Nr 17/2021 Na teraz

Dwie stodoły

Michał Piepiórka
Film

Wojciech Smarzowski hiperbolizuje. Wszystkiego w „Weselu” jest za dużo: wódki, przekleństw, moralnego bagna, zdrad, ksenofobii, uprzedzeń. Wątki się mnożą, bohaterowie się kołtunią, mikrofabułki pączkują, porządki czasowe nakładają się i krzyżują. Może od tego pęknąć głowa, może komuś zbierać się na wymioty i pod ciężarem przesytu można paść na twarz – jak nad ranem na zbyt zakrapianym weselu. Ale nawet po ciężkiej libacji musi w końcu przyjść otrzeźwienie.

Można byłoby powiedzieć: typowy Smarzol – rąbie po głowie siekierą, nie dając chwili na złapanie oddechu. Widzieliśmy to już przecież od chwili jego debiutu pierwszym „Weselem” po wielokroć. Tym razem jest jednak jakoś inaczej. Ta przesada zdaje się niepotrzebnym naddatkiem, pozbawia przedstawione wydarzenia emocjonalnej wiarygodności, działa jak repetycja, a nie radykalizacja. Przesilenie w odbiorze tego, z czym niby powinniśmy być już oswojeni, zwiąże się ze zmianą stylistyki. Debiut Smarzowskiego był groteską – komedią, której zadaniem było rubaszne wyśmiewanie typowo polskich i nowobogackich przywar. Teraz Smarzol wprowadza odmienny, poważniejszy ton, bliższy realizmu, rozbijany jednak autocytatami, hiperbolą, powtórzeniem, stylizacją.

To szczególnie drażniące w przypadku podjętego przez Smarzowskiego tematu. Zdaję sobie sprawę, że co najmniej od „Wołynia” filmy reżysera mają kontekst polityczny. Najnowszy potwierdza, że Smarzowski postanowił mówić tak, by nikt nie miał wątpliwości, po której stronie dzisiejszego sporu się znajduje. Bohaterowie nowego „Wesela” są zbiorem reprezentantów polskiego kołtuństwa i ksenofobii. Jedna z postaci nie chce siedzieć przy weselnym stole z czarnoskórym, olimpijczyk z historii opowiada dowcipy o Żydach, pseudokibice – goście pana młodego – bez zażenowania skandują najbardziej obrzydliwe hasła deprecjonujące zantagonizowane kluby piłkarskie. Wydaje się, że Smarzowski wziął sobie za punkt honoru wypunktowanie wszystkich przejawów nienawiści. To przynosi jednak skutek odmienny od założonego – nadmiar neutralizuje przekaz.

Można zarzucić autorowi, że zwyczajnie przesadza – bo ileż można mnożyć stereotypowe klisze w tonie groteski? Już mam przed oczami nagłówki o „antypolskim” Smarzowskim, który widzi w Polakach jedynie ksenofobiczne, zapijaczone hordy spragnionych krwi swoich wrogów – wszystkich „innych”. A będzie to o tyle krzywdzące, że ostatecznie Smarzowski zmienia ton, starając się wypaść nie koncyliacyjnie, lecz sprawiedliwie.

Anielska, choć w zaawansowanej ciąży panna młoda wychodzi za mąż za niedojrzałego gnojka, co widać już w pierwszej scenie, a potwierdza się w kolejnych. Ale najważniejszą postacią jest ojciec dziewczyny, Rysiek – uwspółcześniona wersja Wojnara z „Wesela” sprzed kilkunastu lat – cwaniak, kombinator, który na każdego ma haka i wszystko przelicza na pieniądze. W tej rodzinnej układance jest jeszcze jeden ważny element: dziadek, postać, jak się okaże, kluczowa. Paradujący w galowym mundurze senior w dniu zaślubin wnuczki dowiaduje się, że zostanie odznaczony medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Ta wiadomość otwiera wrota do przeszłości – całkiem dosłownie, bo osoby z młodości dziadka Antoniego rozgoszczą się na weselu. Zanim wpadną na jednego, akcja przenosi się na chwilę do wydarzeń przed wybuchem wojny. Polska prowincja żyje niemal sielsko-anielsko, ale do czasu, gdy narodowe bojówki nie zaczną szczuć na Żydów, wkraczający bolszewicy nie podgrzeją wiszącego w powietrzu konfliktu, roznieconego na dobre przez hitlerowców.

Smarzowski nie wprowadza uproszczeń do swojej narracji o przeszłości – pokazuje raczej, jak rodziły się uprzedzenia i wzajemna nieufność. Pogromy nie wzięły się znikąd, Jedwabne to nie przypadek, a podkładający ogień pod stodołę to nie bestie. Reżyser skrupulatnie odtwarza relacje polsko-żydowskie zarówno w skali mikro – przez historie związków, miłostek, zranionych uczuć, jak i makro – zatajonych uraz, niewyjaśnionych spraw, wzajemnych nieporozumień. Wszystko po to, by rozniecona przemoc powróciła współcześnie i wskazała na zatrważające podobieństwa. „Wesele” to nie jest film historyczny, lecz lekcja historii – z wszystkimi pozytywami i negatywami takiej formy. Jest w tym zarówno łopatologiczny dydaktyzm, jak i potrzebna, otwierająca oczy analogia między chwilą obecną a sierpniem 1939 roku.

„Wesele”, reż. Wojciech Smarzowski / mat. prasowe Kino Świar

Dydaktyzm sprawił, że „Wesele” jest raczej wizualizacją idei, a nie przemyślaną opowieścią z bohaterami z krwi i kości. Formalny pomysł na film, kolejne zbitki montażowe (niekiedy szokujące, szczególnie te z samego początku), kreatywne retrospekcje – wszystko to wyraża jedną myśl: dzisiejsza ksenofobia, narodowościowa, klasowa, międzyludzka nienawiść jest powtórką tego, co już przerabialiśmy i do czego raczej wracać byśmy nie chcieli. Smarzowski tak bardzo skupił się na tej myśli, tak bardzo ją pielęgnuje i podkreśla kolejnymi zabiegami formalnymi, że zapomina o ciągłości akcji, a przede wszystkim o relacjach między bohaterami. To, co się między nimi dzieje, to ledwie naszkicowane strzępki więzi, raczej symbole – hipokryzji, chciwości, wiarołomności, szowinizmu, seksizmu, klasizmu, rasizmu i tym podobnych – niż autentyczne stosunki. Dlatego postaci, zwłaszcza te z części współczesnej, pozostawiają nas obojętnymi – ot, stanowią jedynie ilustracje kolejnej polskiej przywary, napompowanej do ekstremum, która w przyrodzie raczej nie występuje – a już na pewno nie w takim stężeniu. Nawet główni bohaterowie zostali ledwo zarysowani, a ich postępowanie nie zawsze jest jasne – to wina fabularnego przesytu i nadmiaru wątków.

Trzeba jednak przyznać, że Smarzowski niczego przy tym nie zmyśla. Co najwyżej zagęszcza. Gdy z rosnącym niesmakiem oglądałem kolejne przejawy najgorszych polskich cech, zgromadzone w scenach, które mogłyby być filmową adaptacją memów o nosaczu sundajskim, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że wszystko to kiedyś już widziałem albo słyszałem poza ekranem kinowym. Moralne bagno toksycznej polskości ciągle bulgocze i wybucha – czy to podczas marszów, meczów, sejmowych wystąpień, czy w jedynie słusznych mediach. Jest to mimo wszystko przytłaczające, szczególnie że Smarzowski zrobił wiele, by poszerzyć pole nienawiści i przemocy do gigantycznych rozmiarów. Tworząc swoistą wieżę Babel pełną narodowości, kultur, języków, gatunków, wskazuje na prozaiczność uprzedzeń i nienawiści, które są z nami w codziennych rozmowach i powszednich relacjach – nawet z najbliższymi, którzy mogą stać się obcymi w jedną chwilę.

Ale im dłużej trwa seans, tym bardziej Smarzowski oczyszcza przekaz, tworząc kilka autentycznie poruszających, wielkich scen, które mają większą moc niż wszystkie farsy i śmiesznostki. Ich moc bierze się również ze świadomości złożoności historii, którą Smarzowski popisał się również w „Wołyniu”. W tym ostatnim ważył racje, nie przemilczając winy którejś ze stron. Symbolem tego zrównoważonego osądu przeszłości w przywołanym filmie była scena dwóch kazań, które wskazywały na równą winę Polaków i Ukraińców. Tym razem kluczowa staje się wypowiedź starego Żyda, który wspominając wydarzenia z jego miasteczka, mówi o dwóch stodołach – w jednej Polacy palili jego braci, a w drugiej ich ukrywali.

Obruszając się na łopatologiczność historiozoficznego wywodu Smarzowskiego, skarżąc na nadmiar stereotypowych klisz, nie można jednak zarzucić mu jednostronności. Wiele zrobił, by wskazać źródła nakręcającej się spirali nienawiści i by oddać historyczną sprawiedliwość – opowiedzieć jednocześnie o nieskończonej nienawiści i potężnej miłości. Zrobił więc coś, czego nie potrafił ani Władysław Pasikowski w „Pokłosiu”, ani liczni reżyserzy, którzy starają się przekonywać w takich filmach jak „Ciotka Hitlera”, że Polacy w czasie wojny nie robili niczego poza ratowaniem Żydów z narażeniem własnego życia. Nie zadowoli to pewnie żadnej z dominujących stron sporu o politykę historyczną – ale jest bliższe samej historii.

 

„Wesele”
reż. Wojciech Smarzowski
premiera: 8.10.2021