Nr 15/2022 NA TERAZ

Do tego są stworzone

Łukasz Żurek
Literatura

Dlaczego fragmenty z najnowszej książki poetyckiej Adama Wiedemanna „Odżywki i suplementy”, takie jak „żyjemy wszak na łasce takiego naprawdę losu, // że próżno gadać na jego temat […]”, uznaję za intrygujące, mocne, a nie za ckliwe, banalne? Wiem przecież, że u innego poety, w innym wierszu, najprawdopodobniej byłyby ckliwe i banalne. Te mądrościowe frazy same w sobie mogą wywoływać co najwyżej wzruszenie ramion, ale w konkretnych wierszach – błyszczą, nabierają życia, znaczą. Jak to się dzieje? Co takiego robi z nimi autor „Odżywek…”?

Parafrazując fragment brawurowego eseju Wiedemanna, celem pisania wiersza jest przede wszystkim wiersz i on jest tu najważniejszy. Zarówno jako poeta, jak i jako krytyk literacki/muzyczny autor „Samczyka” ceni w sztuce całość, co znaczy właściwie tyle, że ceni w sztuce formę. Każdy z najlepszych wierszy Wisławy Szymborskiej, poetki stojącej według Wiedemanna „konsekwentnie po stronie wysokiej jakości i domknięcia”, jest „zamkniętą monadą działającą na sobie tylko wiadomych zasadach”, a każda z „Miniatur” Eugeniusza Rudnika „to skończone «coś», czemu można przysłuchiwać się w nieskończoność, gdyż jest zamkniętym w sobie kulturowym artefaktem”. Nawet „Ostatnie rozdanie” Wiesława Myśliwskiego – powieść nudna – koniec końców zyskuje w oczach Wiedemanna dzięki temu, że jest „nudna nudnością własną, wsobną”, czyli nieodłączną od tej konkretnej formy, jaką wypracował w powieści autor.

A zatem jeśli wiersz sprowadzałby się do myśli „Gdyby nie śmierć, żylibyśmy / wszyscy”, jeśli sugerowałby, że chodzi w nim tylko i wyłącznie o wyjęty z niego jako całości fragment zawierający jakiś filozoficzno-eschatologiczny sens, oznaczałoby to tyle, że wiersz nie jest celem samym w sobie, nie jest najważniejszy, nie ma go jako całości. Jednocześnie trudno uznać, że Wiedemann nie przejmuje się oczywistym znaczeniem takich fraz i sięga po nie tylko po to, żeby otworzyć wiersz określonym rejestrem stylistycznym, który następnie przełamuje lub komplikuje. Oczywiście, posługuje się nimi również w tym celu (zob. „Nocne oglądanie filmów”), jednak znacznie częściej chodzi mu o rozprowadzenie sensu fraz filozoficznych po wierszu, zostawienie z nich tylko dalekiego skojarzenia, powidoku rzutowanego na całość kompozycji. Dobrze widać ten chwyt w wierszu „Ptak za szybą”, który rozpoczyna się quasi-wykładową sytuacją dialogiczną:

Powtarzam Państwu bez końca, że koniec
– jak go rozpatrujemy – zyskuje na naszej uwadze.
Dzieje się wszędzie i nigdzie, w jakiejś norce,
ciach!, i po wszystkim. […]

Dzięki lekkiej parafrazie – przed którą wiersze Wiedemanna bronią się, jak tylko mogą – możemy wychwycić dwa banały: (1) koniec dzieje się wszędzie i nigdzie; (2) koniec zyskuje na naszej uwadze, gdy go rozpatrujemy. Oczywiście, nie o te mądrościowe kamyczki tutaj chodzi, lecz o to, żeby w kolejnych częściach „Ptaka za szybą” pokruszyć je i zbudować z nich takie pożywne kawałki, jak na przykład alegorię nieuchwytnej wszechobecności końca:

[…] Najłatwiej
wyobrazić go sobie nucąc urwaną melodię,
mimo wszystko słyszymy, czego nie słyszymy,
koniec ma w niej swoje miejsce, choć poza zasięgiem słuchu.

Wiedemann pokazuje więc, że (jak mówi inny fragment „Ptaka za szybą”) „dystans wobec końca wychodzi końcowi na dobre”, że podjęcie przez współczesnego poetę tak dociążonego przez tradycję tematu, jak „koniec”, wymaga wytworzenia formalnego dystansu względem tematowości tematu (jego dosłownego czy łatwo parafrazowalnego aspektu), tak aby wiersz nie dał się sprowadzić do tego, „o” czym jest. W „Odżywkach…” ta strategia dotyczy jednak nie tylko Wielkich Tematów, lecz także temacików środowiskowo-towarzysko-biograficznych, które (pozornie) znacznie łatwiej ograć we współczesnej poezji. Weźmy sonet „Dzień w którym upadła »Twórczość«”. Wiedemann buduje w nim obraz, od którego, zgodnie z tytułem, oczekiwalibyśmy, że będzie stanowił rodzaj komentarza do sytuacji czasopisma „Twórczość” (łatwo rozszyfrowywalna wzmianka o dywanie „w salonie państwa / I[…]iczów, gdzie ostatnio bywał pan // R[…]r” tylko wzmacnia te oczekiwania). Koniec końców jednak Wiedemann powstrzymuje się od alegoryzacji scenki z kotką Iriną, która rozlała herbatę na dywan: „Zostaw to, już przecież nigdy nie zaznasz takiego / stanu, że wszystko, czego dotkniesz, coś znaczy”.

Wiersz-komentarz do sytuacji staje się wierszem, który miał być komentarzem, ale nim nie jest, bo jest wierszem – i właśnie to zawieszenie czy skomplikowanie prostego odniesienia do tematu jest tym komentarzem, jaki formułuje Wiedemann. O wykrawaniu z wiersza jako całości tego, „o” czym on jest i z czego poniekąd się wziął, autor „Samczyka” pisał krytycznie w cytowanym już przeze mnie eseju:

Poezja musi dotyczyć czegoś, stąd jej nie lubię, choć ją skądinąd uprawiam. Wymóg treści uważam za największy mankament poezji, treść jest mi zasadniczo obca, nigdy nie zwracam na nią najmniejszej uwagi, chyba że w wierszach słabych[1].

W pewnym sensie Wiedemann mógłby być dobrym kompanem poetów i poetek cenionych przez Dawida Kujawę – krytyk przywoływał powyższy fragment Wiedemannowej ars poeticapolemice ze mną i Pawłem Kaczmarskim oraz powoływał się na niego w czasie dyskusji „Poza problem reprezentacji”. W ujęciu Kujawy Wiedemann, jako poeta piszący „stylem” będącym czymś więcej niż formą podania treści, mówiłby w powyższym cytacie o niechęci do „treści”, do pisania „o czymś” lub „czymkolwiek” w ogóle. Problem w tym, że poecie bliżej jest jednak do ujmowania wewnętrznej dynamiki wiersza w dialektyczny, a nie dychotomiczny sposób, o czym zaświadcza dalszy fragment tekstu:

W wierszu dobrym temat ulega anihilacji, zawłaszcza go sobie wiersz i jest zarazem chwilą jego [tematu] najwyższego tryumfu, acz znika nam z oczu temat, pozostaje wiersz. Wiersz musi mieć temat, lecz wiersze dobre to te, w których trudno wskazać temat. Stanowią one przedmiot kontemplacji, do tego są stworzone. W wierszu dobrym istnieje szereg napięć, odpowiedniości, które sprawiają, iż jest nienaruszalny, prawie nie sposób go zepsuć […].

Innymi słowy, w wierszu dobrym pytanie o „szereg napięć, odpowiedniości” zauważanych przy jego lekturze jest nieodróżnialne od pytania o temat. Jeśli bowiem został on przetworzony formalnie, to przestał już istnieć jako coś zewnętrznego wobec wiersza lub coś, co można z niego wydzielić (np. poprzez interpretację rozumianą jako wyciąganie „na powierzchnię” jakiegoś rzekomo „głęboko” ukrytego sensu). W dobrym wierszu temat stanowi immanentną część struktury artystycznej: „Każdy dobry wiersz ma swoje tematy, wynosi je jednak w inne sfery rozpatrywania, gdzie tracą swoją bezpośredniość […]”[2].

W „Odżywkach…”, znacznie bardziej niż chociażby w „Metrze na Żerań” czy „Z ruchem”, Wiedemanna interesuje formalne „wynoszenie” ryzykownych, bo po wielekroć ogrywanych tematów, takich jak śmierć, samotność, nuda czy niespełnienie, przy jednoczesnym dbaniu o to, by wiersz zachowywał nonszalancką lekkość, którą aż chciałoby się określić słowem sprezzatura, wprowadzonym przez Baldassara Castiglionego w XVI-wiecznym traktacie „Dworzanin”. Chciałoby się, ale sugerowanie, że Wiedemann może tak po prostu, w niepastiszowy sposób sytuować swoją poezję w obrębie dziś nieistniejącej, bo pozbawionej materialnych podstaw kultury dworskiej (a może rokokowej/salonowej?), byłoby grubym anachronizmem.

To prawda, autor „Samczyka” zajmuje się w swojej ostatniej książce poetyckiej tworzeniem zamkniętych, estetycznych monad, zupełnie tak, jak gdyby nie dotyczyły go reguły rynku, nawet w tak absurdalnie niszowej niszy, jak „polska poezja dla koneserów”. Chcąc nie chcąc Wiedemann tworzy jednak w kapitalizmie, który, mówiąc eufemistycznie, nie sprzyja twórczości artystycznej zainteresowanej produkowaniem znaczeń według autonomicznych zasad, a nie w rynkowej heteronomii. Jak pisał Nicholas Brown, jakiekolwiek rozumienie autonomii sztuki względem formy towarowej można dziś bardzo szybko zdyskredytować jako wyraz „elitaryzmu” czy „obrony wieży z kości słoniowej”, nie zauważając jednocześnie, że zakładany przez taką krytykę egalitaryzm to równość stricte rynkowa[3]. Wedle rynkowego dyktatu takim samym towarem jak każdy inny powinny być też „Odżywki…”. Powinny, ale nim nie są. Dlaczego?

Jak sądzę, scharakteryzowana przeze mnie estetyka, wyrastająca z XX-wiecznych interpretacji kantowskiej „celowości bez celu” i wyrażająca się zarówno w wierszach autora „Samczyka”, jak i w jego wypowiedziach krytycznoliterackich czy autotematycznych, opisuje to, czym z definicji dzieło sztuki różni się od każdego innego towaru cyrkulującego na rynku. Otóż pytanie interpretacyjne zadane wierszowi Wiedemanna – na przykład dlaczego w poemacie „Uciekinier” pojawia się sestyna – zawsze odsyła nas do wiersza Wiedemanna, do tego, co w procesie interpretacji rozpoznajemy jako jego znaczenie („celem pisania wiersza jest wiersz”). Gdy interpretujemy, zawsze pytamy o to, jak coś zostało napisane / wyrzeźbione / namalowane / zmontowane / zagrane i dlaczego w ten, a nie inny sposób („[s]tanowią one przedmiot kontemplacji, do tego są stworzone”). Wszystkie inne towary muszą być pozbawione tej minimalnej autonomii gwarantowanej przez uwewnętrznioną w dziele celowość, skoro o ich końcowym kształcie nie decyduje – świadomie, nieświadomie – autor-wytwórca, lecz kapitalista podporządkowujący produkcję rynkowi.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie wspominam o Brownie, towarze i autonomii po to, żeby uczynić z „Odżywek…” egzemplifikację tez, które mógłbym przedstawić także bez pomocy wierszy Wiedemanna. Chodzi mi raczej o to, żeby pokazać, że poprzez pisanie wierszy zakorzenionych w określonym rozumieniu formy Wiedemann jednocześnie problematyzuje sytuację sztuki w późnym kapitalizmie (według mnie trafnie rozpoznaną przez amerykańskiego badacza).

W 2016 roku, przy okazji poprzedniej książki autora „Samczyka”, czyli „Metra…”, Rafał Wawrzyńczyk zauważał, że nacisk rynkowej rzeczywistości „wydaje się alienować sam wzorzec wypowiedzi” wierszy Wiedemanna. Reakcją na taki stan rzeczy był na przykład pierwszy utwór z cyklu „[Fragment]”, będący wariacją na temat Mallarméańskiego, czystego języka – idealnie autarkicznego, niezmiennego, „nie do wymazania”. W „Odżywkach…” znajdziemy wiele figur rezonujących tak z „[Fragmentem]”, jak i z zarysowaną wcześniej koncepcją autonomii, która niekiedy jest przez poetę utożsamiana z sytuacją podmiotu zamkniętego w sobie, żywiącego się sobą, w dziwny sposób samowystarczalnego:

[…] Zbawienie

będzie polegało na byciu sobą w sobie, smakowaniu
swojego siebie, nie na zasadzie diety, lecz ciągłego
ucztowania, gdzie każdy sobą będzie mógł przyprawić siebie.
(„Jak będzie w Niebie”)

 

Mam spory zasób słońca, oby tylko
nie wylało się ze skorupki, przebić ją
można tylko od wewnątrz, pamiętam.
(„Suplement”)

 

Od pewnego momentu chodzi się po własnych śladach („Nocne oglądanie filmów”).

Nie bez przyczyny tym, co w „Odżywkach…” zagraża podmiotowi-wierszowi, jest potencjalne audytorium próbujące ingerować w to, co on mówi/pisze. Wśród konsumentów, będących inną nazwą na rynek (wymagający, oczekujący, żądający…), znajdujemy się przecież i my, czytelnicy poezji:

Jesteście naprawdę tak agresywni,
chcecie mi zrobić coś złego? Nie rozumiem […]

Chcecie mi zabrać to małe
źródełko zadowolenia, którym sobie
jestem? […]
(„La vie en rose”)

I nieprzypadkowo to wobec tego audytorium Wiedemann wykonuje różne nieprzyjazne gesty, jak w zakończeniu wiersza „Rok”, gdy nagle dystansuje nas od wspomnienia o romansie z przeszłości: „i opowiadam o tym ludziom, którymi totalnie pogardzam”, albo w zamykającym książkę poemacie „Uciekinier”:

[…] Druga osoba liczby (niekoniecznie)
pojedynczej przyprawia mnie o mdłości, gdy ją widzę
w powieści albo w wierszu. Jakiś słuchacz, najlepiej
dziecko, co jeszcze? […]

Te momenty „Odżywek…”, w których podmiot zwraca się do „nas”, odgrywa „nasze” wtrącanie się do materii wiersza, można łatwo spacyfikować – uznać za odmianę mizantropii czy obrażania się na paskudną teraźniejszość à la późny Zadura czy Różewicz. Takie ukształtowanie sytuacji komunikacyjnej tłumaczy się jednak w obrębie logiki stylu Wiedemanna. To kolejna odmiana wiersza konwersacyjnego, który w „Odżywkach…” przybiera również mniej antagonistyczne formy (patrz: świetna „Korespondencja poetycka” z Filipem Matwiejczukiem). Innymi słowy autora bardziej interesuje napisanie wiersza niż wkurwienie tego, kto ten wiersz przeczyta. Nie sposób też odmówić tym zaczepkom uroku i, no właśnie, lekkości.

Koniec końców ważniejsze od rozstrzygnięcia, czy na przykład w „Uciekinierze” Wiedemann po prostu daje upust swojej pogardzie wobec „nas”, czy też może refren z Katarzyny Szumlewicz („Lewicę i feminizm wypełniają postaci głodne atencji, / zakompleksione, pretensjonalne, rozchwiane i nielojalne”) usprawiedliwia się w całości konstrukcji poematu, jest to, że możemy się o tę kwestię spierać, tylko interpretując ten poemat. Do tego jest stworzony.

Adam Wiedemann, „Odżywki i suplementy”
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 2022

Przypisy:
[1] A. Wiedemann, Wiersze dobre i wiersze słabe, „Nowy Napis Co Tydzień” 14/2019.
[2] A. Wiedemann, op. cit.
[3] N. Brown, Autonomy. The Social Ontology of Art under Capitalism, Durham 2019, s. 32–33. Więcej na temat propozycji Browna piszę w tekście „Wiersz i gumowa kaczka. Odpowiedź Dawidowi Kujawie” i O pojęciu towaru w polskiej krytyce literackiej po 1989 r., „Forum Poetyki” (w przygotowaniu).