Nr 1/2024 Na teraz

Człowiek, który stał się memem

Łukasz Homziuk
Film

Stołówkowa apokalipsa trwa w najlepsze – ziemia się trzęsie, strop się wali, pulsują światła. Gdzie indziej, w baśniowym lesie, spełnia się równie koszmarny scenariusz – degustację grzybków halucynogennych znienacka przerywa chłopakowi morderca. Jeszcze gdzie indziej dziewczyna wspina się na fortepian w ucieczce przed wygłodniałymi aligatorami. Sny jak sny – choć różne, wszystkie osobliwe i nierealistyczne. Łączy je jeszcze jedna dziwaczność – fakt, że w każdym pojawia się on: facet tak zwyczajny, że aż nadzwyczajny. Przechadza się w tle zawsze w tym samym, nijakim sweterku i przeraża pasywnością. Kim jest i skąd się wziął w cudzych umysłach?

Odpowiedź na pierwsze pytanie szybko pozna cała Ameryka: to profesor Paul Matthews, który z obciachowego wykładowcy, ojca i kolegi awansuje do rangi internetowego bożyszcza, wymarzonego kumpla (co najmniej!) każdego i każdej. Drugie pytanie pozostanie z kolei otwarte, bo Kristoffer Borgli w „Dream Scenario” postępuje zgodnie z portretowaną przez siebie viralową logiką: zamiast się wgłębiać, biegnie po łebkach do przodu, byle tylko przykuć uwagę widzów kolejnym błyszczącym pomysłem.

Udaje mu się to zresztą bardzo dobrze, bo nie brakuje mu wyobraźni ani inscenizacyjnej swady. Kapitalny w swym absurdzie i zarazem prostocie koncept rodem z Charliego Kaufmana (narzuca się zwłaszcza zestawienie „Dream Scenario” z „Być jak John Malkovich”) daje twórcy spore pole do heheszkowania i Norweg znakomicie tę przestrzeń wykorzystuje. Borgli bezkolizyjnie skacze między konwencjami, umiejętnie mieszając porządki absurdalnej satyry i pełnego napięcia horroru – sekwencje kolejnych marzeń sennych same w sobie są perełkami krindżowego suspensu. Nieocenionym kompanem w tych międzygatunkowych wojażach jest Nicolas Cage, który sięga po pełny arsenał swoich popisowych środków wyrazu, zachowując przy tym zdrową proporcję wystrzałowych manieryzmów i introspektywnego skupienia. Cage gra neurotycznego biologa, ale gra też – co powoli zaczyna już być zwyczajem – samego siebie (choć nie jest to zaznaczone wprost, jak w przypadku „Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu”). Człowiek-mem, upadły gwiazdor, kultowy weirdo – wymieniamy i zastanawiamy się, czy mówimy jeszcze o Paulu Matthewsie, czy już o Nicolasie Cage’u?

mat. prasowe Gutek Film

Obaj panowie są śmieszkowymi celebrytami wbrew woli. Cage zawsze chciał być postrzegany jako po prostu dobry aktor, bez żadnych dopisków typu „charakterystyczny” czy „szalony”. Matthewsowi za to wystarczało niepozorne życie, choć przejawia też wyraźne ciągoty ku sławie – czy może dokładniej: przemożne pragnienie bycia docenionym. Dlatego początkowo świetnie odnajduje się w centrum uwagi. Szybko jednak przekonuje się, że medialna popularność nie jest tym, na co liczył. Paul należy bowiem do ludzi, którzy marzą o znalezieniu się na kartach encyklopedii, a nie w filmikach na TikToku. Rozpoznawalność próbuje wykorzystać do spopularyzowania swoich badań, ale płaszczyzny wiralowej popularności i ścisłych specjalistycznych teorii są tak osobne, że nie mają szans się przeniknąć. Nikogo nie obchodzą jego wywody o mrówkach, liczy się tylko twarz; nawet nie sam Paul jako człowiek, osobowość, ale twarz, którą wszyscy pamiętają ze snów.

„Dream Scenario” dobrze rymuje mi się w tym aspekcie z „Nie patrz w górę” Adama McKaya. W obu filmach stereotypowi (okulary; niemodne koszule i swetry; okrągły brzuszek – a Cage dostaje do kompletu jeszcze profesorską łysinę) naukowcy marzą o realnym wpływie na społeczeństwo i zostają efektownie pożarci przez nowe media. Figura badacza objaśniającego zawiłości świata szoruje po bruku, a jedyne, co bohaterowie mogą zrobić, to wpasować się w obowiązujące reguły gry – czyli nudziarskie wykłady odłożyć na bok i zamiast tego wystąpić na przykład w reklamie Sprite’a.

Zarówno Borgli, jak i McKay ostrza swoich satyr kierują w stronę naszej internetowej kultury, która pozostaje pogrążona w chaosie i w wiecznym pędzie za nowymi memami, a za najwyższą instancję uznaje influencerów z przypadku (swoją drogą Nicholas Braun aka Greg z „Sukcesji” w malutkiej roli wynalazcy-influencera to casting roku).

Podobnie krytyczny był Borgli wobec współczesności w swoim poprzednim filmie, czyli ciekawej, choć wyraźnie przeciągniętej „Chorej na siebie”. „Dream Scenario” niestety też im dalej, tym bardziej skręca w mało sensowne i niesatysfakcjonujące rejony. Oba wymienione filmy wykładają się na ostatniej prostej, bo Borgli okazuje się zakładnikiem konceptu. Ciekawy punkt wyjścia katowany w poprzednim filmie przez półtorej godziny finalnie staje się miałki. Nowej produkcji Norwega też grozi pogrążenie się w banale, choć z nieco innych względów. Tym razem Borgli nie tyle rozgotowuje jeden intrygujący pomysł, ile wrzuca do kotła tyle tematów, że jest w stanie pływać tylko na ich powierzchni. Żadnych przełomowych refleksji w „Dream Scenario” więc nie ma, ale jest za to sporo przyjemności ze śledzenia kolejnych, coraz to dziwniejszych pomysłów twórcy materializujących się na ekranie. I jest też Cage w swojej najlepszej roli od dobrych kilku lat.

 

„Dream Scenario”
reż. Kristoffer Borgli
premiera: 29.12.2023