Nr 15/2026 Na teraz

W zachodnim neoliberalizmie nikt już nie tańczy

Barbara Sarnowska
Recenzja Społeczeństwo Muzyka

Po siedmiu – a może właściwie po dwudziestu – latach Madonna wraca z nowym albumem, „Confessions II”. Na czasowy przeskok wskazuje tytuł, nawiązujący do wydanego w 2005 roku „Confessions on a Dance Floor”. Na wydanym na początku lipca krążku Królowa Popu nie udowadnia, że wciąż – jak przez całą swoją karierę – potrafi sięgnąć po nowe gatunki, wykreować kolejną personę i zredefiniować swoje miejsce na scenie muzycznej (w większości przypadków robiła to z ogromnym powodzeniem, jednak nie w każdym). Wręcz przeciwnie, artystka zwraca się ku przeszłości i jednemu z lepszych momentów swojej kariery: „Confessions on a Dance Floor” zdobyło powszechne uznanie krytyków (w tym Nagrodę Grammy w kategorii Best Electronic/Dance Album), odniosło ogromny sukces komercyjny (bijąc nawet rekord Guinnessa za osiągnięcie szczytów list przebojów w największej liczbie krajów na świecie) i umocniło jej pozycję jako ikony muzyki popularnej (środowisko LGBTQ+ potwierdzi). Cofnięcie się o dwadzieścia lat nie ma na celu celebracji własnej osoby, a raczej wykorzystanie panującej obecnie w społeczeństwie nostalgii za lepszymi czasami. Madonna przygląda się współczesnej kulturze i wyciąga wnioski – moim zdaniem słuszne. Wszakże trudno nie zgodzić się z obserwacjami, które podsumowuje przede wszystkim piosenka „Everything”. Jak mantra powtarzają się w niej słowa „When I close my eyes / Everything is crystallized / No one wants to go outside / It’s not okay, it blows my mind”.

Społeczeństwo zatomizowane

Stwierdzenie, że nikt już nie wychodzi z domu, można pewnie postrzegać jako żachnięcie starej baby na współczesną młodzież. Krzywdzący ageizm tej konstatacji jest dosadny, ale też obrazowy – w końcu konfliktu między starymi a młodymi można doszukać się w każdej generacji. Sęk w tym, że obserwacje Madonny zawierają dużo prawdy, bo rozpad społecznych więzi trapi zdecydowaną większość młodych osób. To nie tylko spostrzeżenie wyrastające z autopsji, ale diagnoza stawiana przez badaczy na przestrzeni wielu dziedzin, poczynając od psychologii, ekonomii czy kulturoznawstwa, a na socjologii kończąc. Wspólne zainteresowania, które niegdyś mimowolnie zbliżały do siebie ludzi, można obecnie realizować w pojedynkę, bez jakiegokolwiek kontaktu z drugą osobą. Pokazuje to chociażby niedawne ogólnopolskie badanie uczestnictwa w kulturze „Aktywni i nieobecni”, zrealizowane z inicjatywy Marka Krajewskiego. Jedną z tez zespołu badawczego jest to, że „codzienne uczestnictwo w kulturze często realizuje się w sposób samotniczy i posiada rolę separującą, a nie uspołeczniającą” (s. 25–26). Badacze argumentują, że wiąże się to z trzema procesami: nienowym już rozwojem technologii, funkcjonowaniem kultury jako zróżnicowanym splątaniem wyspecjalizowanych nisz i zarzewiem relacji paraspołecznych, a także chęcią odcięcia się od osób, na które jest się skazanym – choćby współdzieląc mieszkanie z rodzicami. Dużą rolę odgrywa tu również brak uprzywilejowania, który kształtuje czy też ogranicza możliwości i formy uczestnictwa.

Szczególnie ciekawy, bo nieintuicyjny, jest drugi z wymienionych wątków – kwestia relacji paraspołecznych powstających z powodu zainteresowań kulturowych. Jak to drzewiej bywało (czyli: jak mi się wydaje), posiadanie hobby prędzej czy później prowadziło do poznania nowych osób i zacieśniania z nimi relacji – zdobycie informacji bez powszechnego dostępu do internetu wymagało wysiłku i nierzadko wiązało się z zasięgnięciem języka u dalszych znajomych, wybrania się do specjalistycznego sklepu czy napisania listu do tematycznego czasopisma. Od słowa do słowa – pewnie rozentuzjazmowanego, bo też dyskusja dotyczyłaby bliskiej rozmówcom kwestii – dochodziło do nawiązania satysfakcjonującej relacji interpersonalnej, integracji i odnalezienia swojego miejsca w społeczeństwie.

Scenariusz jest oczywiście wyobrażony (w pewnym stopniu prawdopodobny, ale nader optymistyczny i nieuwzględniający wielu zmiennych), bo jako osoba dorastająca w uprzywilejowanej pozycji – od dzieciństwa posiadająca dostęp do komputera z połączeniem internetowym – kształtujące mnie kulturowo peregrynacje mogłam odbywać całkowicie zdalnie. Jestem wdzięczna za swoje wczesne doświadczenia, bo trafiłam na bodaj najfajniejszy moment w sieci i wyszłam z niego z korzyściami i bez szwanku (a z tym mogło być różnie, biorąc pod uwagę niewielką świadomość na temat bezpieczeństwa w internecie). Niemniej, chłonąc treści z Tumblra i pośrednio doświadczając ery indie sleaze, wykształciłam dosyć konkretne oczekiwania wobec nadchodzącej rychle dorosłości. W tej wizji wydarzała się ona głównie poza domem – Madonna wcale nie musiała mnie do tego namawiać.

Zderzenie z rzeczywistością było dosyć niespodziewane, bo została ona wykoślawiona przez doświadczenie pandemii. Przymusowe zamknięcie w domach znacząco wpłynęło na możliwości budowania i podtrzymywania więzi oraz uczestnictwo w kulturze – przede wszystkim jeszcze silniej zagnieżdżając je w mediach społecznościowych – co w konsekwencji ukształtowało przyzwyczajenia, które zostały na dłużej.

Okładka albumu „Confessions II” Madonny. Artystka siedzi na stosie głośników w fioletowym stroju, z półprzezroczystą różową tkaniną na głowie. Tło jest różowo-fioletowe.

Krok od transcendencji

Zarzucam pomost między jednostkowym, ale pewnie symptomatycznym dla szerszego zjawiska doświadczeniem osoby jeszcze-przed-trzydziestką, a pulsującym dźwiękami transcendentalnej zabawy albumem Madonny, ponieważ artystka zderza bliskie słuchaczom realia z nieosiągalną dla wielu fantazją. W ramach szesnastu płynnie przechodzących między sobą utworów (podobnie jak na siostrzanym „Confessions on the Dance Floor”, który w ten sposób nawiązywał do DJ setów) wygłasza manifest, ale zdaje się, że robi to incydentalnie. Wspomniane wcześniej obserwacje, choć częściowo wynikają z poczucia niedopasowania do współczesnego świata i dyktatu social mediów, są powodowane przede wszystkim etapem życiowych podsumowań Madonny. Prace nad niezrealizowanym jeszcze filmem autobiograficznym oraz obcowanie z chorobą i śmiercią bliskich przywiodły ją do studia i skłoniły do sięgnięcia do swoich artystycznych korzeni – czyli do klubu i muzyki tanecznej.

Czuć to już w pierwszej chwili odsłuchu, bo w otwierającym album utworze, „I Feel So Free”, zasamplowano i zinterpolowano hipnotyczne „I Feel Love” Donny Summer, czyli klasyk muzyki disco, oraz fundamentalne dla acid house’u i techno „French Kiss” Lil Louisa. To nie tylko ukłon w stronę prominentnych poprzedników, ale też reprodukowanie nostalgii – z jednej strony pewnie podyktowane sentymentem, a z drugiej potrzebą popchnięcia odbiorców do tańca. Czemu nie uciec się do dobrze sprawdzonych melodii? Zapożyczone z tego drugiego, ekstatyczne jęknięcia tylko wzmagają pilną potrzebę poruszania się i wzbogacają teksturalnie utwór. Na tym tle Madonna dzieli się na poły konfesyjnym wyznaniem o balansowaniu na granicy sławy i autentyczności: kolejne artystyczne persony pozwoliły jej zbudować imponującą karierę, ale też skrywają jej prawdziwe „ja” – wolna czuje się natomiast na parkiecie, niezauważalna w tłumie ludzi (fraza „Safety in numbers”). Zachęca do dołączenia do tej wspólnoty instant – wystarczy wejść między tańczących i falować wraz z muzyką, aby poczuć się jej integralną częścią.

Przejście do kolejnego utworu jest wręcz niezauważalne, a w jego ramach Madonna przedstawia kolejne korzyści płynące z klubowych uniesień – tym razem spirytualne. „Good For The Soul” odwołuje się do uważności, pozwalającej duszom na parkiecie trawersować galaktykę. To nie pierwszy raz, kiedy artystka używa kosmicznej metaforyki dla opisania transowego doświadczenia tańca i więzi z drugą osobą – z podobnego schematu korzysta w „Impressive Instant” z albumu „Music”. Wzniosłe zwrotki są tu jednak zestawione z lekkim refrenem, w którym Madonna śpiewa, że taniec po prostu pozwala wyluzować. Klub przenika się z naturą i kosmosem, staje się elementem większej całości – integrację ze wszechświatem można osiągnąć właśnie za sprawą na pozór prozaicznego ruchu. Podobny argument wysnuty jest w kolejnym utworze, „One Step Away” – parkiet przedstawiony został jako próg innego, lepszego świata. Jego przekroczenie sprawia, że nie trzeba już używać języka: zapomnienie, wolność czy zbawienie czekają w rozedrganym tłumie ludzi. Wystarczy wykonać jeden krok, żeby wziąć udział w tym rytuale.

Pierwsze trzy utwory „Confessions II” stanowią zatem bardzo mocne otwarcie – duchowy przekaz wzmocniony jest hipnotyzującymi kompozycjami, stworzonymi we współpracy ze Stuartem Price’m czy wenezuelską artystką i producentką Arcą, która ma na swoim koncie kolaboracje z Björk czy FKA twigs. Po przejściu przez portal zbudowany w „One Step Away” Madonna nieco spuszcza z tonu. Utwór płynnie przechodzi w duet „Bring Your Love” z jedną z popularniejszych obecnie gwiazd popu, Sabriną Carpenter – piosenkarki zdecydowanie nie przyćmiewają się nawzajem wokalnie i wprowadzają nieco lżejszy nastrój. Beztroska podróż przez czasoprzestrzeń kontynuowana jest w „Danceterii” – legendarnym nowojorskim klubie z lat 80. (reprodukowanie nostalgii podparto tu bezceremonialnym namedroppingiem), aby następnie wprowadzić klimat latino w ramach najdziwniejszego (a zarazem chyba najsłabszego) utworu na płycie, „Read My Lips”.

To dla mnie ciekawy przypadek, który z jednej strony stanowi kolejne nawiązanie do bogatej w południowoamerykańskie rytmy dyskografii Madonny (wymienić można choćby „La Isla Bonita”, „Who’s That Girl” czy „Medellín”), z drugiej natomiast wydaje się próbą płynięcia na tej samej fali co niezwykle popularny za sprawą Bad Bunny’ego i jego świetnej płyty „DeBÍ TiRAR MáS FOToS” raggaeton. Nic zresztą dziwnego, biorąc pod uwagę obraną przez artystkę misję poruszenia społeczeństwa do tańca – dla pochodzącego z Portoryko Benito to oczywista część dziedzictwa kulturowego, którą z ochotą przenosi na scenę podczas swojej światowej trasy. Zobaczyć to można było również podczas jednego z amerykańskich komercyjnych świąt, Super Bowlu, na którym muzyk wypełnił całe boisko roztańczonymi ludźmi. Potrzebę serca Madonny – chęć wprowadzenia tanecznej rewolucji – da się odczuć na przestrzeni całego albumu, także w przypadku „Read My Lips”. To niekoniecznie piosenka, którą chce się pominąć, ale muzycznie kojarzy się ona raczej z Shakirą czy Oceaną – autorkami hymnów kolejnych mistrzostw piłki nożnej – niż z Bad Bunny’m. Piosenkarka nie zdecydowała się jednak na wykorzystanie jej podczas swojego występu w przerwie finałowego meczu mundialu, raczej oszczędnego w środkach.

Zapożyczenia można usłyszeć również we wspomnianym już wcześniej „Everything” – niezgoda Madonny na obecny stan rzeczy jest wyrażona prostą frazą „It’s not okay / I don’t fuck with it!”, która w kontraście do przetworzonego wokalu i acid house’owej produkcji ma nieco grime’owy ton i koresponduje z „Bassline Junkie” Dizzee’a Rascala, choć to drugie to być może chybiony traf. Na albumie można miejscami doszukać się podobnych nawiązań do innych twórców i gatunków, ale zdecydowanie częściej artystka bawi się własnymi dokonaniami z przeszłości – oprócz oczywistego splotu z „Confessions on a Dance Floor”, wyraźna jest obecność „Ray of Light”, „Music” czy „Bedtime Stories”.

Kolejne utwory na „Confessions II” przetwarzają podobne taneczne motywy – w niektórych przypadkach we współpracy ze specjalistami w temacie, czyli Martinem Garrixem czy Stromae. „Love Sensation”, „Love Without Words” czy „School” w niepogłębiony sposób eksplorują tematykę ekspresji poprzez ruch, zabawy i pożądania. Pierwszym przejawem sentymentalnej podróży, która dominuje w drugiej połowie albumu, jest natomiast „Bizarre”, w którym Madonna odwołuje się bezpośrednio do związku z byłym mężem, Seanem Pennem. Obecne na początku wątki duchowe wracają z całą mocą we „Fragile”, które zostało z kolei poświęcone zmarłemu bratu artystki, Christopherowi Ciccone. Rozliczenia następują również w jednym z wieńczących album utworów, „The Test”, stworzonym w duecie z córką Madonny, Lolą Leon.

Zmierzając ku końcowi, „Confessions II” nieco wytraca swój impet i chyli się w stronę melancholijnych podsumowań. Nie cierpi jednak na tym jakość – wręcz przeciwnie, całościowo płyta stanowi silną i spójną artystyczną wypowiedź, w ramach której wspólnotowe doświadczenie tańca w dusznym klubie jest rytuałem przejścia, wehikułem dla katharsis, drogą do duchowej wolności. Zdaje się, że Madonna nie mogłaby podsumować swojej życiowej ścieżki w lepszy sposób.

„In da clerb, we all fam”

Podtrzymuję jednak tezę, że manifest Madonny jest w „Confessions II” dziełem przypadku. Album przy tym z pewnością nie stanowi próby zbudowania własnego pomnika – muzyczne wybory zdają się naturalnie wynikać z dotychczasowych przeżyć, bogatego doświadczenia i refleksji przychodzącej wraz ze starzeniem się. Taneczna filozofia to zatem dzieło całego życia artystki, a nie jednostkowy projekt. I choć to wszystko jest wartościowe i nęcące, to kompletnie nie przystaje do wyzwań współczesności.

„In da clerb, we all fam” („W klubie wszyscy jesteśmy rodziną”), mówi bohaterka sitcomu „Broad City” z lat 2014–2019. Choć to humorystyczne stwierdzenie jest pewnie prawdziwe dla Madonny, to dla pokolenia Z sprowadza się raczej do viralowego mema. Wspólnotowe doświadczenia są obiektem tęsknoty, która przenika wiele internetowych trendów: od masowych powrotów wspomnieniami do 2016 roku (i bezwiednego karmienia AI swoim wizerunkiem), przez przeglądy butów na obcasach, w których millenialsi chodzili do klubów, do piosenki „Naughty Girl” Beyoncé (wolę nie myśleć, kogo się tym karmi), aż po wykorzystywanie upragnionej „autentyczności” przez agencje marketingowe, która najwyraźniej była czymś łatwo osiągalnym tylko przed laty.

Brak łatwo dostępnych „trzecich miejsc” w świecie, w którym każda prosta przyjemność może zostać zmonetyzowana, skutecznie ogranicza możliwości nawiązywania więzi społecznych. Dodatkowe utrudnienie stanowi wszechobecność social mediów, niegdyś wspólnototwórczych, które dziś są raczej narzędziem wykrzywiającym rzeczywistość. Pozory życia w internecie nie satysfakcjonują w pełni. Nieustanne poczucie bycia postrzeganym i poddawanym ocenie innych wzmaga niepewność, szczególnie biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo bycia nagranym w kompromitującej sytuacji. Dla wielu taniec jest właśnie taką czynnością. Być może warto się przełamać i przekroczyć próg, o którym śpiewa Madonna, żeby poczuć się prawdziwie wolnym od funkcjonujących obecnie konwenansów. Problem w tym, że w zachodnim neoliberalizmie już się nie tańczy – o ile nie można na tym zarobić.

Madonna, „Confessions II”
Warner Records
2026