Nr 7/2026 Na dłużej

LITERATURY I PSYCHOTERAPIE: Splatanie fragmentów

Maciej Duda
Literatura Cykl

„Psychoanalityczne losy. Bychowski i Szalita” ukazały się w serii „Dzieje psychoanalizy w Polsce”, którą redaguje Paweł Dybel. Jest to zarazem czwarta w tym zbiorze książka z nazwiskiem Ewy Kobylińskiej-Dehe na okładce. Poprzednie („Psychoanaliza w cieniu wojny i Zagłady”, 2020; „Czy powrót wypartego? Psychoanaliza i dziedzictwo totalitaryzmów”, 2020; „Jak Feniks z popiołów. Odradzanie się psychoanalizy w powojennej i dzisiejszej Polsce”, 2021) nie były jednak autorskie, ale zbiorowe: zawierały teksty opisujące około- i powojenne dynamiczne relacje totalitaryzmów oraz ruchów psychoanalitycznych. „Psychoanalityczne losy” kontynuują te wątki – obrazują dwa zawodowe życiorysy psychoanalityków, które zostały przecięte przez drugą wojnę światową i Holocaust. Przecięte, ale niezakończone. To, co w redagowanych lub współredagowanych przez Kobylińską-Dehe tomach pokazane zostało w rozproszeniu, we fragmentach i w mozaice różnych perspektyw (zbliżenia na izolowane sprawy, kwestie, oddzielone życiorysy lub ich epizody), w najnowszej książce zostaje scalone w postaci dwóch pełnych opowieści, przedstawiających zawodowe biografie tytułowych psychoanalityków.

Są to pełnowymiarowe, choć wciąż niemonograficzne, narracje historyczne. Kobylińska-Dehe próbuje nam przypomnieć wskazane postaci, mimo że przywracanie pamięci nie jest głównym celem jej pisania. Najmocniejszy akcent kładzie na splot żydowskiego pochodzenia, praktykowania psychoanalizy i działań XX-wiecznych totalitaryzmów, który znajduje punkt kulminacyjny w wojnie i Zagładzie. Psychoanalitycznie można by to zdefiniować jako naznaczone i zerwane lub przerwane życie.

Stawka badań wydaje się jeszcze wyższa, gdy spojrzymy na tytuł ostatniego tomu – „Psychoanalityczne losy” są właściwie oksymoronem, zestawieniem przeciwstawnych znaczeniowo formuł, być może też znakiem ambiwalencji. Ale nie myślę tu o połączeniu wojny i życia, lecz o innej niekongruencji: psychoanaliza wciąż zachęca nas do tego, byśmy odkrywali nasze nieświadome wzorce (czyli zamieniali „nie wiem, że wiem, ale robię” na „wiem, że robię”), z kolei los jest zazwyczaj ślepy. Część pacjentów rozpoczynających psychoterapię mówi na początku formułami w stylu „taki mój los”, „los tak chciał”, ewentualnie „takie mam rozdanie od losu”. W tych kliszach los jest siłą zewnętrzną, której wpływowi się poddajemy. Jest silniejszy od nas; musimy się podporządkować i zrobić to, co dla nas zaplanował, jakby zapisał to wcześniej w kartach. Tak stworzona tytułowa formuła odsłania wspomnianą wyższą stawkę badań: razem z Kobylińską-Dehe będziemy śledzić nie tylko życiorysy Gustawa Bychowskiego i Alberty Szality, ale również – albo nawet: przede wszystkim – odkrywać dynamikę, powtórzenia i odegrania, czyli to, co nieświadome w samym ruchu amerykańskiej psychoanalizy drugiej połowy XX wieku. Kluczowymi kategoriami w opisie dziejów amerykańskiej psychoanalizy staną się dla nas trauma, dysocjacja i fragmentaryzacja.

Nie chcę napisać, że Kobylińska-Dehe użyła biografii Bychowskiego i Szality jako przykładów, jako znaczników do uprawdopodobnienia szerszej hipotezy. Nic z tych rzeczy. Mimo wskazanych mechanizmów i kategorii przydatnych do opisu dziejów psychoanalizy oboje praktyków staje się tu pełnoprawnymi podmiotami tworzonej narracji. Jak to się dzieje, spróbuję opisać poniżej.

Na pierwszy rzut oka – wystarczy spojrzeć bowiem na spis treści – czytany tom rozpada się na dwie osobne książki. Ponad dwieście pierwszych stron poświęconych Gustawowi Bychowskiemu ustępuje prawie równej liczbie dalszych stron poświęconych Albercie Szalicie. Ich życiorysy można czytać osobno, zwłaszcza że zestawienie obu postaci jest autorską pracą Kobylińskiej-Dehe. Mamy więc osobne figury jako centra oddzielnych narracji, osobne historie, osobne płcie, a nawet osobne języki i poetyki opisu, co badaczka zresztą tłumaczy: „jest to niezamierzony efekt identyfikacji z tak odmiennymi osobowościami i losami polskiego psychoanalityka żydowskiego pochodzenia z Warszawy i żydowskiej psychoanalityczki polskiego pochodzenia z Warszawy, których wojenne losy rzuciły do Nowego Jorku, gdzie się poznali” (s. 458). Końcowa autorefleksja ukazuje napięcie między tytułowymi kategoriami: psychoanalizą i losem. Kobylińskiej-Dehe nie interesują separacja i odcięcie (np. od społeczeństwa, polityki) jako figury, które czasem wytyczają ramy psychoanalizy rozumianej jako filozofia czy praktyka; w polu jej zainteresowań jest psychoanaliza jako praktyka i ruch, a to spaja dwie kwestie: to, co wyobrażone (abstrakcyjne), i to, co realne. Inaczej rzecz ujmując: obok konfliktów wewnętrznych (w ruchu psychoanalizy) badaczka stawia to, co zewnętrzne, co polityczne i społeczne. Jedno nie działa bez drugiego. Z tego splotu wychodzić mają właśnie historie Bychowskiego i Szality rozumiane jako egzemplifikacje losów samej psychoanalizy. Zmiany w życiorysach tytułowych bohaterów ilustrują przesunięcia w samym ruchu: w sensie geograficznym – podróży z Europy do Ameryki; w sensie praktycznym – profesjonalizacji nurtu (wewnętrznych podziałów, teoretycznych mód i wyborów narzędzi). Razem z autorką uprawiamy tu więc (psycho)analizę psychoanalitycznych nurtów i szkół. Tak skonstruowany wywód zgodny jest z jednym z XX-wiecznych ujęć pisania historii psychoanalizy. Badaczka w przypisach i przywołaniach sprawozdaje nam najważniejsze publikacje z tego pola badań.

Można by rzec, że stawką takiej pracy nie jest pamięć o, tylko opis pracy pamięci i kolejna próba odpowiedzi na towarzyszące nam od lat pytanie: dlaczego psychoanaliza w Polsce została w XX wieku odrzucona (choć to pewnie złe słowo; za autorką można by napisać: wyparta, zdysocjowana, a z mojej psychodynamicznej perspektywy może nawet: odszczepiona). Odpowiedzi na to pytanie mamy już kilka. Hipotezy stawiane przez polskich badaczy w pierwszych dekadach po transformacji ustrojowej wystarczająco opisał Marek Lubiński w książce „Krytyka literacka i psychoanaliza” (2008), a seria „Dzieje psychoanalizy w Polsce” dodaje nowe, autorskie rozpoznania do tego zbioru. Dla Kobylińskiej-Dehe to pytanie jest jednak nie tematem, lecz tylko (albo aż) klamrą wyznaczającą punkty wyjścia i podsumowania. Istotniejsza wydaje się w jej książce ilustracja (po)wiązań tego, co osobne, podwójne czy rozczłonkowane. Nie mamy do czynienia z zestawieniem, które polega na zbliżeniu i porównaniu, ale ze splataniem się fragmentów (albo całych obiektów) i z oddziaływaniem w obie strony (obrazują to np. odwołania do metod Bychowskiego i Szality, którzy zakładali, że uczą się od swoich pacjentów i wspólnie z nimi tworzą proces leczenia; dziś można by to rozumieć jako akcentowanie podmiotowości oraz roli przeniesienia i przeciwprzeniesienia w praktyce).

grafika przedstawia literki wysypujące się z otwartej książki
Fot. by Hector J. Rivas on Unsplash

Jakie to fragmenty i w jaki sposób Kobylińska-Dehe składa je w dynamicznie pracujące całości?

Pierwszym typem fragmentów jest odtwarzanie biografii Bychowskiego i Szality. Istotne okazują się w tym dokumenty, przekazy oficjalne oraz wspomnienia współpracowników i pacjentów, rodzinne archiwa. W przypadku Bychowskiego były to także rozmowy z jego córką Moniką oraz prywatna korespondencja. Badaczka nie otrzymała od córki Bychowskiego jedynie nagrań i wideo z jego wypowiedziami. Moment takiego braku (czy też zakazu) dostępu zostaje poddany krytycznej refleksji w książce:

Bychowski miał talent do języków, ale nie do wymowy. Mówił po angielsku z fatalnym akcentem. Czyżby dlatego Monika nie chciała pokazać mi sfilmowanego wywiadu: „gdzieś zaginął”. Europejscy Żydzi wstydzili się bycia Żydami, a jeszcze bardziej wschodnimi Żydami. To było dramatyczne wyparcie. Wstydzili się, że się wstydzą. […] Setki lat pogardy, wyśmiewania, ośmieszania, złego traktowania zrobiły swoje (s. 192).

Ta uwaga pokazuje nam ciągle podwójne usytuowanie Kobylińskiej-Dehe: prowadzi wywiad jako historyczka, ale i jako psychoanalityczka. Zarazem wskazuje na drugi typ fragmentów: krytyczna refleksja nie nad materiałem, ale nad trybem jego zbierania. Dalsze partie tekstu ujawnią jeszcze jeden poziom: czytając refleksje autorki, zdamy sobie sprawę, że cały czas obserwuje ona materiał, ale i własne wcześniejsze reakcje, które niegdyś pozostawały nieświadome (np. „Pamiętam, że kiedy przerabialiśmy tę książkę [„Neurosenlehre” Fenichela] w ramach kształcenia psychoanalitycznego we Frankfurcie na seminarium, zaproponowałam referat na temat Fenichela i freudiańskiej lewicy. Tak jakbym chciała uzupełnić brakującą część…”, s. 175). To trzeci typ fragmentów – autorefleksyjny. Ich splątanie przynosi ogromną wartość. Spaja to, co osobne, i pokazuje, jak jedno może odkształcać drugie – przykładowo: jak przenoszony wstyd może nieświadomie budować historię.

Narracja Kobylińskiej-Dehe oświetla nam miejsca takich napięć. Badaczka nie zostaje ani przy prywatnej perspektywie, ani przy wewnętrznej perspektywie historii nurtów psychoanalizy, ani przy zewnętrznej perspektywie zmian politycznych i społeczno-kulturowych. Takich osobnych opisów historii mamy sporo. U Kobylińskiej-Dehe te trzy perspektywy (które określam jako fragmenty) wciąż się przenikają, pracują jak we freudowskim trójkącie. Usunięcie jednego z nich prowadzi do dysonansu – wtedy obraz staje się niepełny albo wypłaszczony.

Poza warstwą biograficzną Kobylińska-Dehe sprawdza również pisma Bychowskiego i Szality, czyta ich monografie, artykuły i zapisy rozmów z nimi. Jednym słowem przygląda się temu, w jaki sposób praktykowali w ramach psychoterapii. To ciekawy wątek. I Bychowski, i Szalita zajmowali się w Stanach Zjednoczonych pacjentami psychotycznymi. Robili to właściwie przed Wilfredem Bionem, którego odkrycia wyznaczyły kanon rozumienia i pracy z psychotykami w drugiej połowie XX wieku:

Mimo […] różnych usposobień i doświadczeń Szalitę i Bychowskiego łączyła szczególna zdolność do nawiązywania kontaktu z chorymi na psychozę i z ludźmi dotkniętymi traumą. Żadne z nich nie było dogmatyczne. Oboje mieli innowacyjne, wybiegające przed swój czas pomysły teoretyczne i kliniczne (s. 273).

Można się zastanawiać, czy lektura pism po latach nie jest czasami jak proces wstecznych naznaczeń, które powstają, gdy ktoś (badaczka z XXI w.), kto już wie, odnajduje w starych narracjach znaki, ślady lub zapowiedzi tego, co dopiero powstanie. Sam tak robiłem w badaniach działań emancypatorów i emancypantów, więc nie rzucam w autorkę kamieniem. Być może to zwyczajna przypadłość historyków zafascynowanych badanymi osobami i aspektami: chcemy widzieć kontynuacje i zapowiedzi tego, co się działo, i tego, co się stanie w badanym polu.

Badaczka widzi ciągłość między przerwanymi i naznaczonymi stratą (rodziny, domu, języka, państwa) życiorysami Bychowskiego i Szality oraz ich umiejętnościami praktykowania relacji z pacjentami, których psychika przetwarzała realność w pofragmentowany sposób. W centrum tak ujętych rozważań stoi pojęcie i doświadczenie traumy, a dalej praktyki radzenia sobie z nimi. Oboje z sukcesami pracowali z nierokującymi/niewspółpracującymi pacjentami – z Ocalałymi z Holocaustu oraz z chorymi na schizofrenię. Nie ma jednego bez drugiego, mówi nam badaczka: bez osobistych doświadczeń nie byłoby zrozumienia pacjentów i zmian praktyki. Te zmiany nie mieściły się jednak w mainstreamowych teoriach i nurtach amerykańskiej psychoanalizy z lat 50–70. XX wieku. I tu pojawia się przeplot z drugą hipotezą, tłumaczącą, dlaczego po drugiej wojnie w USA szeroko przyjęła się „psychologia ego”, nastawiona na adaptację podmiotu do realiów i na kontrolę, a nie mogły przyjąć się inne nurty. Ten wybór/moda współgrał z epoką makkartyzmu i przeciwstawiał się metodom psychoanalitycznym, które eksplorowały stany pierwotne czy – używając dzisiejszego języka – wczesne stany umysłu, kierujące nas w stronę pracy z pacjentami psychotycznymi, chorującymi na schizofrenię czy z niosącymi traumy Ocalałymi. Na takie metody zwyczajnie nie było miejsca, ponieważ wymagały konfrontacji z wyniesionymi z lat wojny wstydem, poczuciem winy i stratą. „Psychologia ego” jawi się więc jako reakcja obronna amerykańskich psychoanalityków. W zakres metody „egologicznej” nie wchodziło badanie tego, co preedypalne, a freudowskie wina i wstyd nie nabierały wyraźnego znaczenia. W jednym z miejsc autorka pisze o „specyficznej konstelacji” budzącej się obrony przed winą i wstydem u tych, którzy mogliby usłyszeć o doświadczeniach psychoanalityków żydowskiego pochodzenia. Jedni doświadczyli wojny i Holocaustu, drudzy po prostu się wobec wojny zdystansowali, a nawet od niej odcinali. Wybór „psychologii ego” jako głównego nurtu działał więc na kilku poziomach: odsuwał od siebie winę; unieważniał eksploracje tego, co związane ze śmiercią, fragmentacją i agresją; marginalizował praktyki Szality i Bychowskiego.

Ten splot pokazuje, jak bardzo ruchy psychoanalityczne zależne są od indywidualnych doświadczeń i pracy umysłów samych analityków i analityczek. Niby wszyscy wiemy, że nasze umysły są narzędziem, które powinno poddawać się ciągłemu sprawdzaniu przez inne umysły wyspecjalizowane w ukazywaniu nieświadomych wzorów. Jednocześnie jednak łatwo usztywniamy się ramami szkół i teorii. To, co usztywnione (lub to, co totalitarne), zrewidować można wymogiem otwarcia i ciągłego reflektowania. To perspektywa proponowana przez Szalitę i Bychowskiego, uznających, że sytuacje w gabinecie – a więc i interpretacje – współtworzą z pacjentami.

Pożytków z psychoanalitycznego pisania historii psychoanalizy jest zatem wiele. Po pierwsze, w tej perspektywie udaje się połączyć to, co zewnętrzne, polityczne, z tym, co rozgrywa się na poziomie aparatu umysłowego. Po drugie, trójkątne splątanie indywidualnych biografii, historii nurtu oraz polityczno-kulturowej historii XX wieku odsłania nam dynamikę między budowaniem narracji przypadków i syntezy. Po trzecie, widzimy, jak to, co przynależne biografii, splata się z tym, co rozumiemy jako teoretycznie-normatywizujące. Inaczej rzecz ujmując: obserwujemy, jak afekt i obrona przed nim wyznaczają to, co później jest obiektywizowane w gabinetowej praktyce. Lektura książki Kobylińskiej-Dehe porusza afekty i intelekt, wprawia w drganie to, co dziś określamy mianem ciałoumysłu, i otwiera nam oczy na to, co zdysocjowane, wyparte albo (w innej perspektywie) odszczepione.

Ewa Kobylińska-Dehe, „Psychoanalityczne losy. Bychowski i Szalita”
Universitas
Kraków 2025

LITERATURY I PSYCHOTERAPIE
„Chociaż czytamy sami, w ciszy, to robiąc to, pozostajemy w relacji z kimś, kto opowiada nam historię, i ten opowiadający staje się dla nas postacią. […] Analityk nie próbuje znaleźć rozwiązania zagadki, ani nie szuka jedynej prawdy o przeszłości. Oczywiście, w każdej analizie zdarzają się momenty, w których oboje, i pacjent, i analityk dają się ponieść ekscytacji […]. Ale jeśli spróbujemy wyryć w kamieniu Prawdę o przeszłych doświadczeniach, uznać jeden choćby „wątek” za zupełnie skończony, zubożymy naszego pacjenta i obrabujemy z bogactwa jego wewnętrznego świata, uwięzimy go raczej niż uwolnimy od ograniczeń narzucanych przez doświadczenia z przeszłości” – pisała Ignês Sodré w szkicu „Psychoanaliza i literatura”.

W cyklu łączyć będę doświadczenia czytelnicze, psychoterapeutyczne i krytycznoliteracką praktykę. Chcę wielokrotnie sprawdzić hipotezę o możliwości zbudowania z autorem_rką relacji podobnej do tej, jaką buduje się w gabinecie psychoterapeutycznym.