Nr 14/2021 Na teraz

Erotyki i inhibitory

Paweł Kaczmarski
Literatura

„Mondo cane”, najnowsza książka Jerzego Jarniewicza, to zbiór erotyków wyrastających z głębokiego poczucia historii. Na tym należałoby właściwie skończyć. Tak, można oczywiście przypomnieć, że Jarniewicz jest fenomenalnym stylistą, że językowa inwencja, że błyskotliwy humor, że autentyczne – niekłamane, nieironiczne – momenty wzruszenia, że subtelny polityczny komentarz, ciekawe literackie/kulturowe odniesienia i tak dalej. Wszystko to czytelnik w nowym tomie oczywiście znajdzie. Znajdzie też charakterystyczną dla Jarniewicza, współdzieloną z kilkoma zaledwie współczesnymi polskimi poetami, umiejętność budowania wyrazistej, porywającej opowieści z intensywnie jukstapozycjonowanych, nieoczywistych, rozproszonych obrazów czy podsłyszeń. Dostajemy bowiem do rąk zbiór otwarcie narracyjnych wierszy, które nie idą na żaden kompromis, jeśli chodzi o swoje językowe czy formalne ambicje; i jeśli czytelnik miał w ręku wcześniejsze książki Jarniewicza – zwłaszcza te ostatnie, „Wodę na Marsie” czy „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną” – to charakterystyczny dla jego poezji flow wyczuje tu od razu. Jest to zwyczajnie – do tego chyba zmierzam – zbiór świetnych, jak najbardziej dających się czytać z osobna wierszy, naraz dostępnych i formalnie złożonych, o których biegłości czy szczególnego rodzaju językowej zwinności, nienachalnej elegancji można by napisać osobny szkic.

Nie do tych kwestii wracam jednak w pierwszej kolejności, gdy myślę o „Mondo cane”, ale właśnie do połączenia erotyzmu i poczucia historii. To właściwie wątek u Jarniewicza nienowy, pojawia się przynajmniej od czasu „Makijażu” (2009), a jednak w nowym tomie wybrzmiewa jakby mocniej, wychodzi na pierwszy plan. Poeta wydaje się szczególnie dbać o to, by opowieści o kolejnych zdarzeniach i relacjach – powiedzmy szeroko: zawierających element erotycznego napięcia – zostały możliwie precyzyjnie osadzone w konkretnym miejscu i czasie. A że wszystkie wiersze w książce do takich zdarzeń i relacji nawiązują (poza dwoma, w tym jednym tytułowym i quasi-programowym, bo opowiadającym o „pierwszym w życiu niespełnieniu”), to ów zabieg osadzania czy lokalizowania staje się czymś w rodzaju przewodniego wątku książki. Erotyki Jarniewicza są (prawie) zawsze wyraziście umiejscowione:

 

Rozmowa wieczorna

Pies szczeka, idzie trzecia fala, straż błądzi w maseczkach.
Na ścianie Biedronki: Kosmici do gazu, a na boisku
chłopcy grają w piłkę. Odgłosy uderzeń wpadają przez okno,
służą nam za słowa. Pok pak.

Wystarczą, by powiedzieć nimi, co mamy sobie dziś do powiedzenia,
a czego wysłuchałaby, bo może znów tu jest, jeśli spojrzysz,
znów jest w gnieździe na balkonie, pustułeczka:
pok pak, jebany ptaszku, pak pok pak.

 

Chociaż to właściwie też nie tak. Nie chodzi przecież o precyzję jako taką, o przedstawienie wyczerpującego kontekstu i odhaczenie jakiegoś dziwnego kronikarskiego obowiązku, o stworzenie ładnego tła dla miłosnych historii, ale o zdanie sprawy z tego, w jaki sposób zewnętrzny świat – nieabstrakcyjny, konkretny, namacalny – różnymi drogami, czasem brutalnie, a innym razem niepostrzeżenie, potrafi wkraść się w sam środek intymnej sytuacji. (Czy może raczej: wkrada się regularnie, nie może się nie wkradać). Konkretność erotycznych sytuacji, ich przygodność i zależność od zewnętrznych sił, jest tematem tych wierszy, a nie pobocznym wątkiem. Zdaje się, że Jarniewicza interesują przede wszystkim miejsca czy momenty splotu, gdzie nagle bardzo trudno powiedzieć: czy to słowo, ten gest, to skojarzenie pochodzi stąd, czy stamtąd, jest swoje czy nie swoje, przechwycone czy własne? Co w ogóle „własność” mogłaby tu znaczyć? Co jest faktycznym powodem tego, co się wydarzyło (a może tylko mogło się wydarzyć)?

Poczucie historii oznacza więc w „Mondo cane” poczucie namacalności zewnętrznego świata, który splata się z intymną sytuacją i napiera na wiersz. Wyraża się ono nie poprzez wciągnięcie do tekstu dat i nagłówków gazet, tylko przez wyłapanie – z braku lepszego określenia – nastroju chwili bądź miejsca. Owszem, czasem wiersze Jarniewicza zbudowane są na eksplicytnych odniesieniach do konkretnych zdarzeń („Triaż” w oczywisty sposób odsyła do pandemii koronawirusa) albo przynajmniej konkretnych miejsc i epok („Woskiem, żyletką, pastą cukrową”, który przerzuca most między spotkaniem z kochanką we współczesnym Berlinie a wspomnieniem matki wywołanym przez „enerdowskie zdjęcie”). Częściej chodzi jednak o bardziej abstrakcyjną ewokatywność, o związanie konkretnej sytuacji z pewną trudną do nazwania atmosferą. Efektem bywają bardzo charakterystyczne, sugestywne wyobrażenia tyleż męskości, co polskości:

 

Opóźniony pociąg do Rybnika przez Koluszki, Częstochowę, Katowice

Centralny. Uśmiecham się do ukrytej
pod sufitem kamery, bo znam ten dokument
znacznie lepiej niż Dekalog. To samo
robię z drugą, sprytniej ukrytą, i z trzecią, i wchodzę
do toalety. Zajmuję miejsce, twarzą do ściany. Obok
mężczyzna, niższy, starszy, w berecie, staje co chwila
na palcach, co rusz podskakuje. Jakby
chciał wzbić się ponad dzielące nas
białe porcelanowe ścianki. Zerka w bok, z góry.
Gdy krzyżują się spojrzenia, „Pójdziemy?”,
pyta i głową wskazuje kabinę. Czy
poszliśmy?

 

Niedopowiedzenia takie jak to, na którym opiera się tu puenta – też zresztą nienowe dla wierszy Jarniewicza – w „Mondo cane” zaczynają grać kluczową rolę. Poeta regularnie przekierowuje naszą uwagę z potencjalnych rozstrzygnięć na sam potencjał czegoś więcej, na samo konstytuujące daną sytuację napięcie; w książce znajdziemy opis niejednej niewykorzystanej czy niespełnionej możliwości. A właściwie nie tyle niespełnionej, ile spełnionej w inny, nieoczywisty i trudniejszy do nazwania sposób: być może już poprzez samo napięcie, samo postawienie pytania. Niedopowiedzenie ma zresztą w tomie wiele funkcji: podważa czytelnicze oczekiwania, kwestionuje istotność wybranych społecznych konwencji bądź przekierowuje naszą uwagę na to, co od nich niezależne. W „Wierszu z cytatem z Mickiewicza” Jarniewicz celowo utrudnia nam określenie płci kluczowej postaci, mieszając zaimki, podczas gdy w „Te wersy mogłyby mieć tytuł »W tramwaju«” sam narrator łapie się na tym, że w przygodnej i quasi-voyeurystycznej sytuacji płeć obserwowanej osoby schodzi dla niego na drugi plan. Autor wydaje się szczególnie zaciekawiony tym, jak wiele elementów naszej tożsamości czy osobowych cech okazuje się nagle przygodnych czy wręcz nieważnych w momencie ukonstytuowania erotycznego napięcia. Można powiedzieć, że Jarniewicz momentami sugeruje wręcz coś w rodzaju redukcji przez erotyzm: pyta o to, co zostaje – z nas, ze świata wokół – gdy publiczne spotkanie niespodziewanie przechodzi w sytuację intymną.

Wspomniany voyeuryzm stanowi w „Mondo cane” jedno ze słów kluczowych, jest to bowiem w znacznej części książka o patrzeniu – zarówno celowym (powiedzmy: podglądaniu), jak i bezwiednym (powiedzmy: podejrzeniach) – za każdym razem mieszającym jednak ekscytację z poczuciem mniejszego czy większego zawstydzenia. Narrator, który w sytuacjach otwarcie erotycznych pojawia się głównie (choć nie tylko) z kobietami, podgląda tu przede wszystkim młodych mężczyzn w sytuacjach na poły publicznych; powracającym motywem jest przyglądanie się im w pociągach, po raz pierwszy już na drugiej stronie tomu, w wierszu „Bagaż, rzeczy osobiste”:

 

Mogliśmy dojeżdżać do Zgierza. Spał, naprzeciw mnie,
z otwartymi ustami. I patrzyłem na te jego usta,
w usta otwarte patrzyłem, w usta, bez języka, otwarte
tak szeroko, że nawet gdyby nie spał, nie przemówiłyby, a
spał tak pięknie, jakby młodo umarł, albo w tę ostatnią godzinę
przed Łodzią Kaliską nie miał nic, naprzeciw mnie, nic
nie miał do ukrycia. Zawstydziłem się
i zacząłem czytać.

 

Jak większość wierszy w tomie, „Bagaż…” wydaje się bardzo komunikatywny: zarysowana sytuacja jest jasna, nic nie zostaje przed czytelnikiem celowo ukryte, możemy łatwo utożsamić nasz punkt widzenia z perspektywą narratora. Nie jest to oczywiście wiersz płytki czy prosty, ale jego złożoności – usta „bez języka”, które każą czytać ów nieistniejący język jako metaforę, wyraz pozajęzykowej czy niejęzykowej obecności drugiej osoby etc. – są w jakimś stopniu zapraszające dla czytelnika, pozwalają mu się interpretacyjnie zaczepić w wierszu. A jednak ostatnie dwa wersy, jakby wyciszone i rzucone od niechcenia, przynoszą zaskakującą, trudną do rozwikłania dwuznaczność. Co właściwie wywołuje wstyd u narratora? Sam fakt, że zdaje sobie sprawę z własnego erotycznego odruchu? To, że nie działa ostatecznie na jego podstawie? Ale po co wtedy pisać taki wiersz – po to tylko, żeby się z tej sytuacji wyspowiadać? Jeśli tak, to w spowiedzi Jarniewicza za dużo jest ciągle niewygaszonej wciąż fascynacji, niezrównoważonej – co gorsza – czy to żalem, czy obietnicą poprawy… Może wstyd spowodowany jest więc nie tym, że narrator czyni młodzieńca przedmiotem erotycznego zainteresowania, ale tym, że widzi w nim przedmiot zainteresowania literackiego – gdy opisuje go w bardzo wystylizowany, skonwencjonalizowany, stereotypowo wręcz poetycki sposób? W końcu piszący te słowa autor wie już – a może wiedział i wtedy, w przedziale – że całą sytuację, nie tylko intymną, ale i odbywającą się bez aktywnego udziału drugiej strony, wciąga ostatecznie do wiersza, przekuwając ją w temat jak najbardziej publicznej wypowiedzi… Innymi słowy, należałoby zapytać właściwie o to, kto wstydzi się w tym wierszu: Jarniewicz w pociągu czy Jarniewicz za wierszem?

Nie musimy zakładać, że celem poety jest udzielenie jednoznacznej odpowiedzi – i nie musimy też traktować tak postawionego pytania jako punktu wyjścia do teoretycznych rozważań o relacji między autorem a podmiotem mówiącym w tekście i tak dalej. Stawka jest konkretniejsza i, jak się zdaje, dużo ciekawsza. Jarniewicz w subtelny sposób zwraca bowiem naszą uwagę na granicę między publicznym i prywatnym/intymnym – a właściwie na samą nieuchronność tej granicy, która prowadzi ostatecznie do rozdzielenia różnych wierszowych perspektyw. Owszem, zauważyliśmy już, że w „Mondo cane” świat ciągle wdziera się do tego, co intymne i erotyczne; nie znaczy to jednak, że różnica między wnętrzem i zewnętrzem znika. Przeciwnie: właśnie przez ich starcie zostaje podkreślona. Jarniewiczowi nie chodzi przecież o złączenie tych dwóch sfer, lecz o pokazanie stałych i nieoczywistych przejść pomiędzy nimi. Granica jest może niejawna, może mobilna, ale zawsze ostatecznie gdzieś się objawia: wybija jakby spod wiersza, w intuicjach i nastrojach – choćby w nagłym i trudnym do wyjaśnienia poczuciu wstydu.

W tym sensie perspektywa proponowana przez Jarniewicza wydaje się szczególnie cenna na tle najnowszej poezji. Zwłaszcza wśród autorów/autorek najmłodszych i „zaangażowanych” w jakąś wersję polityki tożsamości często dochodzi do prostego ujednolicenia perspektywy: to, co publiczne i prywatne, polityczne i seksualne, intymne i społeczne, coraz częściej zostaje po prostu zlane w jedno w służbie tożsamościowej afirmacji czy nominalnej subwersji (zgodnie z opaczną, a coraz powszechniejszą interpretacją hasła „prywatne jest polityczne”, która neguje istnienie sfery prywatnej w ogóle). Autor „Mondo cane” tymczasem wyostrza granicę, zamiast zaprzeczać jej istnieniu. Robi to jednak nie po to, by przywrócić światu jakiś naturalny porządek, ale by pokazać, w jaki sposób owa granica – naraz nieuchronna i nieoczywista – warunkuje nasze doświadczenie świata.

Dlatego w na poły programowym „Łabędzim śpiewie poezji konfesyjnej w Europie Wschodniej” Jarniewicz przewrotnie – bo raczej do fanów dykcji konfesyjnej nie należy – broni pewnego rodzaju konfesyjności. Cały wiersz zbudowany jest na zestawieniu wydarzeń publicznych (skandal seksualny z udziałem posłów) z opisem prywatnej sytuacji z życia poety. Jego większą część zajmuje szczegółowa, graficzna relacja z ultrasonografii jąder, przy okazji której poeta znów zdaje sprawę ze szczególnego zakłopotania czy wstydu – potem zaś pyta zaczepnie:

O tym się w wierszu, jeśli ma być wierszem,
nie pisze? A znasz coś intymniejszego
po tej stronie Odry? Coś
nad bezradniejącą cielesność
pod cudzym spojrzeniem?

Jarniewicz zdaje się kierować tu krytyczne uwagi pod podwójnym adresem. Z jednej strony mówi: intymność, w tradycyjnej poezji konfesyjnej skonwencjonalizowana i widziana naiwnie, może być też taka, czyli niezręczna, zagubiona, groteskowa. Z drugiej, i to może ważniejsze, poeta sugeruje, że dziś właśnie pewne rodzaje intymności stwarzają okazję do naciągnięcia granic wiersza, do zwiększenia jego językowego zakresu czy możliwości. Innymi słowy, chodziłoby o poszerzenie rozumienia intymności, ale też o poszerzenie wiersza poprzez to nowe rozumienie.

Skupienie na przejściu między intymnym a publicznym jest przede wszystkim fundamentem tych utworów, w których Jarniewicz wprost dotyka tematów politycznych – gdzie historia najbardziej otwarcie wplata się w sytuacje intymne. W „Mondo cane” znajdziemy na przykład całą serię wierszy osnutych wokół skandali seksualnych z życia osób publicznych. Należy do niej przywołany „Łabędzi śpiew…”, ale też choćby „Historia miłosna”:

O marszu sędziego w piżamie i kapciach
przez centrum Warszawy o czwartej nad ranem,
jeśli jeszcze nie wiem, dowiem się
z twittera. Że był nawalony. Że spał
u kochanka, z którym się pokłócił,
a potem półnagi wybiegł na ulice. Miasto,
ono nie śpi, ono ma jedno oko,
patrzyło, gdy dużemu chłopcu
uciekał krawężnik i drżały pod kapciami
płyty chodnikowe.

A to, że o zbliżonej porze
wybiegłem prosto z łóżka na te same ulice,
że przysiedliśmy na progu nieczynnego kina,
ja z sędzią w pantoflach, sędzia ze mną w piżamie,
czekając, aż się z nami przyjdą stowarzyszyć
z czterech stron podzielonej ziemi
bezpaństwowe psy, może być
tylko snem, zwidem, matactwem,
pomysłem na wiersz –
sam wybierz. Kimkolwiek jesteś, twój wybór
do niczego cię nie zobowiązuje:
to historia miłosna. A miasto? Ono
ma jedno oko, ono patrzy dalej.

Można by powiedzieć, że całe „Mondo cane” mówi o wybieganiu na ulicę ze spotkania z kochankiem – w kapciach i piżamie, gdy wystawiamy się na ryzyko cudzych spojrzeń. A jeśli nie o tym, to o samym byciu owym spojrzeniem, czy to życzliwym (jak wzrok poety), czy nieżyczliwym (jak wzrok jednookiego miasta i tropiących sensacje mediów). Tematem są nieodmiennie momenty przejścia, a także to, co z owymi momentami robimy: jak nasze własne do nich podejście ustawia związki, wspomnienia, plany.

Stąd właśnie kluczowy dla „Mondo cane” wątek pociągów i podróży: przejść bardzo namacalnych, fizycznych czy geograficznych. Stąd też powracająca figura psa, co do której sam poeta twierdzi, że jej kompozycyjna, uspójniająca funkcja była zupełnie nieplanowana. Pies jak żadne inne zwierzę przemieszcza się przecież nieustannie między tym, co (z ludzkiego punktu widzenia) prywatne i publiczne. Stąd wreszcie wstyd, a przynajmniej ten jego nieemfatyczny, cichy i niezręczny rodzaj, który znajdziemy w „Bagażu…”, „Łabędzim śpiewie…” i kilku jeszcze wierszach tomu. Wstyd w „Mondo cane” rodzi się bowiem z zakłopotania sytuacją graniczną, z poczucia zawieszenia między wnętrzem i zewnętrzem, między intymnością i spojrzeniem spoza. Wstyd występuje dokładnie tam, gdzie historia dotyka erotyzmu.

Takie odczytanie pozwala zrozumieć niejasne w pierwszej chwili uwagi, jakimi Jarniewicz domknął przywołany już wywiad:

Myślę, że w wierszu, nie zawsze, ale też nierzadko, chodzi, po stronie autora, o coś także innego: o zawieszenie wstydu, wstydu przed intymnością, niewiedzą, lękiem, porażką. Wstyd to – uwaga: powiem coś, z czego może już jutro będę chciał się wycofać – inhibitor poezji.

Dlaczego autor odrzuca wstyd – jego „zawieszenie” przedstawiając wręcz jako konieczny warunek poezji w ogóle – skoro domyśla się, że zaraz będzie się chciał z tego gestu wycofać? Chyba właśnie dlatego, że przejście między intymnym i nieintymnym, aby w ogóle być „przejściem”, musi się każdorazowo dokonać, dopełnić. Nie chodzi ani o to, by granicę podtrzymać, ani o to, by ją znieść, ale by ją raz po raz pokazywać – poprzez odnawiane akty jej przekroczenia. Wyjście w kapciach – i spotkanie z tym, kto wyszedł – to gest wymagający stałej odnowy.

Innymi słowy, wstydu nie można całkowicie zaafirmować (w jakim sensie byłby wtedy wstydem?), ale też nie chodzi o to, by go unikać czy raz na zawsze zwalczyć. Wstyd to coś, co poeta naraz stale prowokuje i przełamuje; i właśnie przełamywanie wstydu raczej niż jego zawieszenie wydaje się najtrafniejszym określeniem strategii z „Mondo cane”. Ostatecznie nie chodzi bowiem – przynajmniej w wierszach Jarniewicza – by granicę między intymnością i światem, erotyzmem i historią znieść czy rozmyć – ale by o niej opowiedzieć. „Mondo cane” robi to znakomicie.

Jerzy Jarniewicz, „Mondo cane”
Biuro Literackie
Stronie Śląskie 2021