Nr 23/2022 Na dłużej

LITERATURY I PSYCHOTERAPIE: „Schizy” i po(st)modernistyczni „lekarze”

Maciej Duda
Cykl Literatura

Niniejszy esej stanowi pierwszy odcinek cyklu, w którym łączyć chcę doświadczenia czytelnicze, psychoterapeutyczne i krytycznoliteracką praktykę. Traktowanie tekstu jako monologu-wypowiedzi łączącej świadome i nieświadome nie jest oczywiście zabiegiem nowym. Ale możliwość zbudowania z autorem_rką relacji podobnej do tej, jaką buduje się w gabinecie psychoterapeutycznym stanowi hipotezę do wielokrotnego sprawdzenia. Właściwie tylko to jest pewne: że pisząc ten cykl, pozostanę w sferze hipotez, które czasem zweryfikuje kontakt z autorkami_rami.

Talent i choroba albo kanon spektralny

„»Schiza« stawała się niekiedy stylem życia” – takim stwierdzeniem Lisa Appignanesi kończy rozdział książki „Szalone, złe i smutne. Kobiety i psychiatrzy” zatytułowany „Schizofrenia”. Jego główne bohaterki to Zelda Fitzgerald, Lucia Joyce i Virginia Woolf – czyli kolejno: żona pisarza (równocześnie autorka), córka pisarza i pisarka. Każdą z nich Appignanesi pokazuje w relacjach do   literatury i z mężczyzn, którzy się nimi opiekowali (mężowie, ojcowie) lub je diagnozowali (lekarze). Nie chciałbym, abyśmy wymienione czynności traktowali rozłącznie – podobnie, jak wskazane porządki. Doświadczenia te odnajdziemy w twórczości literackiej wskazanych kobiet i wspomnianych mężczyzn (by wspomnieć chociażby schizofreniczną interpretację „Ulissesa” poczynioną przez Junga). Tak splata się historia literatury i historia choroby.

Formy „schiza”, „schizolka”, „mieć schizy” odsyłają nas do figur umieszczonych na marginesie patriarchalnego porządku rozumianego jako logiczny czy racjonalny. Zaglądając do własnych pokoi wymienionych bohaterek – bo z tej Woolfiańskiej metafory zręcznie korzysta badaczka – Appignanesi chce przesunąć narracyjne punkty ciężkości: uczynić kobiety podmiotami, nie przedmiotami w historii literatury i medycyny. Wątek sprawczości splata z wątkiem talentu. Opisując rezerwę Woolf wobec mówionej terapii, przywołuje hipotezę o typowym lęku modernistycznych artystów, którzy w jakiś sposób utożsamiali talent i „szaleństwo”. Utrata drugiego (wyleczenie) miałaby oznaczać brak zdolności twórczych, które stanowiły jedną z podstawowych cech tożsamościowych.

Ta lękowa hipoteza wydaje się ahistoryczna. W 2020 roku w kontekście choroby afektywnej dwubiegunowej wróciła do niej Justyna Bargielska w opublikowanym na łamach „Znaku” eseju „Na karuzeli”. Poetka dystansuje się w nim od owego lęku, nie podważają zarazem faktu istnienia jego źródła – pisze, że związki między chorobą i strukturą poezji czy prozy chorujących-tworzących to prawda znana, nudna i niepocieszająca. W pierwszym przypadku ma rację – od dawna obserwujemy korelacje choroby i odmiennych od klasycznych form sposobów opisywania świata. Ale czy Bargielska ma rację w punkcie drugim – czy to nudne? Niekoniecznie. Tę figurę dystansu chciałbym odrzucić. Postrzegam ją jako próbę ochrony przed stanami niepewności i smutku – poetka pisze bowiem, że bardziej cieszyłaby się z literackich osiągnięć, będąc zdrową, ponieważ obecnie czuje się jakby była „na dopingu” lub miała genetyczną wadę-predyspozycję do zwycięstw w literackich konkurencjach. Chciałbym to wrażenie zanegować. Gdy Bargielska, mając w rękach pióro i stabilizator nastroju, używa obu, pozostaje wszak decyzyjna. Dodajmy do tego fakt, że nie każda osoba żyjąca z chorobą „umie w poezję”, czy szerzej „umie w literaturę”. Realność, jak zwykle, jest skomplikowana. Widzimy różne korelacje między zjawiskami, a całość przez nie tworzoną cechują wewnętrze sprzeczności i napięcia. Da się z nich wyprowadzić wzór, ale mechanizm nie jest zwrotny: nie da się przy jego pomocy opisać wszystkich indywidualnych doświadczeń. Zupełnie jak w przypadku psychiatrii i psychoterapii. Tu na szalach mamy siatki pojęć oraz indywidualne doświadczenia – pierwsze domykają, drugie chcą rozszczelniać. By zachować równowagę w relacji z pacjentem należy uznać ambiwalencję teorii i praktyki. To mocny akcent niniejszego cyklu: psychoterapia jest ambiwalentna. Tezę tę opisywać będę w dwóch kontekstach: talentu (który zilustruję kanonem literatury) i choroby (przedstawię go przy pomocy podwójności diagnoz).

Pojęcia kanoniczne – sinusoida, spektrum

Kanon(y) to komunikat osadzony w kulturze – wypadkowa myślenia i przeżywania świata. Ich konstrukcja jest często naprzemienna a relacje między poszczególnymi prądami czy dziełami opierają się na układzie uznania i podważenia; autorytecie i jego dewaluacji; powtórzeniu, przesunięciu, zanegowaniu; porządkowaniu lub niszczeniu. Z powodzeniem opisywał to np. Kazimierz Wyka w kontekście literackich pokoleń.

Uznanie, że kanon to wypadkowa myślenia i przeżywania świata oznacza, że możemy opisywać strukturę i składowe kanonu jako jednostki diagnostyczne. Co nam to da? Diagnozy? Wiedzę? Odpowiedzi może być kilka. Zabezpieczając się, można napisać, że dostarczy nam kolejne historyczne opisy konstruowane wewnątrz danej kultury. Prawdopodobnie otrzymamy zwierciadlane odbicie tego, co już znamy (jak to w zwierciadle, odwrócone o 180 stopni). Chociaż lepsza byłaby tu metafora wertykalna, odwracająca górę i dół. Niby nic, a jednak to znacząca zmiana perspektywy. Pozwoli ona zauważyć, że kanon jest miejscem, w którym na piedestale stawiamy dzieła noszące cechy patologiczne, p.. wewnętrzną niespójność, chaos, pokawałkowanie, brak struktury, zaburzenia formy. Często traktujemy takie działa jako nowatorskie. Intrygują nas. Pokazują nam nietradycyjne sposoby wyrażania emocji czy stanów bohaterów. W polu tzw. sublimacji, w sztuce, to co patologiczne zyskuje wartość estetyczną. Zmiana wynika z uznania sztuki za działania symboliczne. To, co w realnym zachowaniu postrzegamy jako niezdrowe, wpisane w schemat sublimacji staje się podziwianym wzorcem możliwości przeżywania i opisywania świata. Z uznaniem spoglądamy zarówno na to, co klasyczne (normatywne), jak i na to, co awangardowe (nienormatywne). Oczywiście, w ten sposób bipolarnie upraszczam kształt kanonu. Wydaje się bowiem, że ujęte w nim wzory przeżyć i opisów można by też rozumieć spektralnie.

Gdy spojrzymy na klasyczną dla naszej edukacji sinusoidę epok literackich zaproponowaną przez Krzyżanowskiego, dostrzeżemy prosty wzór stanów naprzemiennych. W diagnozie psychoterapeutycznej pewnie dałoby się ją wpisać w Kleinowski porządek pozycji schizo-paranoidalnej i depresyjnej. Z kolei w diagnozie chorobowej można by się doszukiwap.np. faz manii i wyciszenia. Nie są to jednak moje zamiary – byłoby to przykrawanie realności do teorii (nawet jeśli tylko hipotetycznej). Większe pole manewru daje metafora spektrum. Spektrum to zbiór, zakres, zasięg, porządek, widmo optyczne. W ostatnim przypadku będziemy mówili o natężeniu tego, co powstaje przez rozszczepienie jednorodnego. Przy czym rozszczepienie nie jest tu waloryzowane negatywnie (jak w przypadku psychoterapii); przeciwnie – daje nam niehierarchiczną wielość. Skoro więc zbiór podmiotów wypełniających pole kanonu przestawić można w formie spektrum, to może w ten sam sposób powinniśmy traktować samo pojęcie kanonu? To przesunięcie wymagałoby odrzucenia dwóch podstaw budowania kanonicznego widma: bipolarności i hierarchii. W żaden sposób nie jest to myśl rewolucyjna. Taka perspektywa niejako kopiuje ustalenia konstruktywistek badających płeć czy seksualność. Mimo tego mam poczucie, że widmo i spektrum brzmią otwierająco i odświeżająco w kontekście kanonu i linearności epok.

Strukturę hierarchiczną zmieniam więc na spektrum. Ale co dalej? Czy nie jest tak, że metaforę spektralną i tak złapię później w sieć psychodynamiki? Jeśli tak, to powtórzyłbym błąd hierarchizowania, ustalając wyższość innych rozpoznań, innego języka czy dyskursu. W jakimś stopniu ten błąd powielam. Ale wolę o psychodynamicznym tle myśleć po Ogdenowsku: jako o matrycy; metaforycznej macicy, która umożliwia przedsymboliczne spotkanie; jako o potencjale, nie zamknięciu. Piszę o tym dalej.  Z pewnością nie jestem w stanie odłożyć, zapomnieć, wyprzeć posiadanej wiedzy i doświadczeń.

Co się w takim razie zmienia? Język. Podobnie jak we współczesnej psychoanalizie, gdzie kolejne metafory opisujące stany świadomości i nieświadomości, napędzają działanie aparatu psychicznego, uruchamiają umysły[1]. Umysł również jest metaforą. Każde z pofreudowskich pokoleń wyobraża go sobie inaczej. Zresztą sam Freud zmieniał obraz jego struktur z wertykalnych na horyzontalne. Jak przypomina T. H. Ogden, umysłu nie da się obserwować, mierzyć ani nawet umiejscowić[2]. Jego kolejne metafory (re)konstuują normy i nasze doświadczenia. W tym miejscu ponawiam pytanie o to, co daje zmiana kanonu w spektrum? Kilka rzeczy. Odbiera mi pewność i racje. Uświadamia możliwość przesunięć, zmian, brak stałości, proces. Pokazuje dynamikę. Likwiduje mocne, stabilne oparcie. Wprowadza możliwość chaosu i niepewności.

Za tym pojawiają się dalsze pytania: jak zniesiemy wynikającą z tego frustrację? Czy możemy w niej zostać? Żyć pomimo? W czym lub w kim znajdziemy oparcie?

Rozwiązania znajdziemy w właśnie kanonie.

Krytyka literacka i psychoterapia

Pora dodać drugi kontekst, w ramach którego piszę o ambiwalencji psychoterapii: podwójność diagnoz.

Przywołując konkretny rozdział Appignanesi i esej Bargielskiej dotykam tego, co związane jest z chorobami psychicznymi. W tym polu umieszczony został lęk dotyczący utraty talentu. Diagnoza chorobowa daje realny łącznik między sposobem widzenia, koncypowania świata i jego estetycznym opisem (w tym wypadku literackim). Idzie to udowodnić, co mnie zaciekawia, a Bargielską nudzi. Trochę inaczej wygląda to jednak w przypadku leczenia psychoterapeutycznego opartego na relacji i słowie. Tu polem pracy jest osobowość, patologia osobowości, a nie choroba.

Gdy czytamy pisma Freuda dotyczące sztuki, widzimy jak niełatwo połączyć estetykę i psychoterapię. Nie ma tu prostej wynikowości. Więcej, w tym wydaniu estetyka gubi swoją wagę. Freud[3] interpretował nieświadome konflikty, dylematy, lęki. Pojęcia „literackości” i „estetyki” nie odgrywały tu roli zasadniczej. Dziś, mimo ciekawych rozpoznań Hanny Segal[4], również schodzą one na dalszy plan. Mamy sporo rodzimych prac splatających psychoanalizę i literaturę – np. Zofii Rosińskiej, Edwarda Fiały, Danuty Danek, Tomasza Małyszka[5] – lecz większość z nich to analizy hermeneutyczne, co oznacza, że dotyczą sensów, nie estetyki. Zaburzenie czy symptom odsyłają nas do znaczeń, nie do struktury tekstu. W mojej praktyce czytania i pisania o czytaniu idzie o pewną podwójność. Nie odrzucam warstwy hermeneutycznej. Interesuje mnie, co twórcy mówią do mnie na temat swoich konfliktów, jak je rozwiązują lub tamują, omijają, bronią różnymi reakcjami. Interesuje mnie jednak także to w jaki sposób konstruują oni swoje wypowiedzi – nie tylko w zakresie badania motywów i sensów, ale właśnie w polu struktury wypowiedzi. Interesują mnie napięcia wynikające z wyboru metafory, porównania, konstrukcji zdania, kolejności akapitów, rozdziałów. Struktura jest dla mnie istotna. Interesuje mnie znaczenie, melodia oraz to, co tworzy się w trakcie lektury – czyli stan czytelnika, który może współodczuwać lub zostać obciążony emocjonalnym kawałkiem, zbyt ciężkim, by samodzielnie udźwignął go nadawca-autor komunikatu (myślę tu o projekcjach).

Literatura jest komunikatem. Zapisem świadomych i nieświadomych myśli, który może otworzyć dialog. W tym miejscu upatruję sensu krytyki literackiej opartej na figurze psychoterapeutycznej relacji. Tym samym nie pozostaję w roli syntetyzującego umysłu. Poza intelektem odczytuję afektywne stany wpisane w literaturę i ujawniam własne – także te wynikające z przeniesienia. Stawką takiego czytania nie jest rozumienie i przykładanie zrozumianego do siatek pojęć, teorii, schematów, lecz próba odnalezienia się relacji, zbudowania wspólnego doświadczenia, które oparte jest na wymianie świadomego i nieświadomego. Idzie więc o połączenie i wspomnianą możliwość dialogu. Na różnych, niekoniecznie psychodynamicznych zasadach. Jako krytyk nie powielam figury analityka, lecz psychoterapeuty. Nie oznacza to jednak, że moim celem jest leczenie. Jest nim raczej spotkanie dwóch nieświadomości, emocjonalna wymiana i budowa płaszczyzny do rozmowy o dylematach i formach ich wypowiadania.

Nie jestem freudystą ani lacanistą. Perspektywę psychoterapeutyczną opieram na czterech źródłach – myśl psychodynamiczna łączy bowiem perspektywę Freuda, teorię relacji z obiektem (Melanie Klein), psychologię ego oraz psychologię self. Interesuje mnie kształt relacji, jakie umiemy zbudować, komunikując się za pomocą słów oraz pulsujących pod/przed nimi stanów afektywnych, emocji. Interesują mnie dylematy i (nie)świadome konflikty ujawniane w treściach i strukturze wypowiedzi. Zerwania, zależności. Zastanawiam się, po co twórcy jest czytelnik – co z nim robi, co mu pokazuje, czego od niego chce, z czego się przed nim tłumaczy. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że podmiot tekstu nie pokrywa się z podmiotem tworzącym tekst.  Rozumiem go przynajmniej sylleptycznie. Problem doświadczania podmiotu w lekturze tekstów artystycznych będzie się jednak pojawiał w każdym ze szkiców tej serii. Nie mam tu jednego rozwiązania.

Taki sposób czytania, taki klucz jest słabym narzędziem weryfikacji wiedzy czy realności. Znajdujemy się w polu hipotezy, hermeneutyki – widoczne są reakcje, układ myśli. To co niewidoczne odkrywa tzw. analityczny trzeci, czyli połączenie dwóch nieświadomości. W czytaniu literatury dostrzegam bowiem podobieństwo do obcowania z pacjentem, który opowiada swoją realność i nieświadomość. Tak pojęte pisanie o literaturze jest poza procesem sprawdzenia czy udowodnienia. Hipotezy opieram na (przeciw)przeniesieniu oraz obserwacji biegu, struktury myśli – ale to przecież myśl poddana wielokrotnej obróbce: cenzurowana, zredagowana i wpisana w struktury konwencji wybranej przez autora, przepisana przez korektora i redaktora. Potencjał obron przypomina mi zakres mechanizmów obronnych. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że stawiane hipotezy obejmą działania redakcji, nie autora. Choć i tu pamiętać należy, że autor zgadza się na ostateczny kształt tekstu, że ta zgoda ujawnia jakieś jego motywacje, nawet jeśli odpowiedzialność za kształt tekstu się rozkłada. Stawiane hipotezy każdorazowo będą więc wynikiem pracy dwóch umysłów, dwóch nieświadomości. Dlatego piszę, że w szkicach ujawniam siebie. Również swoje potencjalne błędy, solecyzmy, z których mogę się czegoś dowiedzieć. Te również tworzą możliwość wymiany. Idzie więc o to, by usłyszeć, poczuć, odpowiedzieć, wymienić się, ale nie umieszczać tego w jednym, konkretnym miejscu na skali. Nie domykam a uczestniczę w procesie, który przynosi różne rozpoznania. Spisuję własne myśli, które jednocześnie potrafię i nie potrafię jednoznacznie odseparować od myśli autorów. Biorę, refleksyjnie przekształcam ich idee i zwracam je w postaci dla nich obcej, ale zarazem przez samych autorów uwewnętrznionej, często nieświadomie. Oni stwarzają mnie, ja stwarzam ich.

Praktykując taki rodzaj krytyki, świadomie chcę również ratować nieobecną, niesłyszaną, niebędącą w relacji krytykę literacką. To moja osobista motywacja. W ten sposób ratuję również siebie i swój głos. To również odczytać można jako słabość metody. Motywacje osobiste obsadzone wokół własnego znaczenia. Czy to nie kolejna próba zachowania swojej wartości, zamiast akceptacji straty znaczenia, roli? Nie wiem. Łatwo byłoby w tym miejscu skonstruować oksymoron „siła słabości”. Ale czy można uznać go za znak ambiwalencji, czy to jednak kolejna obrona? Znowu nie wiem. Może jedno i drugie. Każda metafora, gdy próbuje się ją przyszpilić, w końcu się załamuje. Nie będę tego robił. Niech w nas pracuje.

Fot. by Hector J. Rivas on Unsplash

Integracja

Współczesne pisanie o chorobach i literaturze konotuje również odniesienia do zbioru teorii oznaczanych jaki studia maladyczne. W ich zakresie dochodzi do socjologizacji stanów wcześniej medykalizowanych – czyli do oznaczenia indywidualnej perspektywy, do podważania, odrzucania, przejmowania języka kreującego stany chorobowe. Jak w większości ruchów emancypacyjnych, także tu idzie o uszanowanie wielości perspektyw oraz zaznaczenie sprawczości podmiotu w chorobie. W polu zdrowia psychicznego na długo przed początkiem historii lecznictwa funkcjonowały dyskursy odosobnienia i wyróżnienia inności. Znamy te rozwiązania z antropologicznych i etnograficznych opisów badanych kultur. W zakresie zdrowia psychicznego podsumował je Foucault. Odrzucenie kontra romantyzacja i uwznioślenie. W dalszych wiekach: nadzór, opieka i ochrona. Dwa ostatnie pojęcia obejmować miały całe społeczeństwa, nie „leczone” jednostki. Odpowiedzią na ten paranoiczny projekt mogła być psychiatria humanistyczna – w Polsce kształtowana przez Antoniego Kępińskiego czy Kazimierza Dąbrowskiego. Ten ostatni w klasycznej już rozprawie o „Dezintegracji pozytywnej” pisał:

Chodzi o to, że – zdaniem autora – nerwowość albo wzmożona pobudliwość psychiczna oraz większość nerwic i psychonerwic nie powinny być uważane za zespoły objawów psychopatologicznych, ale za objawy zdrowe lub na granicy zdrowia i choroby, stanowiące zasadnicze elementy w budowie psychicznego środowiska wewnętrznego, przyczyniające się do jednopoziomowego czy wielopoziomowego rozbicia struktury, co z kolei pozwala oddzielić elementy prymitywne od wyższych w strukturze psychicznej, a w następstwie – poprzez dezintegrację – osiągnąć integrację wtórną na wyższym poziomie. (s. 151)

Co istotne, ów ruch depatologizujący idzie u Dąbrowskiego w parze z działaniem przeciwnym:

[o]dpatologizowanie nerwic, psychonerwic i nerwowości oraz niektórych form psychopatycznych ma swoją przeciwwagę – słuszną przeciwwagę – w coraz bardziej precyzyjnym ustalaniu struktur patologicznych w psychopatii i w różnych formach upośledzenia umysłowego. (s. 145)

Humanistycznej czytelniczce język Dąbrowskiego może przeszkadzać. Chciałbym jednak wydobyć sens obu myśli: zmianie klasyfikacji stanów do tej pory patologizowanych towarzyszy pogłębiająca się wiedza dotycząca naszych umysłów. Nie ma tu jednostronnego ruchu rewolucjonizującego język. Nie ma separacji metafor od wiedzy. Pogłębienie tej drugiej wpływa na uwieloznacznienie opisu. Zamiast separacji mamy opisaną integrację, którą poprzedzić musi rozpad, dekompozycja. Dąbrowski postuluje to na przykładzie psychicznego rozwoju homo sapiens. Ten sam ruch stosować można również dla opisu rozwoju i dojrzewania myśli czy dziedziny psychiatrii.

Integracja przez dezintegrację to także opis uogólnionych celów psychoterapii psychodynamicznej. Przynajmniej tak, jak ją rozumiem. Frustracja i spoglądanie „pod” mechanizmy obronne dezintegruje dotychczas używane przez self schematy, czasowo je osłabia w służbie świadomego, mniej ograniczonego, sztywnego przeżywania siebie i świata po psychoterapii.

O integracji jako celu swoich rozmówczyń pisze również Jenara Nerenberg w książce „Neuroróżnorodne. Jak żyć w świecie skrojonym nie na naszą miarę”. Integracja dotyczy tu działania indywidualnego – zrozumienia i ułożenia własnych stanów umysłu i doświadczeń – oraz budowania wspólnoty między do tej pory niediagnozowanymi kobietami ze spektrum autyzmu, synestezją czy ADHD, zaś w dalszej kolejności ich wspólnoty ze światem. Wydaje się, że działania Nerenberg powtarzają idee Dąbrowskiego. Czasem autorka popada jednak w tony romantyzacji, idealizacji czy nadwartościowania stanów różnorodności. Wyjaskrawia unikalność, wyjątkowość, indywidualne przebudzenie i głoszenie czegoś na kształt dobrej nowiny. Akcentuje słowa neuroodmiennych rozmówczyń dotyczące nadmiaru empatii, nie jej braku. To zaś sprzecznie splata się z wyjściowym stanem diagnostycznym, który odsyła nas do pojęcia deficytu obron, nie nadmiaru wrażliwości. W jednym z miejsc autorka pisze:

Nie miej poczucia winy. […] Nie miej poczucia, że musisz dopasować się do tego, jak w mediach wyglądają osoby neuroodmienne, bo częstokroć wyglądają tam na nieszczęśliwe i znękane. Jesteśmy tu po to, aby zmienić tę narrację, co oznacza, by śmiało ucieleśniać naszą neuroodmienność – bardzo pomożesz, jeśli świat zobaczy, że wypełniają cię radość i szczęście. (s. 159)

Pozytywny przekaz tych słów przypomina jedną ze strategii polityk emancypacyjnych – bądź dumna z tego, kim jesteś. Brzmi to opiekuńczo. Tyle że w takim przypadku zatrzymujemy się na powierzchni. Integracja dotyczy świata zewnętrznego: postulaty zauważenia innych, wzięcia pod uwagę ich potrzeb, przeprojektowania miejsc pracy, domów, kształtów relacji. Wszystko dla dwustronnych zysków: dla możliwości bycia sobą tych, które do tej pory czuły się niedopasowane oraz dla lepszego wykorzystania ich zdolności. Brzmi to jak liberalne wyzwolenie. Oddalamy się od myśli Dąbrowskiego, znika powierzchowne podobieństwo.

Dąbrowski również pisał swoje teksty w służbie społeczeństwa, chciał zmieniać jego kształt. W przeciwieństwie do Nerenberg jednak nie skupiał się na obrazie, lecz na wewnętrznej dynamice, w ramach której dezintegracja przynosić może rozwojowe przesunięcia. Ten ruch umacniać ma nasz „wyobrażony” kawałek, który metaforyzuję słowem self lub ego. Propozycja Nerenberg umacnia jego odbicie w oczach innych.

W tekście Nerenberg pojawia również się coś na kształt psychologicznej definicji neuroróżnorodności:

Podejście oparte na neuroróżnorodności w psychologii nie dąży do wycieszenia tych aspektów osoby, które uznaje się za „mniej pozytywne”, zawadzające bądź „mniej przydatne”. Jak się przekonaliśmy, zamiast tego koncepcje bazujące na neuroróżnorodności dążą do osiągnięcia zmiany postrzegania doświadczenia bycia człowiekiem, zwłaszcza zaś zmiany obecnego pojęcia „zaburzenie”. Zamiast próbować pozbyć się stanów lękowych, zwolennicy nurtu neuroróżnorodności dążą do odkrycia źródła lęku jako związanego z tym, jak doświadczenie różnic poznawczych w naszym społeczeństwie wywołuje ten niepokój – a także brak poczucia bezpieczeństwa, wyobcowanie, osamotnienie i depresję. (s. 136)

Jeśli dobrze interpretuję ten akapit, chodzi tu o pewne przesunięcie odpowiedzialności – coś na kształt odwrócenia „to nie ja jestem odpowiedzialny za moje lęki, lecz to społeczeństwo reaguje na mnie zbyt lękowo, tamuje moje stany i domyka mnie w klatce nieumiejętności lub deficytu. W ten sposób wszyscy tracimy”. Praca psychoterapeutyczna przebiega według odwrotnego wektora – do wewnątrz. Skupia się na konkretnym podmiocie, nie na działaniach obiektów zewnętrznych. Nie prowadzi do zmiany tych drugich, raczej do rozbudowania pola, na którym dochodzi do spotkania tego, co uznawane jest za część pacjenta oraz tego, co zostało wyparte, albo wyprojektowane w innego. To istotna różnica. Piszę to, chcąc zatrzymać fantazje o krzywdzie, nierówności i wyjątkowości. Sprawy są tu o wiele bardziej skomplikowane, ponieważ poruszamy się na polu łączenia psychiatrii i psychoterapii, neurobiologii i hipotez dotyczących działania ludzkiego umysłu. Mamy tu system, wiedzę, indywidualne doświadczenia i emocje. Należy się zgodzić z Chrisem Cole (autorem podcastu Waking Up Bipolar; powołuje się na niego Nerenberg), który postuluje potrzebę „nowego poziomu wyrafinowania” w ramach działań prowadzących do równoległego wyzwolenia od bólu i cierpienia osobistego oraz od opresji wynikającej z konfrontacji z kulturowymi, medycznymi i społecznymi założeniami dotyczącymi danych objawów (por. s. 154). Brzmi to pięknie. Zatrzymuje mnie jednak metafora wyzwolenia. Co oznacza? Książka podsuwa w tym miejscu pytanie: umiejętność/ możliwość radzenia sobie z cierpieniem czy brak cierpienia? (Drugie rozwiązanie, dodajmy już poza tekstem, jest niemożliwe).

Czytając Nerenberg często zastanawiałem się, czy to nie są nowe słowa na stare sprawy. Najczęściej w tę stronę idą emancypacyjne polityki, gdy po próbach różnych działań pojawia się frustracja związana z brakiem zmiany tego, co zewnętrzne. Za tym idzie gniew i rozszczepienie. Nie ma postulowanej integracji. Zakładając, że rację ma Dąbrowski, po owej dezintegracji powinno przyjść wyciszenie i integracja z uwzględnieniem zmiany – skonstruowania dojrzalszej struktury. Nerenberg opisuje połowę tego procesu. Integracja zakładać musi patrzenie do wewnątrz, na siebie. Z tego powodu pisałem wyżej o utrzymywaniu relacji i wspólnej pracy dwojga umysłów. W innym przypadku zmianę forsuje jedna ze stron, druga musi się dostosować. Inaczej mówiąc: wszyscy jesteśmy na jakimś spektrum. Wszyscy mamy podobne zestawy afektów, tylko suwaki na naszych konsolach mają inne zasięgi.

W punkcie wyjścia, jak widać, zgadzamy się z Nerenberg. Różnią nas narzędzia prowadzące do zmiany. Autorka „Neuroróżnorodnych” mówi „przestańcie nas patologizować, bo to wpływa na nasz dobrostan”. Ja podsuwam myśl „Jaka_i będziesz poza krańcami skali: autopatologizacją i pozytywnie nacechowaną wyjątkowością”?

Zapiski wariatki

Na początku szkicu przywołałem zapiski Appignanesi o schizofrenii. Te zdania były bowiem moim pierwszym skojarzeniem, gdy sięgałem po książkę Aleksandry Młynarczyk-Giemzy „Zapiski wariatki”. Miałem chyba nadzieję, że Znak wydaje współczesną Joyca, Woolf a przynajmniej Fitzgerald. Złapałem się w pułapkę myślenia: choroba sublimowana w literaturze równa się talent. Rozmyślałem o nowej strukturze, poruszających połączeniach słów, zmianie ich znaczeń. Wszak na skrzydełku tylnej okładki jeden z blurbów, autorstwa Anny Marchewki, głosi: „Literackie objawienie. Świadectwo artystycznego talentu”. Jakoś przegapiłem, że większym drukiem zapisano tam hasła: „brawurowy debiut”, „energetyczny język”, „bezgraniczna szczerość” oraz trzy opinie odsyłające do socjologicznej lektury oraz do pozostałych współczesnych wyznań ilustrujących różne normatywnościości. W tej fantazji byłem bliski nadwartościowania, wyróżnienia, które wytykam strategiom Nerenberg. Być może ta fantazja to efekt spotkania dwóch umysłów? Jakaś ucieczka, którą decyduję się wprowadzić w ten opis? Łatwo się odkleić od realności. Mówi to trochę o moich lub naszych potrzebach i nadziejach (trudno założyć czyich).

W tekście Młynarczyk-Giemzy wątek nadwartościowania jest śladowy, a w słowach wydawcy znaczny, zaś we mnie rezonował wprost, mocno. Tak mocno, że w pierwszym odruchu przegapiłem znaczenie tytułu. Uciekł mi inicjalny człon i jego pierwotne znaczenie. Oddałem się metaforyzacji zamiast zostać w realności. Zapiski Młynarczyk-Giemzy są właśnie zapiskami. Notatkami czynionymi w różnych stanach czy fazach choroby. Trzy główne części tekstu rozpadają się na fragmenty, które czasem przypominają błyskotliwe felietony, innym razem pamiętnikowe zapiski lub zwykłe notatki. Lektura – ze względu na zapowiedzi i uruchomione oczekiwania, przynosi rozczarowanie. Nie ma tu przełamań, gry z konwencją, spojrzenia poza horyzont – zamiast nich jest monolog. „Zaczynam od jednego wątku, by przenieść się w inny, który ledwo go dotykał, a jednak stanowił pomost, po jakim ślizgała się opowieść” (s. 275) – w taki celny sposób autocharakteryzuje się Młynarczyk-Giemza.

Powyższy akapit obrazuje nie tekst sam w sobie, ale mój proces jego lektury: od początkowej egzotyzacji, do rozczarowania i normalizacji. Z jakim tekstem budowałem taka relację?

Mamy do czynienia z monologiem inteligentnej, oczytanej w krytycznych teoriach artystki. Młynarczyk-Giemza odpowiednio włada językami różnych studies. Przy ich pomocy opisuje swoją pozycję w społeczeństwie. Bierze na siebie bagaż tych znaczeń, które przypisujemy wariactwu czy szaleństwu po czym bada jego zawartość przy pomocy teorii konstruktywistycznych i performatywnych. Można to czytać jako próby racjonalizacji i chęć wpisania się w (anty)normę. Foucaltowskie spojrzenie tylko z pozoru racjonalizuje stany autorki, która czuje się wchłaniana przez kolejne instytucje i na różne sposoby musi z nich uciekać, porzucać je. Chce, ale również boi się być ich częścią. Dla niej to wybór między „ja” a funkcją, do której ograniczeni zostają ludzie identyfikujący się z czymś większym od siebie. Wydaje się, że przyjęcie języka Foucaltowskiego doskonale zabezpiecza tu stany myślenia paranoicznego. Podstawą myśli autora „Nazdorować i karać” jest brak zaufania i lęk przed odebraniem indywidualnej tożsamości, przed oznaczeniem jej jako niepożądana, chora, nieprzydatna. Przyznam, że towarzyszy mi poczucie odwrotne – że to właśnie myśl Foucaulta jest zamykająca, podobnie jak opisywane przez niego systemy. Zamiast otwierać perspektywę przez stawianie pytań, daje nam jednoznaczne odpowiedzi: normy nie są nasze. Przyznać trzeba, że często tylko tyle z niego bierzemy, nie czytając jego pism ostatnich.

Ponadto „pisanie Foucaultem” pokazuje też przynależność Młynarczyk-Giemzy – wpisuje ją w lewicowe skrzydło polskiej humanistyki współczesnej. Na czym, poza mówieniem podobnym językiem polega ta wspólnota? Myślę, że to ważne pytanie, na które ani ja, ani autorka nie mamy odpowiedzi. Przyznam, że czekam na moment, gdy self polskiej humanistyki nieco odseparuje się od tego silnego francuskiego obiektu. Zachowa wobec niego wdzięczność i ruszy dalej. Inaczej wciąż mylić będziemy to co paranoiczne z tym, co racjonalne. Inaczej wciąż będziemy w teoretycznej wspólnocie, teoretycznej relacji i w izolacji wobec świata wyobrażonego jako jednostronny i zły. Nie bez przyczyny terapeuta autorki mówi jej, że odniesie wewnętrzny sukces, jeśli uda się jej zatrzymać w stanie ambiwalencji. Przeżyć w relacjach, w świecie, pomimo jego zła. Zachować jego dwojaki obraz, nie pustoszyć, nie wydrążać tego, co skomplikowane. To zadanie do odrobienia. Napięcie „Zapisków” rozkłada się między lękiem przed etykietyzacją a rozdawaniem tychże etykiet. W tekście-świecie Młynarczyk-Giemzy wszyscy stają się społecznymi funkcjami, nie ludźmi. Wszyscy są konformistami. Oportunizm jest negatywem zarówno sztuki jak i lewicowości. Jaki mamy wybór? Pozostaje nam pustka, paranoja lub ucieczka.

Najbliżej autorki jestem wtedy, gdy mówi do nas o niemożliwości opisania swojego stanu, o niewyrażalnym w słowach. Zacytuję:

– Proszę opisać, co działo się podczas psychozy – nalegają panie stażystki psychiatrii, przyjmując mnie na terapię dzienną po kryzysie. Mają gładko upięte włosy, dobrze dobrany kolor podkładu, świeże tipsy i błękitne uniformy.
– Nie jestem w stanie teraz tego klarownie przedstawić. To niewyrażalne w słowach, poza tym jestem zmęczona i wcale nie chcę tego zdradzać – odpowiadam.
Z karty wpisu dowiaduję się później, że tego dnia byłam napięta, w nastroju dysforycznym, niechętnie zgadzałam się na rozmowę, miałam spłycony afekt i zdradzałam okresowo niedokojarzony tok myślenia. (s. 233)

Ten fragment w skondensowany sposób ilustruje główne wątki „Zapisków”. Relacja między podmiotami jest powierzchowna. Trudno wyobrazić sobie podmiotowość stażystek i pacjentki – widzimy raczej pałuby, manekiny, a zatem znaki czy symbole mające przywoływać funkcje danych osób. Słowo „uniformy” opisuje obie strony spotkania. Tkwią w nich stażystki, w medycznym umundurowaniu znalazła się również pacjentka. Idąc w głąb, nie wiemy nic na temat jej przeżyć, tak jak nie wiemy nic na temat stażystek. Obie strony poruszają się w polu zaproponowanym przez instytucje i normy kultury. Centrum tej sceny pozostaje stwierdzenie „[t]o niewyrażalne w słowach”. Psychotyczny stan umysłu jest przedsłowny, przedsymboliczny. Bion twierdzi, że każdy z nas, przechodząc przez rozwojowe fazy kształtowania umysłu, zachował psychotyczną część umysłu, więc istnieje potencjał jej wykorzystap.a np. w chwilach kryzysu. To założenie daje zdolność porozumienia poza słowami. Z tego rozpoznania korzysta Lech Kalita[6], który opisuje „rytmy otchłani”, „wczesne stany umysłu” (według innej nomenklatury: pierwotne, prymitywne, psychotyczne czy autystyczne stany umysłu) oraz „głębokie słuchanie”.  To ostatnie odnosi się do zmiany praktyk bycia w relacji z opisywanymi pacjentami, do wsłuchania się w ich głos poza słowami, do korzystania z tego jak pacjenci komunikują się z własnym ciałem i jak somatycznie komunikują się z innymi. Bez tej świadomości, bez tego wzbogacenia swojej pracy w momentach kryzysowych obie strony, terapeuci i pacjenci pozostają w poczuciu opuszczenia, niezrozumienia a nawet niechęci.

Tak samo my, czytelnicy „Zapisków wariatki”, dotykamy pewnych warstw doświadczeń autorki. Pozostałe są niewyrażalne w tekście. Jednocześnie wydają się wyrażalne w innych rodzajach sztuki – w muzyce Diamnady Galás, o której pisze Kalita, albo w sztuce wizualnej, co wiemy z doświadczeń Brachy Ettinger. Oboje psychoterapeutycznie odnoszą się do tego, co dzieje się w ciele, poza słowem.

Epizod „Zapisków…”, który zacytowałem, nie łączy się z pozostałymi. Jest wynotowanym, najkrótszym fragmentem tekstu. Książkę zalewają monologi, w których trafiam na „psychoterapeutyczne węzły”. Nazywam tak miejsca, w których teoria podsuwa mi pytania i skłania do szukania odpowiedzi – niekoniecznie teoretycznie prawdopodobnych. Tak pojęta technika zubażałaby tak pacjentów, jak i czytane zapiski. T.H. Ogden pisze:

Zauważam, że teoria psychoanalityczna jest nierozdzielna z moimi doświadczeniami z pacjentami w gabinecie. Idee analityczne zawsze pozostają w tle, gdy pracuję z pacjentami. Nawet jeśli świadomie nie myślę o psychoanalitycznej teorii, stanowi ona „matrycę” (kontekst psychiczny, metaforyczną macicę) kształtującą moje przeżycia w pracy z pacjentami. […] Czuję się obciążony teorią jedynie w sytuacjach, w których zwracam się ku niej po odpowiedź, a nie po pytanie.[7]

Przypomniałem sobie ten cytat w trakcie lektury „Zapisków…”. Matryca, metaforyczna macica – pojęcia, których używałem już przy okazji refleksji nad kanonem – brzmi jak miejsce przedsłownego spotkania. W przytoczonym epizodzie nie ma szansy na takie spotkanie – zamiast niego mamy teoretyczny opis. Teoria pojawia się wraz z potrzebą izolacji. Bywa, że działa świetnie, ale nie w chwili, gdy usłyszeć mamy to, co poza słowami. Przez większość tekstu, co naturalne, jesteśmy jednak w płaszczyźnie symbolicznej.

Warto również ponownie zaznaczyć, że moja relacja z tekstem (z narratorką) odsłania to, co oznaczyć można jako spotkanie dwóch umysłów, dwóch osobowości. Otamowanie schizofrenii wymaga pracy psychiatrycznej i psychoterapeutycznej. Autorka o tym wie:

Moje życie to w dużej mierze praca opiekuńcza nad samą sobą. Muszę zawozić schizofreniczkę we mnie do lekarza orzecznika ZUS, umawiać ją do psychiatry i psychoterapeuty. Pilnować, żeby zawsze miała siłę tam iść, albo zadzwonić i odwołać wizytę. Muszę podawać jej leki, kontrolować dawki, uspokajać, ale też znajdować dla niej domy, dbać o to, by nie przestraszyła rodziny, miała przyjaciół i nie robiła głupot na Facebooku. Nie mówiąc już o tym, że muszę opłacać wynajem mieszkania i chodzić po zakupy do Biedronki. A ona wolałaby mieć wizje i żyć nimi, bez zbędnego zamieszania, bez brudnej codzienności. (s. 151-52)

Frekwencja słowa „muszę” powoduje ucisk, niewygodę. Chciałbym – niejako w kontrze – interpretować ten fragment jako list miłosny do samej siebie. Jako wyznanie przepełnione czułością i wrażliwością dla siebie i bliskich. To zapis odczuć i myśli opiekuńczego fragmentu samej siebie. Ona-schizofreniczka to również fragment tej samej osoby.

Myślę również, że każde z czytelników może rozpoznać się w dylematach autorki. Normy przynoszą nam różne rozczarowania, zmęczenia, cierpienia. Nie każda rola w jakiej jesteśmy, nam odpowiada. Ucieczka w fantazję jest kusząca, lecz arealna. W tym wewnętrznym konflikcie jesteśmy bliżej siebie niż nam się wydaje. Schizofrenia nie jest tu konstytutywnym odróżnieniem. Zamknięte w jednej okładce monologi-fragmenty czytać chcę jako próby spojenia, którym towarzyszą wewnętrzne napięcia (schizy?). Jako test, który mówi o nas, nie tylko o autorce.

Proponowany opis książki Młynarczyk-Giemzy podąża od mylnych fantazji, od myślenia magicznego, przez urealnienie do normalizacji i próby spotkania się w języku i poza nim. Kolejne teorie służą do zadawania pytań, nie do konstruowania odpowiedzi.

***

W tytule szkicu nawiązuję do jednej z piosenek Katarzyny Nosowskiej – „Nerwy i wiktoriańscy lekarze”. Artystka śpiewa o oswobodzeniu się z patriarchatu, o indywidualności oraz, między wierszami, o tym, że niegdyś wyzwalająca się konkubentka byłaby leczona „na nerwy”. Zastanawiam się, co chcę napisać, korzystając z tego nawiązania. Czy to, że za sto lat ktoś ironicznie podsumuje zmagania współczesnej medycyny i psychoterapii z indywidualizującymi się osobami leczonymi na „schizy”? Czy tylko to, że obie dyscypliny zależne są od nas, od naszych myśli i wiedzy, co oznacza, że będą się zmieniać. Będą odbiciem tego, co dominuje w kulturze, którą kształtujemy na własne podobieństwo.

Czuję, że nie odpowiadam na postawioną kwestię, lecz rozmywam znaczenia. Zawieszam sądy. Nie daję konkluzji. Moja wiedza jest jednocześnie niewiedzą. Tak samo świadomość przenika się z nieświadomością.

LITERATURY I PSYCHOTERAPIE

„Chociaż czytamy sami, w ciszy, to robiąc to, pozostajemy w relacji z kimś, kto opowiada nam historię, i ten opowiadający staje się dla nas postacią. […] Analityk nie próbuje znaleźć rozwiązania zagadki, ani nie szuka jedynej prawdy o przeszłości. Oczywiście, w każdej analizie zdarzają się momenty, w których oboje, i pacjent, i analityk dają się ponieść ekscytacji […]. Ale jeśli spróbujemy wyryć w kamieniu Prawdę o przeszłych doświadczeniach, uznać jeden choćby „wątek” za zupełnie skończony, zubożymy naszego pacjenta i obrabujemy z bogactwa jego wewnętrznego świata, uwięzimy go raczej niż uwolnimy od ograniczeń narzucanych przez doświadczenia z przeszłości” – pisała Ignês Sodré w szkicu „Psychoanaliza i literatura”.

W cyklu łączyć będę doświadczenia czytelnicze, psychoterapeutyczne i krytycznoliteracką praktykę. Chcę wielokrotnie sprawdzić hipotezę o możliwości zbudowania z autorem_rką relacji podobnej do tej, jaką buduje się w gabinecie psychoterapeutycznym.


Przypisy:
[1] Por. M. Duda, A. Sobolewska, Odmiany Psychoterapii, tekst złożony do „Wielogłos. Pismo Wydziału Polonistyki UJ” 2/2023.
[2] Por. T. H. Ogden, Przeżywanie nieprzeżytego życia, przeł. L. Kalita, Warszawa 2018, s. 196.
[3] W kontekście estetyki nie należy zapominać o pismach Freuda zgromadzonych w tomie Sztuki plastyczne i literatura, przeł. R. Reszke, Warszawa 2009.
[4] H. Segal, Psychoanalityczne podejście do estetyki, w: tejże, Teoria Melani Klein w praktyce klinicznej, Gdańsk 2006; H. Segal, Uwagi o tworzeniu symboli, w: tejże, Teoria Melani Klein w praktyce klinicznej, Gdańsk 2006.
[5] Z. Rosińska, Psychoanalityczne myślenie o sztuce, Warszawa 1985; E. Fiała, Modele freudowskiej metody badania dzieła literackiego, Lublin 1991; D. Danek, Sztuka rozumienia. Literatura i psychoanaliza, Warszawa 1997, T. Małyszek, Romans Freuda i Gradivy, Toruń 2002.
[6] Por. L. Kalita w książce Rytmy otchłani. Rozważania o wczesnych stanach umysłu, Warszawa 2022.
[7] T. H. Ogned, Przeżywanie nieprzeżytego życia, Warszawa 2018, s. 15-16.