Nr 2/2026 Na teraz

Bógflix

Kamil Bujny
Teatr

Gdy ponad dwa lata temu zmienił się układ sił w polskiej polityce, a marszałkiem Sejmu został Szymon Hołownia, niegdyś lubiany prezenter i dziennikarz telewizyjny, zapanowała moda na oglądanie obrad parlamentu. Ich transmisje, które można było zobaczyć nawet w kinie, śledziły setki tysięcy osób. Popularne stały się filmiki, na których niedawny prowadzący „Mam talent” w błyskotliwy, erudycyjny i przewrotny sposób odpowiadał na zaczepki posłów z obozu prawicowego, stając się inspiracją niezliczonej liczby memów. Na fenomen Hołowni składało się połączenie eksponowanej pozycji i szerokie doświadczenie medialne. Wydawało się, że nowy marszałek stanie się ważnym graczem, nie tylko zmieniając na lepsze jakość polskiej polityki, lecz także wpływając na układ władzy w kraju. Wkrótce okazało się, że rola, w której widziało go wielu, nie jest mu pisana –nierozważne decyzje, atencyjność i brak konsekwencji przyczyniały się do zmniejszania jego poparcia w kolejnych sondażach. Casus Hołowni i fenomen Sejmflixa przyszły mi na myśl podczas oglądania „Systemu Sulta” – spektaklu na podstawie powieści Macieja Miłkowskiego, który Mateusz Pakuła wyreżyserował w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Jego główny bohater, tytułowy profesor Michał Sult (Paweł Palcat), to postać przypominająca byłego marszałka, a dramaturgia spektaklu pozwala zrozumieć mechanizmy, które sprawiły, że sejmowe debaty ostatecznie przestały angażować opinię publiczną.

Przedstawienie rozpoczyna się z impetem: Sult podczas rozmowy telefonicznej stwierdza, że Boga nie ma. Słowa te wypowiada kategorycznie, jakby nie wyrażały jego prywatnej opinii, ale były pewnikiem – wnioskiem z wieloletnich badań albo precyzyjnych pomiarów. Mężczyzna, o którym w rządowym raporcie napisano, że jest „najinteligentniejszym człowiekiem w kraju”, na prośbę osoby kierującej jednym z ministerstw ma zostać biegłym w postępowaniu sądowym, które określi, czy Bóg istnieje. Nie chcąc wyrokować w pojedynkę, powołuje komisję składającą się z osób reprezentujących różne grupy społeczne i poglądy. Tworzą ją: będący księdzem profesor fizyki – Adam Konarski (Łukasz Kucharzewski), lekarka – doktor Sawicka (Zuza Motorniuk), reżyserka teatralna – Karolina Grad (Aleksandra Listwan), psycholog – Robert Matracki (Mateusz Krzyk), pisarz – Marek Berg (Bartosz Bulanda) i tak zwany zwykły człowiek – Piotr Nowak (Jakub Stefaniak). Obrady odbywają się w sali prób, gdyż – jak stwierdza Grad – „w teatrze teraz niewiele się dzieje”.

Pracę zespołu rozpoczyna przydzielenie przez Sulta zadań jego członkom: księdza prosi o przygotowanie wystąpienia prezentującego dowody na istnienie Stwórcy, a Berga – o znalezienie kontrargumentów. Zebranie pozytywnych i negatywnych „konsekwencji istnienia i rozpowszechnienia religii w społeczeństwie” przypada dr Sawickiej i Matrackiemu. Za przewidzenie społecznych skutków potencjalnych decyzji komisji – co wymaga „wizji, rozmachu w snuciu potencjalnych scenariuszy” – odpowiada artystka teatralna. Nowak jako jedyny nie otrzymuje żadnego zadania, które wymagałoby intelektualnego wysiłku – ma tylko protokołować obrady. Na każde z kolejnych wystąpień członków zespołu przewidziano jedno spotkanie. Pracę ma zwieńczyć wypracowanie wspólnego, jednoznacznego stanowiska, chociaż Berg, w równym stopniu narwany, co antyklerykalny, domagał się głosowania nad kluczowym pytaniem już na pierwszym spotkaniu. Gdy bohaterowie i bohaterki pogrążą się w głębokich konfliktach i wzajemnych niesnaskach spowodowanych różnicami poglądów i temperamentów, pojawia się pomysł, aby o werdykcie – a zatem uznaniu istnienia Boga lub zaprzeczeniu mu – zdecydował rzut monetą. Zdarzenia potoczą się jednak inaczej, a towarzyszyć im będą prowokacja, wątek kryminalny, przemoc i tajemnicze zniknięcie.

Pakuła, adaptując prozę Miłkowskiego, skupił się na tekście: w monologach i dialogach postaci podkreślił ich argumenty, wyeksponował wzajemne przytyki i erudycyjne popisy oraz zaakcentował zakodowane w języku uprzedzenia i stereotypy. Bohaterowie i bohaterki – poza scenami, w których prezentują indywidualne choreografie do piosenek zespołu Metronomy (choreografia: Dominika Wiak) – przez całe przedstawienie siedzą przy dwóch zestawionych ze sobą stołach do ping-ponga. Przez ponad dwie godziny dyskutują, unieruchomieni na zajmowanych miejscach. Po przeciwnych stronach, jako postaci reprezentujące główne strony konfliktu, znajdują się ksiądz i Sult. Pomiędzy nimi – przy dłuższej krawędzi, twarzami zwróceni w kierunku widowni – zasiadają pozostali członkowie i członkinie komisji. Każda postać wyposażona jest w inny zestaw cech i obdarzona odmienną wrażliwością. Nie ma to jednak znaczenia dla przebiegu przedstawienia – Pakuła nie pogłębia portretów psychologicznych prezentowanych osób, nie odsłania przed widzami prawdy o ich naturze ani nie tłumaczy kierujących nimi motywacji. Portretuje jedynie uniwersalne typy ludzkie, rysując je grubą, karykaturalną kreską.

Dyskusja członków komisji, organizująca całość przedstawienia, nie jest szczególnie porywająca. Wytaczane przez postaci argumenty, będące powierzchowną emanacją deklarowanych przez nie poglądów, są oczywiste, wręcz banalne. Wymianom zdań brakuje błyskotliwości, nieoczywistości, odkrywczości – w dialogach nie ma jakiegokolwiek pęknięcia, które mogłoby zachwiać ich pewnością siebie. Od samego początku wiadomo, jak będą zachowywali się i co będą mówili antyklerykalny Berg, małomiasteczkowa lekarka, „zwykły” Nowak czy wyzwolona, świadoma swoich praw reżyserka. Wszystkie karty wyłożone zostają na początku spektaklu, a jego dalsze części nie przynoszą żadnych odkryć ani zaskoczeń. Intryguje jedynie Sult, świetnie grany przez Palcata, ale o przyczynach zajmowanego przez niego stanowiska niewiele się dowiadujemy. Możemy jedynie założyć, że gdy powoływał komisję, nie kierowały nim czyste intencje. Obrady kończą się sabotażem. Zdarzenie tego typu można było przewidzieć znacznie wcześniej – monotonny przebieg spektaklu sugerował, że w pewnym momencie dojść musi do zaskakującego zwrotu akcji. Jeden z członków zespołu zostaje napadnięty i niemal traci życie, a inny – w związku ze zdobytymi przez Sulta dowodami – oskarżony o próbę oszustwa. Spóźniony, niewykorzystujący budowanego wcześniej napięcia i wtórny wobec całego przedstawienia finał pełni jedynie funkcję jego dramaturgicznej klamry.

Fot. Karol Budrewicz

Niewykorzystany jest także potencjał, jaki ma postać księdza Konarskiego. Relacje pomiędzy nim a Sultem – dwoma profesorami zestawionymi na zasadzie dość oczywistego kontrastu – wyznaczają strony konfliktu, wokół którego koncentruje się fabuła spektaklu. W debacie mężczyźni reprezentują przeciwstawne obozy. Ich spór – w wymiarze prywatnym i instytucjonalnym – determinowany jest przez pragnienie władzy. Kapłan grany przez Kucharzewskiego, którego sceniczna charyzma, ekspresja, postura i nieznoszący sprzeciwu ton uwiarygodniają postać pewnego swoich racji księdza-filozofa, już na poziomie scenariusza pozbawiony został potencjału intelektualnego. Konarski, przytaczając dowody na istnienie Boga, żongluje wprawdzie argumentami, pojęciami filozoficznymi i nazwiskami, ale robi to w bardzo powierzchowny, wręcz szkolny sposób. Wydaje się, że nie potrafi wyjść poza ogólniki, by ciekawie i naukowo uzasadnić swoje stanowisko. Ostatecznie okazuje się nawet, że swojego wywodu nie opracował sam, lecz… skopiował go z Wikipedii. Ośmieszenie i zdemaskowanie księdza można odebrać jako zasadną krytykę Kościoła Katolickiego i jego medialnych autorytetów, w każdej sprawie przytaczających te same argumenty i wyuczone formułki (swoje antyklerykalne, a nawet antyreligijne nastawienie Pakuła ujawnił już w „Latającym Potworze Spaghetti”, Teatr Łaźnia Nowa 2024), ale groteskowość i banalizacja bohatera działają na niekorzyść przedstawienia. Sult nie ma równego sobie przeciwnika, a filozoficzny i logiczny potencjał spektaklu, który mógł być jego największą siłą – mimo rozpiętości poruszanych w nim zagadnień – zostaje znacznie ograniczony. Z quasi-wykładów odnoszących się do argumentu ontologicznego św. Anzelma z Canterbury, kwestii pierwszego poruszyciela czy bytów koniecznych i przygodnych niewiele wynika: osoby zainteresowane filozofią lub teologią argumenty bohaterów uznają za oczywiste i powierzchowne, a ci, którzy nie słyszeli nigdy choćby o zakładzie Pascala, zostaną przytłoczeni nadmiarem obco brzmiących nazwisk i pojęć.

Przestrzeń legnickiej Sceny na Piekarach, gdzie prezentowany jest „System Sulta”, przypomina chwilami estradę lub plan teledysku, za co odpowiada reżyseria świateł (Paulina Góral) oraz umieszczenie na ścianach lustrzanego – odbijającego, ale też zniekształcającego rzeczywistość – materiału. Horyzont wyznacza rząd wychodzących na osiedle, zasłoniętych ciemnozielonym materiałem okien. Gdy w intermediach, oddzielających kolejne spotkania komisji, aktorzy i aktorki wykonują dynamiczne, solowe choreografie, przypominają gwiazdy teledysków. Ich ruchy sugerują, że dobrze bawią się przed kamerą lub po prostu wiedzą, jak zrobić atrakcyjny show. W pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że podobnie myślimy o bohaterach spektaklu Pakuły, traktując ich jak osoby uczestniczące w medialnym, motywowanym politycznie happeningu, którego celem jest przyciągnięcie uwagi opinii publicznej. Nie chodzi tu o argumenty, a o odwrócenie jej zainteresowania od bieżących problemów i działań polityków.

Werdykt tej, podobnie jak jakiejkolwiek komisji odnoszącej się do istnienia bądź nieistnienia Boga, nie miałby zapewne żadnego realnego znaczenia – ideologicznego, społecznego czy prawnego – a wyłącznie wytwarzałby medialne napięcie. Ministra, pojawiająca się w spektaklu jako tajemnicza figura władzy i obecna w nim jedynie jako głos z offu (Anita Poddębniak), zdaje się wykorzystywać ambicje Sulta, umożliwiając mu stworzenie show, odciągającego opinię publiczną od spraw niewygodnych dla rządu. Właśnie dlatego Sult kilkukrotnie odsłania i zasłania wielkie okna, pozwalając nieuczestniczącym w przedstawieniu mieszkańcom i mieszkankom Legnicy zobaczyć, co dzieje się w teatrze. Ciekawskie spojrzenia przechodniów splatają czas akcji z czasem rzeczywistym, co można potraktować jak dowód skuteczności aktu manipulacji. Początkowo przychylna Sultowi ministra nie kontaktuje się z nim po rozpoczęciu prac zespołu. Dla niej liczy się tylko medialne widowisko, co jeszcze bardziej zbliża prezentowaną sytuację do komisji sejmowych, od lat powoływanych przez każdą kolejną większość parlamentarną.

Popularność Sejmflixa skończyła się, kiedy wielu z nas zdało sobie sprawę, że obiecana zmiana w jakości polskiej polityki, a także realizacja wolnościowych i równościowych obietnic, były mrzonką. Podobny efekt zobojętnienia wyzwala we mnie intelektualna miałkość obrad spektaklowej komisji. Straciłem nimi zainteresowanie, kiedy zorientowałem się, że wbrew zapowiedziom nie przyniosą ciekawych argumentów, rozpoznań ani wniosków.

Mam wrażenie, że „Systemem Sulta” Pakuła chciał pokazać, jak politycy manipulują opinią publiczną, podrzucając jej w tym celu kontrowersyjne, polaryzujące ją tematy. To jednak zbyt mało, kiedy aktorzy i aktorki nie otrzymali przestrzeni do zbudowania ciekawych – nieoczywistych i niesztampowych – ról, społeczno-polityczne diagnozy są zbyt ogólne, a wprowadzony pod koniec wątek kryminalny nie wprowadza napięcia. Najbardziej dotkliwą z niespełnionych obietnic jest intelektualny potencjał spektaklu zrealizowanego przez twórcę szeroko komentowanego i prowokującego do namysłu spektaklu „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” (Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie i Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach 2023). Wszystko to sprawia, że tracimy zainteresowanie również samym Sultem –trwoni on sympatię widzów jak Hołownia, stając się ofiarą własnej strategii. Legnicki Bógflix, podobnie jak Sejmflix sprzed dwóch lat, zostawia nas z niczym.


„System Sulta”
Maciej Miłkowski

Adaptacja, reżyseria i opracowanie muzyczne: Mateusz Pakuła

Scenografia i kostiumy: Justyna Elminowska
Produkcja dźwięku: Antonis Skolias
Wideo: Olga Balowska
Choreografia: Dominika Wiak
Reżyseria światła: Paulina Góral

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy 

premiera: 23.11.2025