, wcale nie myślę o głównych bohaterkach.
Nim wyjawię, co w świecie przedstawionym skupia moją uwagę, przyznam się do lekturowego skojarzenia Jest ono na pewno moje – choć może tylko moje. Nie wiem, czy Isaac Fellman inspirował się książką Lacey podczas pracy nad niedawno wydanymi „Notes from a Regicide” [Zapiski z królobójstwa]. Pod wieloma względami jest to tekst pokrewny – przynajmniej jeśli chodzi o zamysł (choć realizacyjnie także).
Bohater, Griffin, nowojorski syn szklarza-alkoholika, został zaadoptowany przez ekscentryczną parę imigrantów (z doświadczeniem uchodźczym) z odległego Stephensport, leżącego na ziemiach znanych kiedyś jako Quebec. Jego nowi rodzice dali mu możliwość tranzycji i wejścia do świata sztuki i kultury, zdradzając jednocześnie zaskakująco niewiele ze swojej przeszłości – przeszłości rewolucjonistów. Po ich śmierci Griffin stara się zredagować więzienne dzienniki ojca i na ich podstawie zrekonstruować przeszłość rodziny. Jak można się spodziewać, zważywszy na zestawienie z „Biografią X”, obraz, który z nich się wyłania, komplikuje relację Griffina z pamięcią o rodzicach i nie daje łatwych przesłanek do idealizacji ich radykalnego życia. Zamiast być podnoszącą na duchu historią oporu i walki z tyranią, dzienniki ujawniają historię pełną przypadków, drobnych aktów tchórzostwa i odwagi wynikającej raczej z braku wyboru niż heroizmu ducha.
Podobnie jak Lacey, Fellman zainteresowany jest przede wszystkim tym, co dzieje się z intymnością, miłością i bliskością w momencie, kiedy poznajemy ludzi dla nas najważniejszych zbyt blisko. Ogląd autora jest przy tym znacznie mniej surowy: rodzice Griffina, przy wszystkim swoich przywarach, są ujmująco ludzcy, nie zaś wydmuszkowi.
Coś ich jednak łączy z X: są mieszkańcami nieistniejącego Nowego Jorku.
Nowy Jork z „Notes…” to miasto kanałów, nowa Wenecja zbudowana na zatopionych ruinach wieżowców. Fellman nie przedstawia historii klimatycznej apokalipsy, która zmiotła stary świat, ani też długiego procesu jego odbudowy – nie osadza więc miasta w czasie. Tak naprawdę jego Nowy Jork, choć jest zupełnie inny, to wciąż jest też taki sam. Jego mieszkańcy nadal zaopatrują się w pierożki wonton w lokalnej bodedze, nadal łapią taksówki (nawet jeśli są one nie samochodami, tylko łódkami), nadal żyją w mieście imigrantów i artystów, w mieście uznającym się (czy uznawanym przez innych – mniejsza o to) za serce świata. Między wierszami można wyczytać sugestię innych przemian – tych instytucjonalnych i społecznych – ale „Notes…” to nie „Everything for Everyone” M. E. O’Brien i Eman Abdelhadi, to nie spekulatywna historia rewolucji i katastrofy. Jeśli już, to Nowy Jork Fellmana sugeruje raczej coś spod znaku „mimo wszystko toczy się dalej…”.
Ameryka z „Biografii X” jest państwem socjalistyczno-demokratycznym w całym tego słowa znaczeniu. Jak się dowiadujemy z lektury, głównie z drobnych dygresji mających wyjaśnić okoliczności dorastania X, ustrój ten jest rezultatem rooseveltowskiego Nowego Ładu, który poszedł znacznie dalej niż ten znany nam z kart (naszej) historii. W powieści Lacey jest to zasługa Emmy Goldstein, która zrezygnowała z ortodoksyjnego anarchizmu i zgodziła się objąć ważne stanowisko w administracji Roosevelta, aby przekształcić oblicze Stanów Zjednoczonych. Rezultatem tego była rewolucja społeczna – i secesja, Południe odcinające się od reszty kraju i przekształcające w teokratyczne, totalitarne piekło.
Podobnie jak Fellman, Lacey nie stara się przedstawić tej alternatywnej historii szczegółowo; jest ona po prostu tłem dla życia X i jej żony, zasługującym na odrobinę uwagi, ale nie bardziej niż zasługują na to plotkarskie rozważania, z kim X przebywała (i sypiała) czy kiedy udało jej się wreszcie wydostać z Południa. Socjalistyczne Stany Zjednoczone nie są ani dystopią, ani utopią; Lacey nie pisze manifestu o nowym, potencjalnym kształcie społeczeństwa ani tym bardziej ostrzeżenia przed dramatycznymi skutkami odejścia od kapitalizmu. To scenografia, nie projekt. Scenografia bardziej znajoma niż odległa; można momentami odnieść wrażenie, że cały zabieg z alternatywną historią służy głównie temu, aby dać Lacey możliwość remiksowania historycznych wydarzeń i modyfikowania losów bohaterów kultury amerykańskiego powojnia na dowcipne, przewrotne sposoby. Uderza mnie jednak zwyczajność świata, który w ten sposób zostaje przedstawiony.
Bo to także miasto, w którym codzienność „mimo wszystko toczy się dalej”. Nowy Jork z „Biografii X” jest siedliskiem zadufanych, przekonanych o swojej wybitności artystów i brooklińskich intelektualistów. Świat sztuki, w którym żyją, jest napędzany przez ulotne mody i prywatne scysje. Mimo wszystko miłość i małżeństwo pozostają niepewną, niebezpieczną obietnicą i prostą drogą do rozczarowania. I oczywiście, socjalistyczna pierwsza dekada XXI wieku u Lacey to świat jakoś łagodniejszy, mniej opresyjny, taki, do którego da się tęsknić, ale – powtórzę – mimo wszystko znajomy.
I to wrażenie zostaje ze mną po lekturze „Biografii X” i „Notes from a Regicide”, dwóch powieści bardzo od siebie różnych i zaskakująco podobnych. Zarówno Lacey, jak i Fellman wychodzą od radykalnie obcego świata i historii oraz od idealizowanej, heroizowanej postaci, aby następnie strona po stronie zmniejszać dystans. X była (bądź nie) wielką artystką, ale też po prostu zwyczajną, często trudną do wytrzymania kobietą, uporczywie uprawiającą kult samej siebie. Rodzice Griffina byli doskonałymi malarzami i symbolami rewolucji – ale przez przypadek, nie z zamysłu, a ich życie składało się raczej z nieustannych potknięć i drobnych kompromisów niż z bohaterstwa. C. M. Lucca i Griffin zaczynają od próby rekonstrukcji wielkiej tajemnicy przeszłości, aby przeżyć coś w rodzaju rozczarowania zwykłością odkrycia.
Inność światów przedstawionych u Lacey i Fellmana jest zwodnicza. Nowy Jork, Stany Zjednoczone, przeszłość, przyszłość są jak bohaterowie organizujących powieści biograficznych śledztw: na pozór zupełnie różne, z bliska zaś zadziwiająco podobne. Czytelnik, próbując odkryć kształt świata jakby w nadziei na tolkienowskie apendyksy tłumaczące chronologię przemian i katastrof, nie nasyci się. To, co jawiło się jako odmienne, większe, wybitne, inne, radykalne, okazuje się mimo wszystko podobne i rozczarowująco znajome. Można się zastanawiać nad politycznym wymiarem tego przedstawienia – w końcu czyż rolą fikcji spekulatywnych nie powinno być przedstawianie nam jakiegoś rodzaju mapy bądź alternatywnego porządku? Czy nie tracą spekulatywności, gdy prezentują podobieństwa pod płaszczykiem różnicy? Zarzut ten jednak nie jest trafiony ani wobec Lacey, ani Fellmana. Bo obojgu autorom, jak sądzę, chodziło o opisanie tego właśnie procesu: jak bardzo nieznajome może być to, co dla nas najbliższe. I zrobili to bez buńczucznej wiary w zdolność do literackiego przekształcenia dziejów.