Nr 5/2021 Na teraz

Ciało wiersza Tkaczyszyna-Dyckiego

Agnieszka Waligóra
Literatura

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki już od debiutanckich „Nenii” raczy czytelników i czytelniczki opowieściami o rozmaitych ciałach. Ciałach Dycia – żywych i martwych, (postulatywnie) rzeczywistych i (ironicznie) zmyślonych. Ciałach Dyciowi bliskich – także żywych i martwych, także postulatywnych i także ironicznych. Ciałach chorujących i rozkładających się, cierpiących i piszących. Snuje też historie o wymianach i utratach ciał, o ekonomiach materii i o językach, które do ciał(a) należąc, o ciałach mówią.

Nie dziwi więc tytuł najnowszego zbioru poety – „Ciało wiersza”. Już we wcześniejszych tomach Tkaczyszyna teksty funkcjonowały jako byty zmysłowe i zmysłami poznawane. Wiersze-korpusy, wtłaczane w rozpoznawalne Dyciowe formy (przede wszystkim formę wypaczonego sonetu), drukowane są wszak na kartach książek, których okładki opisywał Dycki jako wieka trumien – uchylane przez zacnych odbiorców i odbiorczynie lub ciekawskich krytyków i krytyczki. Śpiące w owych trumnach wiersze przechodziły zaś rozmaite metamorfozy, transformacje i dekonstrukcje, odgrywając układy i rozkłady opisywanych ciał.

Być może jednak tytuł nowego tomu powinien dziwić. Tym razem ciał nie ma bowiem wielu, a w każdym razie nie ma ich wielu w lakonicznej frazie. Jest w niej jedno jedyne ciało przynależne do jednego jedynego wiersza. Dodajmy do tego, że na okładce z ciałem wiersza sąsiaduje ciało psa, a raczej liczne, ruchome wersje ciał różnych psów. Pies – podobnie jak wiersze i ciała – także nie jest w poezji Tkaczyszyna aktorem rzadkim. A jednak do tej pory niespotykana była jego obecność na okładce tomu i niespotykana jest wielość owych psich aktorów w jednej przestrzeni.

W „Ciele wiersza” spotykamy się więc ze starymi poetyckimi przyjaciółmi, i to jeszcze zanim „Ciało” otworzymy. Są to jednak przyjaciele odmienieni albo – wariacje na temat przyjaciół: ciało i wiersz zredukowane są do liczb pojedynczych i zamknięte w obrębie jednej frazy. Pies zaś – zwielokrotniony, towarzyszący nie bohaterowi, a krzesłu. Owo okładkowe krzesło naprasza się, by nazwać je pustym, nie zajmuje go bowiem żadne ciało. Żadne – poza ciałem tekstu: materialnym tytułem tomu, czyli ciałem wiersza, a raczej ciałem wiersza Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego.

Wyjdźmy jednak poza ramy okładki – a raczej wejdźmy w nie i uchylmy pierwsze z niezliczonych drzwi kuszącego labiryntu. Co zatem dzieje się, gdy „Ciało wiersza” otwieramy i dokonujemy (tu Dycio przyklaskuje) jego autopsji?

Na początku jest „Romantyczność”. Odwrócona, nie-Mickiewiczowska ballada, w której pominięto słynne wezwanie do posłuchu, bo miasteczko świeci pustkami, a dzieweczka nie jest już dzieweczką, tylko – jeśli wciąż żyje – matką, dawną kochanką Norwida, bohaterką przebrzmiałej tragedii. Początek wita nas tu zakończeniem; książka zaczyna się od deklaracji urwanych rozmów i zaprzepaszczonych uczuć. Finał tomu – wiersz LII. „Usprawiedliwienie” – okazuje się zaś otwarciem: opisuje bohatera tomu jako syna romantycznego poety, a zatem resytuuje figurę (tekstowego?) ojca, wyznacza jego następcę i przysparza bohaterowi lub wierszowi (bohaterowi-wierszowi?) rodzeństwa w formie Norwidowskich ciemnych poematów.

W „Ciele wiersza” porzucony Norwid spotyka się więc – a raczej rozmija – z Mickiewiczem: w romantyzmie zapada ciemność, a jej synem jest Dycio, dziecko geniusza i śmierci. Nowa (lub przeciwnie: przejrzała, martwa) „Romantyczność” jest zatem albo dziełem Norwidowego syna, albo i samym Norwidowym synem. Albo jednym i drugim. Synem i dziełem syna, ciałem wiersza.

Owa klamra (de)kompozycyjna nie sugeruje jednak, że opisywany w tomie świat został wywrócony na opak: nie było bowiem czego wywracać. Porządek wszak nie istnieje – w tym sensie, że świat jeszcze się nie wydarzył, lub że nie wydarzy się nigdy. Fikcja napędza tu fikcję (XXVI. „Według niektórych źródeł”). Odwołania do kresowego pochodzenia poety oraz jego relacji rodzinnych i sąsiedzkich wyznaczają jeden jej biegun. Drugi tworzą historie o ciele (lub o mnogich wcieleniach bohaterów). Co zaś do rzeczywistości – nigdy nie było wszak do końca wiadomo, na czym miałaby ona polegać (XLI. „Piosenka o Brzęckich”).

Narracja biegnie więc od jednej opowieści do drugiej, jej główny nurt wyznaczają zaś wpływy (a może: spływ) dwóch głównych rzek, przeszłości i przyszłości, żywiołów znanych już z poprzedniego tomu poety. Tych samych, a jednak innych, bo umiejscowionych w innej, fikcyjno-fikcyjnej czasoprzestrzeni.

Być może czytelników i czytelniczki wciąż kusi, by czytać poezję Dyckiego jako grę z jego własną autobiografią. Jednak „Ciało wiersza” przekonuje nas, że żadna gra z (auto)biografią nie może mieć miejsca, bo ani autobiografia, ani biografia jeszcze się nie ukonstytuowały. Opowiadane historie nie mają początku ani końca, choć początek i koniec może mieć sama książka. Kształtowanie Tkaczyszynowego bohatera i narracji o jego życiu jest jednak wiecznie trwającym procesem, między rzekami przyszłości i przeszłości wciąż konstytuuje się bowiem ciało wiersza, ciało poety. Na dnie każdej z rzek znajduje się zaś Tkaczyszynowe „ja”, które nieustannie się zachłystuje – zachłystuje sobą i, nie mogąc utrzymać się na powierzchni, opada na dno każdego tekstu (XLV). Wiersz żyje więc osobnym życiem: jeśli historia jest niesiona w korytach rzek, to miejscem ich spotkania jest owo „ja”, będące ich podszewką, dnem. Obecnym i nieobecnym, ukrytym, lecz niezbędnym. Ciało wiersza jest ciałem wiersza Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, powtórzmy.

Ciało wiersza – jak i ciało bohatera, ciągle potrzebującego „antyświryny” – psuje się od głowy (XL). Ciało wiersza nie jest więc ciałem bohatera, ale nim bywa. Linia demarkacyjna między korpusami (wierszem a bohaterem), jeśli miałaby w ogóle istnieć, nigdy nie zostałaby określona w sposób wyraźny i ostateczny. Bohater – znoszony prądem rzek – znajduje się bowiem częściowo w przyszłości (w śmierci), częściowo w przeszłości (w śmierci bliskich). Częściowo na Kresach, częściowo w wierszu. Częściowo we własnej głowie. Częściowo bywa też, powtórzmy, ciałem (na przykład ciałem był w młodości – XXXVIII), bo zdarza mu się w coś – w kogoś – wcielać.

Zatem ciało jest. Na scenie roi się od aktorów. Jednak żadne z ciał nigdy nie staje się skończonym korpusem o wyraźnej granicy, a więc w gruncie rzeczy ciała nie ma, bo nie posiada ono trwałej ontologii (XLIV). Póki trwa życie – a pewna jego forma trwa aż do momentu całkowitego rozkładu – materia nie przestaje pracować, rozkładając to, co niepełne, i dążąc do dopełnienia. Po śmierci zaś pracuje za nią wiersz, który inkorporuje żywych i umarłych, i wciąż deformuje (reformuje?) ciała, w tym ciało własne. Z wierszem, w wierszu pracuje także sam Dycio: dwoi się i troi, żeby z niczego zrobić coś (wiersz rozpocząć) lub z czegoś zrobić nic (wiersz rozłożyć i zezwolić na jego dalszą nieskończoną pracę). Tym samym wiersz – w swych mnogich wcieleniach – nieustannie się rozwija, a nawet starzeje, jak starzeje się sam bohater (XLIII). Nieskończony poemat, który Dycio odgrywa przed publiką, i który przeżywa nie tyle na własnej skórze, ile własną skórą, nigdy nie dobiegnie jednak końca – nie ma bowiem miejsca, do którego mógłby dobiec. Dobiega się zawsze (z powrotem) do wiersza.

Zmienność jest więc także pozorna, jak pozorne i nie-pozorne bywa ciało: przeszłość (Kresy) i przyszłość (śmierć) nie ulegają bowiem żadnym istotowym transformacjom. Teraźniejszość jest więc tylko grą.

(Względnie) stałe jest, mimo wszystko, „ja”. Podszewka tekstów, dyspozytor ciała, dno rzek. „Ja” nie jest bohaterem, ciałem ani wierszem, choć z bohaterami, ciałami i wierszami spaceruje (XX). Wciela się w każdą z ról, jednak wciąż poza nie wykracza. (Od)daje ciała, choć samo ciałem nie jest. Rozdziela przestrzeń i formuje ją, a jednak ciałem być nie chce, bo ciało (wiersz) daje istnieniu „krótki łańcuch” (XXVII. „Krótki łańcuch wiersza”). Owo „ja” nie chce natomiast nikogo ani niczego więzić: ani opowieści, ani przedmiotów, ani zwierząt. W tym sensie, być może jak na Dyckiego niespodziewanie, w wierszach – jednym, choć nie-skończonym korpusie tekstów – odnajdujemy czułość i troskę i możemy poczuć się uprawnieni do „przedmiotowej” i „zwierzęcej” lektury tomu: „piesek” otrzymuje w nim przeprosiny za zniewolenie, utekstowienie, wpisanie w wiersz. Tkaczyszyn dopuszcza tu więc – mimo wszystko – istnienie innych, niepodległych podmiotów, a nawet pragnie ich bliskości; wyzwolony z ciała wiersza pies wędruje wszak na okładkę i znajduje na niej równościowe, psie towarzystwo.

Nie pytajmy więc, który pies z okładki jest psem z wiersza: pies już się od wiersza uwolnił, Dycio nie pociągnął go na dno, lecz wyciągnął na powierzchnię.

W omawianym tomie niechęć do ograniczeń przy jednoczesnym pragnieniu relacji – relację z psem utrzymuje się tu, zaznaczmy, dzięki okładce – powraca zresztą często. Ciało, które nigdy nie osiąga swej właściwej formy (ta bowiem nie istnieje, bo funkcjonuje tylko jako dynamiczne uwikłanie dwóch głównych rzek), staje się rzeczywiście tekstem. Tym, co nigdy nie jest „czterema ścianami” dla treści, a pracującą – nie tyle żywą (bo śmierć to także praca), ile wciąż otwartą i nieskończoną formą. Ciała (i psa) nie oswaja się więc nigdy w pełni: są osobnymi „żyjątkami”, dla których Dycio – a raczej Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki – nie jest źródłem, lecz jedynie fundamentem. Formą najszerszą. Jeśli więc wiersz bywa ciałem, to i ciało (bohatera) bywa wierszem: funkcjonuje pomiędzy fikcją materii i fikcją tekstu.

Tym samym poezja Dyckiego – jak zwykle – funduje czytelnikom i czytelniczkom wciągnięcie: wciągnięcie w nurty przeszłości i przyszłości, w świat wymiennych, zapętlonych relacji i nieustannie oddalającego się dna, na którym tonący nigdy nie oprą stóp. Czasami prąd znosi tu w stronę przyszłości – wtedy myśli się o skończeniu wiersza, o finale ciała. Częściej jednak wabi nas w przeszłość, kierując się niejako wyrażoną w ostatnich utworach maksymą: niezapomniane jest wyłącznie to, czego nie było, a co tylko bywało – bo zawsze może, w ten czy inny sposób, powrócić.

Poezja Dyckiego jest więc, jak zwykle, niezwykła.

 

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, „Ciało wiersza”
Biuro Literackie
Wrocław 2021

#NumerDlaMarianki

Trudno wyobrazić sobie Poznań bez literatury, ale jeszcze trudniej wyobrazić sobie literaturę w Poznaniu bez Marianny Jaworskiej. Marianka to jednak nie tylko niesamowita profesjonalistka i współtwórczyni wszelakich wydarzeń. To też po prostu wspaniała towarzyszka (nie)literackich rozmów – głos zawsze szczery i życzliwy, choć nie zawsze łagodny (ile to razy stawiani byliśmy przez nią do pionu!). Osoba zawsze pomocna – od codziennych drobiazgów po rzeczy mniej drobiazgowe.
Teraz siły się odwróciły. Kłopoty zdrowotne Marianny stwarzają okazję, by tym razem pomóc jej. Dlatego przyjaciele i przyjaciółki, znajome i znajomi Marianny skrzyknęli się, by niniejszy numer zadedykować tej, która wytrwale i dzielnie wraca do zdrowia. Honoraria związane z powstaniem numeru przekazane zostaną na zbiórkę, która ten powrót ułatwi. Jeśli ktoś chciałby do nas dołączyć, to może zrobić to tutaj: https://rehabilitacjaopole.pl/subkonta/pl/aboutus/view/533

Marianko – trzymaj się!