Jednym z paradoksów otaczającej nas rzeczywistości jest fakt, że żyjemy zarówno w czasach bezprecedensowej, politycznej transfobii, jak też i w momencie, w którym po raz pierwszy można mówić o czymś takim jak transkowa burżuazja. Nie chcę sugerować, że nigdy wcześniej nie było trans kobiet z klas wyższych. Należy jednak pamiętać, że do niedawna tranzycja ku kobiecości wiązała się z ryzykiem, jeśli nie gwarancją, deklasacji. Przyczyny tego dobrze opisuje podstawowa obserwacja socjalistycznego feminizmu: przestrzenie sfeminizowanej pracy – w sektorze usług, pracy opiekuńczej, pracy seksualnej – były historycznie gorzej opłacane i miały niższy status. Decyzja o tranzycji oznaczała zazwyczaj utratę pracy (nawet w wypadku wybitnie utalentowanych postaci, takich jak informatyczka Lynn Conway wyrzucona z IBM w 1968 r.), skazując trans kobiety na niestabilne, gorzej płatne formy zatrudnienia. Odtąd dzielić miały los wielu innych kobiet próbujących się utrzymać z własnej pracy. Świetnym przykładem tej dynamiki jest trening zawodowy, jaki w latach 60. minionego wieku był oferowany transkom w kalifornijskich „klinikach płci”: uczono tam umiejętności maszynopisania, co miało je uratować przed znalezieniem się na ulicy.
Oczywiście, znajdowały się tutaj wyjątki – stanowią je trans kobiety, którym udało się zrobić karierę w kulturze i show-biznesie czy też znaleźć bogatego męża. Jednakże te ścieżki awansu klasowego były wąskie i mało dostępne. Sytuacja zaczęła się zmieniać właściwie dopiero na przestrzeni ostatnich kilku dekad, kiedy to przemiany społeczne (tu wielkie zasługi feminizmu) zaczęły powoli otwierać nowe ścieżki kariery przed (przede wszystkim białymi i dobrze wykształconymi) transkami. Stąd też gdzieś w latach 90. zaczął się powoli wykształcać nowy stereotyp transpłciowej pracownicy IT, stanowiący alternatywę wobec obrazu „transseksualnej prostytutki”.
Mimo wszystkich tych przemian amerykańska literatura transkobieca, którą w tym cyklu się zajmuję, nie była zbyt zainteresowana „transkową klasą średnią”. Bohaterki powieści Imogen Binnie, Casey Plett, Jeanne Thornton czy Torrey Peters pozostają raczej przykładami sprekaryzowanych, podlegających stałej deklasacji figur społecznego marginesu. Nieprzypadkowo – tranzycja (szczególnie dla trans kobiet) wciąż raczej zamyka, niż otwiera możliwości, wciąż ciągnie ku wykluczeniu, alienacji, subkulturze. Ale nie dla nas wszystkich, nie w ten sam sposób.
Nikt chyba nie jest tak dobrze wyczulony na sekrety życia transkowej burżuazji, jak Nicola Dinan, brytyjska autorka malezyjskiego pochodzenia. W maju tego roku ukazała się jej druga (po debiutanckiej „Bellies”) powieść pod pięknym tytułem „Disappoint Me” [Rozczaruj mnie]. Obie książki są podszytymi melodramatem komediami o kolejach życiowych młodych, dobrze usytuowanych klasowo brytyjskich transek o azjatyckim pochodzeniu. Obie są o intymności, klasie, rasie i możliwościach życia, które nie wydawały się możliwe. Obie opowiadają również o sekretnych urokach heteryckiej normalności, a więc, siłą rzeczy, o rozczarowaniu.
W „Bellies” rozczarowanie przychodzi szybko. Tom, liberalny gej, poznaje przystojnego Ming; ich relacja rozwija się doskonale, dopóki eksperymenty Ming z płcią nie przechodzą z fazy zabawy w pełną parą tranzycję. Okazuje się, że miłość jest jednak słabsza od pragnienia: Tom potrafił kochać ciało Ming, dopóki widział w nim mężczyznę; kiedy Ming decyduje się zostać kobietą, jest to już za dużo. „Bellies” jest więc antyromansem; Dinan śledzi nie samą miłość, ale to, co pozostaje na jej gruzach – życiowe trajektorie ludzi, którzy wzajemnie się skrzywdzili, którzy nie potrafili dobrze się potraktować. Tom nie potrafi być z kobietą i nie potrafi powiedzieć tego wprost, ale Ming również nie jest niewinna. Bez pytania i konsultacji pisze sztukę na podstawie swojej relacji z Tomem, sprowadzając go w niej do płytkiej karykatury białej gejowskości.
Paradoksalnie w „Disappoint Me” rozczarowanie nie pojawia się równie szybko, jego fabularne rozpisanie zajmuje dużo więcej przestrzeni – ale przez to jest być może bardziej bolesne. Max (znowu: brytyjska trans kobieta pracująca w IT, pochodzenia azjatyckiego) łamie nogę na noworocznej imprezie. Sfrustrowana własnym życiem postanawia wreszcie się ustabilizować, wypaść na chwilkę z queerowo-transowego świata ciągłego balu nad przepaścią i dać szansę normalności. Normalność ma zapewnić Vincent, prawnik z Hongkongu, który zakochuje się w niej bez granic i zdaje się oferować jej wszystko to, czego mogłaby chcieć: heteroseksualną afirmację i obietnicę przyszłości. Niestety – bo oczywiście musi być niestety – okazuje się, że przeszłość Vincenta jest trudna do zaakceptowania.
„Disappoint Me” także nie do końca jest romansem. Pytanie nie brzmi will they won’t they, ale raczej: czy Max będzie w stanie wybaczyć Vincentowi to, kim był – i kim wciąż może być? Zarówno „Bellies”, jak i „Disappoint Me” kręcą się wokół pytania kluczowego dla transek obracających się wśród dobrze sytuowanych cisów: do którego momentu pozostanę dla nich kobietą? Jednocześnie jednak stawki są tutaj inne niż w przypadku chociażby relacji Reese z bogatym chaserem Stanleyem w głośnym „Trans i pół, bejbi” Torrey Peters. Ani Max, ani Ming nie są finansowo uzależnione od relacji z mężczyznami. Ich sytuacja klasowa chroni je przed najgorszymi konsekwencjami bycia trans – i dzięki temu mogą pytać się o intymność, mogą pragnąć miłości od mężczyzn jako czystego uczucia. Mogą oczekiwać więcej, bo w pewnym sensie mają mniej do stracenia (nawet jeśli tego tak nie czują).
W konsekwencji – i wbrew tendencjom transkowej literatury – Dinan nie ma zbyt wiele do powiedzenia o relacjach między samymi osobami trans; jej bohaterki nie obracają się w tych kręgach, bliżej jest im do kosmopolitycznie queerowego świata wyćwiczonych gejów i biseksualnych artystek. Ich podstawowe relacje budowane są ze światem cis: z osobami, z którymi łączy je klasa i pochodzenie, a nie płciowe usytuowanie. Co jest pewną rzadkością we współczesnej literaturze transkobiecej, Dinan wiele miejsca poświęca skomplikowanym, ale nie traumatycznym relacjom łączącym jej bohaterki z ich rodzicami, którzy starają się być (i często faktycznie są) wspierający, ale przecież również mają swoje oczekiwania i nadzieje („mamy córkę, to OK”; „niech dobrze wyjdzie za mąż!”).
Na tym zresztą opiera się spora część subtelnej komedii w prozie Dinan. Transki w świecie burżuazji są kobietami, które wyrwały się stawianym przed nimi oczekiwaniom, ale nie do końca, nie ostatecznie. Stanowią kłopot nie tyle do rozwiązania, ile do zrozumienia i oswojenia: Vincent czyta prozę Torrey Peters, aby lepiej zrozumieć Max; matka Ming udaje się do świątyni, aby we wróżbach znaleźć prawdę na temat swojej córki. Fascynują: są czymś nowym, ciekawym, innym (ale znowu nie tak bardzo innym). Dinan uparcie i skutecznie unika egzotyzacji, w którą łatwo w takim budowaniu świata przedstawionego popaść. Jej bohaterki są – w mocnym tego słowa znaczeniu – ze świata białych kołnierzyków, ludzi sukcesu, tych, których wciąż jeszcze stać na wynajęcie mieszkania w Londynie. Są również w dużej mierze akceptowane, nawet jeśli w dość bolesny sposób (Tom, zrywając z Ming, kiedy ta staje się kobietą, uznaje całkowicie jej kobiecość).
Ta akceptacja jest dla mnie szczególnie interesująca – zwłaszcza gdy zderzam lekturowe wrażenia z doświadczeniami codzienności. Dobrze wykształcone, progresywne przestrzenie, wielkie miasta i świat kultury są gotowe cię zaakceptować (nawet jeśli będą przy okazji cię fetyszyzować). Czasy, w których tranzycja koniecznie oznaczała utratę korporacyjnej pracy, w sporej części już minęły. Lecz jednocześnie nasze istnienie jest dziś atakowane i kwestionowane bardziej niż kiedykolwiek. Ale nasze, czyli czyje?
Dinan nie poświęca zbyt wiele miejsca transfobii, potężnej politycznej sile w Wielkiej Brytanii, bo jej bohaterki stać na to, aby jej unikać. Mają dobre paszporty, dobry passing i dobre zarobki. Mają swoich przyjaciół, dach nad głową, przychylnych pracodawców. W ich firmie nie grozi im kara za to, że pójdą się wysikać do właściwej toalety. Dzięki temu (między innymi) mogą wieść swoje piękne, melodramatyczne życie. I przyznam – jest w tym coś kuszącego. Jest coś niebywale porywającego w wizji transkowego życia, w którym nasza prywatność nie musi być polityczna; może być po prostu prywatna. W którym jest miejsce na wakacje w Prowansji z narzeczonym, który bardzo się stara, nawet jeśli kiedyś był dupkiem.
Sekretne uroki życia burżuazji to właśnie wolność od polityki. Bycie po prostu, bycie, które nie jest nieustannie kwestionowane, które może przeżywać swoje drobne dramaty jako sprawy największej wagi. Transkowy melodramat jest aspiracyjny, ponieważ proza naszego życia jest często (coraz częściej) czymś znacznie bardziej ponurym. I znowu: nie jesteśmy pod tym względem różne od innych kobiet z niedoprzywilejowanych grup; innych kobiet, które prywatności nie otrzymują z racji urodzenia, tylko muszą na nią zarobić.
Jako fascynujące uzupełnienie prozy Dinan jawi mi się wydana niedawno powieść amerykańsko-wietnamskiej autorki Benedict Nguyen „Hot Girls With Balls”. Tytułowe „hotówny z jajami” to dwie światowej klasy siatkarki, Amerykanki azjatyckiego pochodzenia, które grają w rywalizujących zespołach, są gwiazdami internetu i twarzami siatkówki na świecie po pandemii COVIS (to nie literówka – świat powieści Nguyen jest lekko alternatywny: Green i Six spędzają swój czas na Instagraphie, postują na Flitterze, udzielają wywiadu do prestiżowego magazynu „The Pacific”). Szkopuł w tym, że bohaterki grają w męskich ligach, co oznacza, że są skazane na brak medycznej tranzycji.
Proza Nguyen jest dużo ostrzejsza, bardziej złośliwa, a momentami też bardziej okrutna niż powieści Dinan. O ile Dinan pozostawia tęsknotę do burżuazyjnej prywatności w podtekście swoich powieści, o tyle Nguyen opowiada o kobietach, których hiperwidoczność pozbawiła prawa do posiadania życia poza kamerami i poza internetem. Jednocześnie jednak status doskonale zarabiających gwiazd sportu powoduje, że nikt nie zmusza ich do bycia czymkolwiek więcej. U Dinan Max i Ming cieszą się burżuazyjnym przywilejem wolności od polityki; u Nguyen Six i Green są szczebel, dwa, trzy wyżej w społecznej hierarchii: ich przywilejem jest wolność od materialnych ograniczeń za cenę stawania się publicznym wizerunkiem. W obu jednak wypadkach kobiety te żyją życiem radykalnie niedostępnym dla większości transek; w obu wypadkach należą do innych światów niż większość z nas. Duża część powieści Nguyen jest poświęcona właśnie temu problemowi: jak to jest być trans kobietą w całości izolowaną od wszystkiego tego, co trans kobiety spotyka? Czy można solidaryzować się ze swoimi siostrami, jeśli dzieli cię od nich niemożliwa do przekroczenia przepaść klasy i statusu?
Wielokrotnie już zwracałam w cyklu GATUNKI TRANSKOBIECOŚCI uwagę, że u podstaw dzisiejszego rozkwitania transkobiecej literatury leży pragnienie pisania dla dziewczyn takich jak my, pragnienie ucieczki poza cisnormatywne wyobrażenia na temat tego, czym jest życie trans. Dinan opowiada o świecie, do którego część z nas może aspirować, nawet jeśli w większości wypadków pozostanie to fantazją. Nguyen z kolei opowiada o rzeczywistości, która jest zarówno nierealna, jak i dająca się wyobrazić. Obie autorki pozostają więc na granicy między tym, co realne i co spekulatywne: opisują świat, który jest możliwy, nawet jeśli nie jest dużo lepszy. Ale sama ta możliwość coś znaczy.
Tylko właściwie co?
Jedna odpowiedzi brzmi: rozczarowanie. Nguyen jest doskonale wyczulona na jeden z najbardziej okrutnych aspektów kultury otaczającej celebrytów. Six i Green, czy tego chcą, czy nie, są kreowane na produkt; ich specjaliści od wizerunku wiedzą, że tym, co może je sprzedać, jest iluzja dostępności. Dlatego każą im publikować kolejne podcasty, w których opowiadają o swojej relacji, i codzienne stories na Insta – karmić fanów spreparowanymi kawałkami swojej prywatności. Tylko że ta dostępność jest, rzecz jasna, całkowicie fałszywa. Six i Green nie są dziewczynami takimi jak wszystkie inne, nie są znajomymi z internetu, a fakt, że ich fani czują się nakłaniani do takich relacji, koniec końców rani wszystkich. Możliwość istnienia Six i Green prowadzi więc do rozczarowania: do bolesnego uświadomienia sobie, że ich sukces nie oznacza sukcesu wszystkich transek. Ale przecież nie taka powinna być jego funkcja.
Rozczarowanie i aspiracje są ze sobą ściśle powiązane. Wyobrażanie sobie życia, którym mogłybyśmy żyć, nawet jeśli takiej możliwości mieć nie będziemy, jest również wyobrażaniem sobie świata: innego, choć wciąż tego samego. Max i Ming, Six i Green są społecznie mobilne w sposób, który nie był do pomyślenia dla transek jeszcze kilka dekad temu. Nie oznacza to, że świat przez ten czas stał się dla osób trans znacznie lepszy; przeciwnie, pod wieloma względami stał się i wciąż staje trudniejszy do przeżycia. Nie ma też wątpliwości, że nadzieja na transki czerpiące rozkosze z burżuazyjnego życia czy też z absurdalnych zarobków profesjonalnego sportu nie jest rewolucyjna. Ale być może dlatego wydaje się jakoś bliska, jakoś możliwa. Dinan i Nguyen nie opisują ucieczki, tylko fantazję; ich praca jest prefiguratywna, ponieważ wyobrażają sobie świat, który może już istnieć, nawet jeśli jego istnienie nie jest wystarczające dla większości z nas. Pokazują, że nasza normalność ma swoje miejsce. Nie zburzy to podwalin niesprawiedliwości, nie zerwie łańcuchów, ale pozwoli pomyśleć o codzienności. Pod tym względem transkowe burżujki są jak my wszystkie: wciąż marzą o tym, że nasza niezwyczajność nie musi prowadzić do stanu wyjątkowego.