Nr 25-26/2025 Na moment

Każdej jesieni, gdy media społecznościowe zalewa fala zdjęć kubków z pumpkin spice latte, promieni słońca padających na złocące się liście i wyjmowanych z szafy wełnianych swetrów, powraca także jeden z niepisanych popkulturowych rytuałów: kolejny rewatch „Kochanych kłopotów” („Gilmore Girls”). Od ponad dwóch dekad ten serial obyczajowy o życiu matki i córki w małym amerykańskim miasteczku pozostaje jednym z najchętniej oglądanych. Mimo lat, jakie upłynęły od jego premiery, z roku na rok jego popularność rośnie i utrzymuje on niezachwianą pozycję ulubionego comfort show. Kiedy świat wokół nas staje się coraz bardziej chaotyczny i niezrozumiały, „Kochane kłopoty” oferują bezpieczny powrót do bajkowej przestrzeni Stars Hollow. Wyidealizowany świat przedstawiony wydaje się kluczem dla zrozumienia fenomenu serialu, który nie oferuje nam odbicia rzeczywistości, jaką znamy, tylko pewną emocjonalną rekonstrukcję podzielanego ideału tego, jak powinno być. To wykreowane przez twórców odrębne uniwersum, w którym większość problemów, z jakimi musimy się mierzyć na co dzień, po prostu nie istnieje, a te, które pozostają, mogą zostać rozwiązane z użyciem humoru i kolejnego kubka kawy w barze Luke’a. Wspólnota działa, relacje międzyludzkie mają sens, a świat jest wystarczająco mały, by można było go objąć wzrokiem i rozumem.

Ten typ narracji przeżywa współcześnie prawdziwy rozkwit w kulturze przesyconej uczuciem niepokoju i niepewności. W czasach społecznych kryzysów, wojen, katastrof klimatycznych i przeraźliwego nadmiaru informacji komfort staje się luksusem, którego szukamy w każdy możliwy sposób, w tym w popkulturze. Ostatnia dekada przyniosła rosnącą widoczność alternatywnych narracji, jednak obecnie zderza się to ze swoistym kontrtrendem: rosnącą liczbą produkcji oferujących bezpieczną wizję rzeczywistości bez miejsca na przesadne epatowanie queerowością, krytykę społecznych standardów czy instytucji zakorzenionych w cisheteropatriarchacie. Pod płaszczykiem nostalgii i komfortu jako haseł, którymi promowane są te produkcje, kryje się jednak mocno ideologicznie nacechowane przekonanie, że „kiedyś było lepiej”: ludzie byli sobie bliżsi, relacje międzyludzkie łatwiejsze, a miłość bardziej autentyczna. To wyraz tęsknoty za uporządkowaną rzeczywistością, w której role społeczne były jasno zdefiniowane, wybory moralne oczywiste, a poczucie wspólnoty było czymś oczywistym i danym raz na zawsze.

Wymieszajmy te składniki i mamy to – idealną konserwatywną fantazję.

Stars Hollow wydaje się spełnieniem amerykańskiej fantazji o liberalnej utopii, w ramach której wszyscy mogą znaleźć swoje miejsce niezależnie od doświadczeń życiowych czy popełnionych błędów. Ten obraz się jednak rozpada, gdy przyjrzeć mu się bliżej. Choć w serialu pojawiają się postaci queerowe, nie zajmują one większego miejsca w narracji, kwestie rasowe zdają się nie istnieć, a uprzywilejowanie głównych bohaterek jako pochodzących z klasy wyższej zostaje uznane za normę. Jednocześnie panuje tu prawdziwie postfeministyczne przekonanie, że równość płci została już wywalczona, a kobiety mogą się realizować zawodowo i emocjonalnie bez potrzeby kwestionowania patriarchalnego porządku. Lorelai może być więc niezależna i prowadzić własny biznes tak samo jak mężczyźni z jej otoczenia. Jednocześnie jej sukces życiowy pozostaje niepełny bez odpowiedniego partnera. Kluczowym punktem odniesienia dla kobiecych postaci w „Kochanych kłopotach” zawsze pozostają miłość i związki.

Wzmacnia to dodatkowo odbiorcza interpretacja serialu, która na przestrzeni ostatnich lat uległa znaczącej zmianie, doskonale oddając to, w jaki sposób pewne kulturowe wzorce przesuwają się coraz bardziej w stronę konserwatyzmu. Jeszcze kilka lat temu internetowe dyskusje o „Kochanych kłopotach” często koncentrowały się wokół postaci Rory jako wzoru ambicji i akademickich aspiracji. Wszystkie dziewczyny, tworząc vision board na nowy rok szkolny, obowiązkowo dodawały zdjęcie Rory z książką w ręku lub słynny już cytat „Kogo obchodzi, czy jestem ładna, jeśli obleję egzamin?”. Jednocześnie droga, jaką przechodzi bohaterka w kolejnych sezonach – doznając niepowodzeń, załamując się pod presją, nie odnosząc tak wielkiego sukcesu, jak oczekiwała – świetnie obrazuje zderzenie z rzeczywistością, społecznymi ograniczeniami i własnymi wątpliwościami. Nieprzypadkowo właśnie te wątki spotkały się z najchłodniejszym odbiorem widzów i widzek. Współcześnie fandom często deklaruje, że najlepsza era serialu kończy się, kiedy Rory wyjeżdża na Yale – rozwój bohaterki poza granicami bezpiecznego Stars Hollow nie staje się naturalnym elementem dojrzewania, ale jest krytykowany jako próba odejścia od idyllicznego porządku. Obecnie dyskusje o „Kochanych kłopotach” znacznie rzadziej dotyczą ambicji Rory i sprowadzają się do pytania „Dean, Jess czy Logan?” w odniesieniu do tego, który z partnerów jest dla niej najbardziej odpowiedni. Wszyscy wydają się zapominać, że w finale, postawiona przed ofertą bezpiecznego, uporządkowanego życia u boku Logana, bohaterka wybiera siebie, swój rozwój i karierę, a nie romans. Ten gest przez wielu widzów odbierany jest jako rozczarowujący, bo nie wpisuje się w klasyczną logikę kobiecego spełnienia. Zredukowanie postaci Rory do jej życia uczuciowego odzwierciedla znacznie szerszy trend, w którym kobiecość wciąż jest definiowana poprzez zdolność do kochania i bycia kochaną.

W przypadku „Kochanych kłopotów” to przesunięcie akcentów – z rozwoju bohaterki na jej relacje romantyczne – jest widoczne przede wszystkim w zmianie sposobu, w jaki publiczność interpretuje serial. To ona zredukowała historię Rory do jej związków, choć sama narracja dawała postaci przestrzeń do rozwoju, popełniania błędów i szukania własnej drogi. Jednak w wielu współczesnych produkcjach obyczajowych romans już w założeniu twórców staje się nie jednym z elementów narracji, lecz jej jedyną osią, a miłość romantyczna – celem samym w sobie, któremu wszystko inne zostaje podporządkowane.

Jedynie czteroletnia internetowa asceza mogła chronić przez zetknięciem się z fenomenem serialu „Tego lata stałam się piękna”. Produkcja Prime Video, która na pierwszy rzut oka nie zapowiadała się jako wielki hit, szybko zdobyła ogromną popularność, stając się jednym z najchętniej komentowanych tytułów w mediach społecznościowych i niemal obowiązkowym punktem w dyskusji na temat współczesnych teen dramas. Ten niesamowity rozgłos można przypisywać wyjątkowo sprawnemu marketingowi w mediach społecznościowych czy wykorzystywaniu w odcinkach piosenek takich artystek, jak Taylor Swift czy Gracie Abrams. W tej niezwykłej popularności raczej przeciętnego serialu dla młodzieży również można dostrzec znamiona popkulturowego trendu snucia historii opartych na nostalgii i eskapizmie, które przy tym promują narracje niosące mocno konserwatywne przesłanie.

Serial powraca do narracyjnej kliszy, która mogłaby się wydawać już zużyta: o serce pięknej dziewczyny rywalizuje dwóch chłopców i… (tu wstaw wydarzenie, które w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia, bo jest tylko tłem dla romansu). To schemat do tego stopnia elastyczny, że można go modyfikować w dowolny sposób i trudno oprzeć się wrażeniu, iż wszystko zostało już tutaj powiedziane – mieliśmy małe miasteczka przyciągające wszystkie nadnaturalne stworzenia z wampirami na czele, intrygi nowojorskich elit w prywatnych szkołach, dystopijne społeczeństwa przyszłości i romantyzowane pałace szlacheckie w przeszłości, morderstwa, klątwy i historie o porzucaniu całego dotychczasowego życia, żeby przeprowadzić się na prowincję. Tak jak „Kochane kłopoty”, „Tego lata stałam się piękna” proponuje zaskakująco zwyczajną i można wręcz rzec nudną wizję zbudowaną wokół nostalgii za pewnym imaginarium – w tym przypadku idealnego lata, którego nikt tak naprawdę nie doświadczył, a jednak wszyscy za nim tęsknią.

Serial Jenny Han wykorzystuje wszystkie cechy gatunkowe romansu, poczynając od kreacji głównej bohaterki. Belly jest niemal archetypicznym uosobieniem romantycznej heroiny: dobra, nieco naiwna i nieśmiała, nie ma większego doświadczenia w relacjach z chłopcami, a jej atrakcyjność musi zostać dopiero „odkryta”. Ostatnie dekady dość mocno przesunęły te akcenty, a twórcy produkcji serialowych i filmowych porzucili jeden wzorzec na rzecz bardziej zniuansowanych i różnorodnych protagonistek. „Tego lata stałam się piękna” świadomie odchodzi od tej tendencji, przywracając tradycyjny wzorzec, według którego dziewczęca niewinność i brak doświadczenia stanowią podstawę atrakcyjności bohaterki oraz dodają dramaturgii jej pierwszemu romansowi. Podobny sposób budowania kobiecych postaci pojawia się coraz częściej we współczesnych produkcjach serialowych, szczególnie tych kierowanych do młodzieży czy młodych dorosłych.

W serialu „Moje życie z Walterami”, kolejnym hicie ostatnich lat, główna bohaterka, Jackie, po tragicznej śmierci rodziców zostaje przygarnięta przez dużą rodzinę mieszkającą na wsi, trafia do domu pełnego chłopców i niemal natychmiast zostaje uwikłana w trójkąt miłosny. Jej dorastanie, podobnie jak u Belly, sprowadza się do emocjonalnego dojrzewania w ramach relacji z mężczyznami, nie pozostawiając miejsca na samodzielne poszukiwanie własnej tożsamości. Produkcje takie jak „Przez moje okno”, „Moja wina” czy „After” jeszcze dosadniej wykorzystują motyw dobrej, niewinnej dziewczyny, która jako jedyna może się przedrzeć przez mury otaczające nieprzystępnego mężczyznę, odkryć jego traumy i problemy oraz go „naprawić”. Ten wzorzec, wywodzący się z XIX-wiecznych powieści romantycznych (takich jak „Jane Eyre” czy „Duma i uprzedzenie”), przetrwał w niezmienionej postaci, dostosowując jedynie język i dekoracje do realiów współczesnych. W tych ramach bohaterka nie przechodzi żadnej przemiany (mimo takich deklaracji) i nie rozwija się jako jednostka, ale staje się jedynie katalizatorem dla przemiany mężczyzny, wydobywając z niego ukryte dobro.

W „Tego lata stałam się piękna” rozpoznanie Belly jako potencjalnej partnerki romantycznej odbywa się w momencie, kiedy męscy protagoniści zderzeni zostają z zawartą w tytule przemianą – jej nagle odkryta uroda staje się punktem wyjścia dla całej fabuły. Serial próbuje się wpisać w tradycję gatunku coming of age, w którym dorastanie jest momentem stopniowego odkrywania własnej tożsamości, jednak w tym przypadku ta droga zostaje dość mocno zawężona. Już samo zainicjowanie jej przez zewnętrzne uznanie atrakcyjności ujawnia mocno konserwatywne rozumienie kobiecości i miłości jako podstawowych wyznaczników tożsamości dla młodych dziewczyn. Działanie to pogłębia wprowadzenie wątku balu debiutantek, w którym Belly bierze udział w pierwszym sezonie. To, co symbolicznie przedstawiane jest jako moment wejścia w dorosłość, pozostaje mocno zakorzenione w heteropatriarchalnej tradycji. Debiutantka nie jest prezentowana jako autonomiczna jednostka, ale jako potencjalna kandydatka do małżeństwa. Próby „unowocześniania” czy przeramowania tych rytuałów nie zmieniają ich konserwatywnego rodowodu, kontynuując tradycję wpisywania kobiecej tożsamości w bardzo wąskie ramy wizualnej atrakcyjności i społecznej akceptacji. Dopiero męskie spojrzenie legitymizuje prawo głównej bohaterki do bycia kobietą. Produkcje młodzieżowe ostatnich lat zazwyczaj podchodziły do podobnych konwenansów w sposób krytyczny, demaskując ich opresyjny charakter. „Euforia” świadomie pokazywała presję kulturową związaną z kobiecym wyglądem, chociażby w słynnej scenie z Cassi, prezentującej proces „upiększania się” jako obsesyjny oraz prowadzący często do alienacji i cierpienia. „Sex Education” podchodziło do cielesności w sposób kompleksowy, honorując różnorodność i indywidualność ekspresji. „Derry Girls” czy „Yellowjackets” pokazywały dziewczęcość i młodość w zupełnie innym rejestrze – pozbawionym romantycznej ornamentyki i wizualnego upiększania. Bohaterki tych seriali są hałaśliwe, niedoskonałe, ale przy tym pełne sprawczości i samoświadomości.

Kadr z serialu „Tego lata stałam się piękna”

Progresywność wydaje się zanikać w zderzeniu z tym konserwatywnym kontrtrendem, który przesuwa popkulturę coraz bardziej w stronę określonych wartości: gloryfikacji rodziny nuklearnej i tradycyjnych ról płciowych, promowania heteronormatywnej wizji związku jako jedynej drogi do szczęścia i ponownego spychania na margines alternatywnych narracji (queerowych, feministycznych, emancypacyjnych). „Tego lata stałam się piękna” balansuje na granicy tradycji i nowoczesności, ujmowania konserwatyzmu w uwspółcześniony, atrakcyjny sposób i czynienia z niego „racjonalnej” opcji. Serial jednocześnie mocno promuje tradycyjne wzorce i broni anachronizmów takich jak bal debiutantek, ale też próbuje zachować liberalno-progresywny charakter. Szczególnie podkreślają to zmiany w stosunku do książkowego pierwowzoru, który jest bardzo klasyczną romantyczną fantazją osadzoną w świecie białych, bogatych ludzi. Adaptacja stara się wprowadzać pewną stonowaną różnorodność, która szybko okazuje się złudna. Serialowa Belly jest pół-Koreanką (co nie ma żadnego znaczenia dla fabuły), w tle pojawia się postać niebinarna i nieneurotypowa (co nie ma żadnego znaczenia dla fabuły), wspomniany zostaje fakt, że rodzina Fisherów jest znacznie lepiej sytuowana niż rodzina Belly (co nie ma żadnego znaczenia dla fabuły). Niewątpliwie serial staje się jednym z najlepszych przykładów tokenizmu, jaki mogliśmy ostatnio obserwować w popkulturze: odhacza kolejne punkty z listy reprezentacji, żeby wpasować się w gusta bardziej liberalnej części widowni, jednocześnie nie czyniąc żadnego z tych wątków integralną częścią opowieści ani nie zarysowując różnic w doświadczeniach czy aspiracjach.

Z kolei twórcy „Mojego życia z Walterami” usiłują się trzymać tej liberalnej fantazji o inkluzywności, w której przedstawiciele mniejszości w żaden sposób się nie odróżniają i nie zagrażają heteronormatywnemu porządkowi. Serial również oparto na powieści osadzonej w świecie białych, uprzywilejowanych ludzi i w adaptacji również etniczność głównej bohaterki zostaje zmieniona – na latynoską (co nie ma żadnego znaczenia dla fabuły). Serial wprowadza więcej postaci czarnych czy queerowych, pojawia się również wątek niepełnosprawności jednego z braci, który ma problemy ze słuchem. To wszystko pozostaje jednak tylko tłem w postaci kilku słów po hiszpańsku rzuconych tu i tam, krótkiego pocałunku dwóch chłopców, pobocznej wzmianki o rasizmie. Różnorodność nie jest narzędziem krytycznego przemyślenia relacji społecznych, tylko w ramach tych produkcji staje się jedynie estetycznym gestem – obowiązkowym elementem wizualnej reprezentacji, która ma legitymizować produkcję jako „postępową”, jednocześnie nie naruszając fundamentów konserwatywnej narracji. Idea inkluzywności zostaje odpolityczniona i wykorzystana jako sposób na utrzymanie status quo, oferując łagodną i bezpieczną wizję postępu, która nie wymaga od widzów żadnego dyskomfortu ani refleksji.

Problem nie tkwi w samych narracjach romansowych, bo te zawsze funkcjonowały jako rodzaj eskapistycznej przyjemności dla odbiorcy, ale w coraz większej monopolizacji jednego modelu – heteronormatywnego i konserwatywnego, który uczy młode kobiety, że wartość ich życia i tożsamości sprowadza się do relacji z mężczyzną. Jednocześnie popularność romansów wydaje się także alarmująca, kiedy stają się one jedynym gatunkiem, po który sięgają młode kobiety i który jest szeroko promowany w mediach społecznościowych. Rynek czytelniczy w ostatnich latach przeszedł ogromną transformację pod wpływem BookToka, którego wpływ na kształtowanie gustów czytelniczych i wyznaczanie trendów staje się coraz silniejszy. Popularność książki na TikToku jest dzisiaj niemal równoznaczna z byciem bestsellerem, a najchętniej promowane powieści to te powielające konserwatywne wzorce. Fenomen powieści Colleen Hoover budującej swoje historie wokół wizji miłości jako ocalenia, powrót historycznych romansów pozwalających wrócić do imaginarium „starej, dobrej przeszłości” i nieustanna fascynacja „męskimi” mężczyznami, których męskość objawia się najczęściej skłonnościami do przemocy i toksycznych zachowań – to tylko kilka popularnych trendów, które sprzyjają powrotowi do tradycyjnych wyobrażeń o płci, związkach i szczęściu. Emancypacja w tych powieściach pozostaje pozorna, bo choć pełne są seksualnego napięcia i mniej lub bardziej dosadnych scen, wcale nie łamią konserwatywnych schematów, lecz jedynie unowocześniają je przez wpisanie w bardziej „odważne” ramy. Bohaterki mogą być więc bardziej bezpośrednie czy świadome własnego ciała, ale ich tożsamość dalej jest definiowana przez mężczyznę – jego pożądanie, jego akceptację, jego przemianę. Seksualność jest sposobem na naprawę partnera, nie na budowanie więzi czy samopoznanie. Te motywy dominują w powieściach wspomnianej Colleen Hoover („It ends with us”, „Gdyby nie ty”), Any Huang (seria „Twisted”, seria „Bogowie gry”), Elle Kennedy (seria „Off-Campus”), Hannah Grace („Icebreaker”, „Wildfire”) czy wielu, wielu innych. Wszystkie te autorki deklaratywnie tworzą nowoczesne romanse, które jednak powielają znaną strukturę, w której kobieca seksualność funkcjonuje przede wszystkim jako element fabularny prowadzący do emocjonalnego podporządkowania. Seks zostaje wpisany w romantyczny porządek miłości heteroseksualnej, której ostatecznym celem są emocjonalna stabilizacja, rodzina i monogamia. Główne bohaterki współczesnych romansów mają swoje pasje i cele, jednak zostają one całkowicie podporządkowane ostatecznemu celowi, jakim jest znalezienie „tego jedynego”.

W tym sensie romans nie jest tylko fabularnym schematem, ale też obietnicą – bezpieczeństwa, porządku i sensu, ostatecznego spełnienia, które czeka na wszystkich. Równie często, co erotycznych fantazji, czytelniczki poszukują komfortu, emocjonalnego schronienia przed światem. Podobnie jak w przypadku filmów i seriali niezwykłą popularnością cieszą się książkowe historie rozgrywające się w małych amerykańskich miasteczkach, nadmorskich kurortach, pomiędzy lokalnymi kawiarniami i nad brzegiem oceanu. Powieści Laurie Gilmore („The Pumpkin Spice Café”), Abby Jimenez („Romans tylko na lato”, „To nie może się udać”) czy Catherine Walsh („Kierunek miłość”, „Zaśnieżeni”) operują tą samą estetyką nostalgii, ciepła i wspólnoty w sezonowych dekoracjach – ich historie dzieją się latem pod upalnym słońcem i wśród szumu oceanu, jesienią w miasteczkach spowitych złotymi liśćmi i zapachem cynamonu, zimą przy świątecznych światełkach i kubku gorącej czekolady. Sezonowość jest wykorzystywana jako pewna metafora harmonii i porządku, przypomnienie o świecie, w którym wszystko ma swoje miejsce i czas. Komfort tych historii wynika z ich przewidywalności. W skomplikowanym świecie oferują prostą mapę emocji – jest ona, jest on, są przeszkody, ale ostatecznie wszystkie zostają pokonane na drodze do nieuchronnego szczęśliwego zakończenia. Te literackie romanse kreują obraz współczesnej kobiecości, który pozornie celebruje niezależność czy seksualność, ale tak naprawdę zamyka ją w tych samych ramach, które funkcjonują od dziesięcioleci: romantyczna miłość, emocjonalne bezpieczeństwo, heteronormatywna stabilność.

Ten konserwatywny zwrot – choć być może wcale nie jest zwrotem, bo nigdy do końca nie zeszliśmy z tej ścieżki – w popkulturze koresponduje także bezpośrednio z estetykami dominującymi w mediach społecznościowych. Najbardziej oczywistym przykładem jest nieustannie rosnąca popularność tradwives, o których można już mówić tylko w kategoriach prawdziwego fenomenu. „Tradwife” to określenie, którego używają wobec siebie kobiety rezygnujące z pracy zawodowej na rzecz zajmowania się domem i dziećmi. Kultywują one ideę powrotu do tradycyjnych ról płciowych i szerzenia chrześcijańskich wartości. Znakomicie wpisują się w internetowy krajobraz lifestyle’owych influencerek, dzieląc się poradami na temat dobrego związku, prowadzenia domu, wychowywania dzieci czy produktywności. Wykorzystują znacznie szersze trendy i popularne estetyki takie jak cottagecore, sprawiając, że ich obecność wydaje się naturalna i oczywista. W swoich fundamentalnych założeniach pozostają jednak mocno związane z ruchami skrajnej prawicy, a ich działalność wspiera radykalizację oraz ułatwia szerzenie ekstremistycznych ideologii i teorii spiskowych. Sposób, w jaki to czynią, jest jednak do tego stopnia nieoczywisty, że udaje mu się umknąć sprzed oczu większości obserwatorów, których przyciągają ładne sukienki retro, przepisy na chleb na zakwasie i pomysły na zabawy z dziećmi na świeżym powietrzu. Hannah Neeleman (@ballerinafarm) zgromadziła ponad dziesięć milionów obserwujących na Instagramie, dzieląc się z nimi wyidealizowanym obrazem życia na wsi i macierzyństwa. W publikowanych przez nią treściach widać, jak z wdziękiem wykonuje prace na farmie, opiekuje się ośmiorgiem dzieci i ubrana w piękną sukienkę pozuje z mężem. Karolina Baszak (@karolinabaszak) przyciąga obserwujących przede wszystkim pięknymi zdjęciami w stylistyce retro, propozycjami strojów utrzymanych w klasycznym stylu i poradami, jak wychowywać dzieci w tradycyjny sposób. Promuje tradycyjny model kobiecości oraz model rodziny wielodzietnej jako „rodziny idealnej”, która zapewnia człowiekowi przestrzeń do rozwoju i odnalezienia spełnienia. Ideologia tradwife znajduje swoje rozszerzenie nawet dla kobiet niezamężnych, młodych dziewczyn, które skupiają się pod hasztagiem #stayathomegirlfriend. Otwarcie deklarują, że nie pracują zawodowo i nie mają takich planów, poświęcając się całkowicie obowiązkom domowym i potrzebom swoich chłopaków. Ich styl życia jest przedstawiany jako jedyny właściwy.

Wizerunek tradwives to współczesna reinterpretacja ideału kobiecości opartego na harmonii, posłuszeństwie i pełnym poświęceniu rodzinie. Ich treści są przekaźnikiem pewnej szerszej politycznej misji, w ramach której rola kobiety jako matki i gospodyni domowej jest zarówno uświęcona, jak i niepodważalna. To skrajny konserwatyzm ubrany w najładniejsze szaty pochwały powolnego życia w zgodzie z naturą, budowania prawdziwych więzi rodzinnych i społecznych – obietnica spokoju i bezpieczeństwa. Romantyczna wizja przeszłości odgrywa tu kluczową rolę – struktury patriarchalne są przedstawiane nie jako systemy opresji, ale jako coś dawniej kultywowanego, a zatem „naturalnego”. Treści tworzone przez tradwives wykraczają poza promowanie określonego stylu życia i stają się częścią szerszego projektu ideologicznego, mającego na celu wzmocnienie tradycyjnych norm społecznych. Za pośrednictwem swoich platform umiejętnie wykorzystują wizualne narracje i estetyki, budując poczucie nostalgii za przeszłością i ugruntowując konserwatywne ideały w kulturze głównego nurtu.

Wydaje się z tego wyłaniać niepokojąca ideologiczna ciągłość – od narracji młodzieżowych, w których dorastanie sprowadzone zostaje do doświadczenia pierwszego romansu, przez historie dorosłych kobiet, których sukces życiowy pozostaje niepełny bez odpowiedniego partnera, po apoteozę rodzin wielodzietnych o tradycyjnym stylu życia, dokonywaną przez tradwives. Wszystkie te opowieści, choć osadzone w różnych mediach, kontekstach i estetykach, łączy wspólne przesłanie, zakładające, że heteronormatywny związek i podporządkowana jego dobru pozycja kobiety są jedynym źródłem spełnienia. Wydają się one karmić dokładnie tą samą potrzebą, pragnieniem stabilności i bezpieczeństwa w świecie chaosu, i płacą za to cenę porzucenia ideałów ambicji, różnorodności czy emancypacji. Pojedyncze popkulturowe produkcje czy pojedyncze influencerki mogą się jawić jako odosobnione przykłady, niewinny flirt z romantyzowaną wersją przeszłości. Zebrane razem stają się jednak egzemplifikacjami szerszego trendu przesuwania się kultury w stronę konserwatywnej wrażliwości. Ta fantazja wpisana w estetykę komfortu przestaje być niewinna – to kulturowy mit reprodukujący porządek, w którym spełnienie czy bezpieczeństwo są możliwe tylko dzięki zachowaniu tradycyjnych ról. W obliczu współczesnych kryzysów jawi się ona jako kuszące rozwiązanie. Kiedy jednak obserwujemy jednoczesne zwracanie się społeczeństw ku skrajnie konserwatywnym ideologiom i odwrót od wypracowanych przez ostatnie lata ideałów równości, a najbardziej atrakcyjnym wyborem dla młodych kobiet okazuje się zostanie tradwife, pozostaje zapytać: jakie będą konsekwencje komfortowego umoszczenia się w tej fantazji?