Nr 7/2026 Na teraz

Janina Turek urodziła się w Krakowie. I choć jej życie rozciągnęło się niemal na cały XX wiek, to nigdy nie zmieniła miejsca zamieszkania. Obserwowała, jak zmieniał się świat, jak przejmowały po sobie władzę kolejne grupy, jak upadały kolejne ustroje, jak sukienki ustępowały spodniom, jak poszerzał się asortyment w sklepach, a w telewizji pojawiały się nowe programy. Przeżyła 78 barwnych lat, doświadczyła cierpienia wojny, trudu komunizmu i radości wolności, łez szczęścia, rozpaczy, żalu i tęsknoty, a także ulgi wielkiej miłości.

Przez lata Janina Turek pracowała jako sekretarka. Odbierała telefony, nadawała listy i paczki, umawiała spotkania, ale przede wszystkim zajmowało ją mnóstwo dokumentów. Przez jej ręce przeszły tysiące służbowych papierów, korespondencji, umów, podań i oświadczeń. Założę się, że pani Janina była dobrą sekretarką. Musiała być skrupulatna, rzetelna, oddana pracy i z całą pewnością cechowała ją doskonała pamięć. Nie może być zapominalski ktoś, kto codziennie, przez ponad pół wieku dokładnie odnotowywał niemal wszystkie swoje aktywności. W setkach zeszytów Turek zapisywała to, co innym ludziom wylatuje z głowy w ciągu jednego popołudnia lub wcale nie zostaje przez nich zauważone. Prowadziła dokładny zapis codzienności. Odnotowywała między innymi posiłki, jakie jadła (w jednym roku śniadania, w drugim obiady, w kolejnym kolacje), telefony, które wykonała i które odebrała, planowane i spontaniczne spotkania, otrzymane prezenty, oglądane programy telewizyjne i spektakle teatralne, rozegrane partie brydża. Łącznie zapisała ponad 700 brulionów, o których z nikim nie rozmawiała, nikomu się nie chwaliła swoją wieloletnią praktyką. Jej historia ujrzała światło dzienne dopiero wtedy, gdy córka, Ewa, po śmierci matki odnalazła ukryte notesy, a Mariusz Szczygieł napisał o pani Janinie reportaż.

Na punkcie tej historii oszalałaby główna bohaterka „Antropologów” Ayşegül Savaş. Asya, narratorka historii, fascynuje się aktywnościami, które na ogół ludzie uznają za błahe, nieznaczące, za przerwy pomiędzy rzeczami ważnymi. To właśnie te momenty przejściowe są dla niej kluczowe i godne odnotowania. Zupełnie tak, jak robiła to Turek.

Asya przedstawia się jako dokumentalistka, ale nie pracuje w archiwach ani katalogach. Nie interesuje ją też dziennikarstwo śledcze i reporterstwo tego typu. Kręci filmy dokumentalne; to pierwotnie hobbystyczne zajęcie z czasem stało się jej pracą. Poznajemy ją, gdy właśnie zaczyna nowy projekt. Forma, jaką Savaş obrała, by opowiedzieć tę historię, przypomina luźne zapiski, notatki na styku zapisów obserwacji z życia codziennego i prac nad filmem. Posegregowane w grupy tematyczne wpisy mogłyby pochodzić z jednego zeszytu bohaterki, notesu od wszystkiego. Brakuje w nim tylko spontaniczne zapisanych przepisów kulinarnych. Na podstawie oderwanych od siebie notatek śledzimy losy narratorki, jej męża oraz ich przyjaciół. Asya nie prowadzi wpisów w trybie pamiętnikarskim, sprawozdawczym. Zdecydowanie skupia się na tym, by w każdym z nich zamieścić pewną obserwację, wysnuć myśl o kondycji swojej, swojego małżeństwa, innych prywatnych relacji, a nawet ogółu społeczeństwa. W końcu bohaterka jest z wykształcenia antropolożką i, jak prawdziwa badaczka, próbuje na podstawie obserwacji dociec do sedna człowieka.

Asya mieszka z mężem, Manu, w dużym, zachodnim mieście. Są w związku już od dawna, poznali się na studiach, znają się nawzajem jak własne kieszenie. Pomimo że prowadzą spokojne, stabilne życie, prześladuje ich widmo dorosłości. Takiej prawdziwej dorosłości: własnościowego mieszkania, dzieci, samochodu, psa, kredytu i stałej, etatowej pracy. Odnoszą wrażenie, że na razie tylko się bawią w dorosłych, nie traktują życia na serio. By uspokoić własne sumienia, decydują się na kupno mieszkania, co wiąże się z wyborem nie tylko metrażu i układu pokojów, ale także stylu życia, jaki chcą prowadzić. To przekonanie o niestosowności własnego życia, a dążenie do takiego, które chciałoby się mieć, okazuje się głównym problemem, gdy trzeba podjąć decyzję. Nie tylko o tym, jakie mieszkanie kupić, ale na przykład czy można wyjść w środę wieczorem na drinka.

Dni bohaterów mijają na pracy, spotykaniu się z przyjaciółmi, próbach budowania życia towarzyskiego. Choć pochodzą z niezamożnych domów, są w dobrej sytuacji materialnej, zdobyli wykształcenie; teraz on pracuje w organizacji non-profit, a ona właśnie zdobyła duży grant na nowy film. Mimo że nie mają stałego źródła dochodów, nie muszą odmawiać sobie przyjemności. Odwiedzają kafejki i bary, targi staroci, muzea, sporadycznie wyjeżdżają za miasto. Prowadzą lekkie, wielkomiejskie życie, bez zobowiązań i niemal bez ograniczeń. Sporo czasu spędzają w pobliskim parku, który staje się obiektem antropologicznych zainteresowań Asyi. Dokumentalistka postanawia, że to jego dotyczyć będzie nowy film. Chciałaby rozszyfrować i zapisać codzienność, w jakiej funkcjonują park oraz odwiedzające go osoby.

Początkowo, jak prawdziwa badaczka w terenie, obserwuje ludzi w parku z dystansu, zauważa ich nawyki, odnotowuje stałych bywalców i tych, którzy przechodzą przez zieleniec przypadkiem. Z czasem z niektórymi z nich nawiązuje kontakt: stawia ich przed obiektywem i dopytuje o to, dlaczego tu przychodzą, od kiedy, czy są tu regularnie, czy mają jakieś ulubione miejsca, jakie mają historie związane z parkiem. Te proste czynności, które wykonują często kierowani intuicją, a nie głębokimi przemyśleniami, zaczynają wydawać się dziwne i krępujące, gdy pyta o nie ktoś obcy. Ludzie nie są przyzwyczajeni do dzielenia się codziennością, którą uznają za nieistotną i niewartą uwagi. Pomysł na film o takiej tematyce kwituje babcia bohaterki. W jednej z wideorozmów radzi wnuczce: „A tam, życie codzienne […]. Kogo to obchodzi” (s. 18) i sugeruje, by wplotła do filmu jakieś historyczne wątki, tak by przy okazji można się było czegoś nauczyć.

okładka książki z grafiką przedstawiającą kawiarnię na ulicy

Tymczasem Asyę fascynuje właśnie to, co codzienne – rzeczy dziejące się w międzyczasie, pomiędzy wydarzeniami, które warto odnotować w pamiętniku czy rodzinnym albumie fotograficznym. Zwraca naszą uwagę na wyprowadzanie psa, czekanie w kolejkach, rozmowy w metrze, wizyty u dentysty i fryzjera, robienie zakupów, cotygodniowe odkurzanie i mycie okien od święta, wizyty rodziny i imprezy z przyjaciółmi. Jej zdaniem to właśnie codzienność świadczy o człowieku najsilniej, obnaża jego egzystencję. Tak jakbyśmy nie istnieli w pełni, dopóki nie jesteśmy związani pewnymi regularnymi wydarzeniami (przechodzeniem za każdym razem na spacerze obok konkretnego drzewa, kupowaniem ulubionego batonika, wyjazdem co roku w to samo miejsce) i tymi, na które nie zwracamy uwagi. Jolanta Brach-Czaina nazwałaby to „szczelinami istnienia”, Annie Ernaux „życiem zewnętrznym”, dla Asyi jest to egzystencja specyficzna.

Według bohaterki „Antropologów” to dzięki konkretnym działaniom – tym prywatnym rytuałom, które umykają naszej uwadze – wpisujemy się w rzeczywistość i łączymy się z nią. W wyniku procesu, nazwijmy to, asymilacji z otoczeniem stajemy się w pełni żyjącymi. Jesteśmy mieszkańcami dzielnicy, dopiero gdy mamy własne ulubione trasy, odwiedzamy tę samą kawiarnię i sklep mięsny, pani w piekarni wie, jaki chleb jemy, kelnerzy w pobliskiej knajpce rozpoznają nas z daleka, a nasi sąsiedzi wiedzą, kiedy mamy urodziny. Nasi przyjaciele odwiedzają nas bez zapowiedzi i dobrze się czują w naszym mieszkaniu, a niektórzy z nich poproszą nas o pomoc przy przeprowadzce czy wizycie u lekarza. Życie, by było pełne, potrzebuje zakotwiczenia w życiorysach innych ludzi. Tylko takie splątanie naszych sieci, poczucie bycia potrzebnym i zauważonym, pozwala na wrośnięcie w społeczność i miejsce. Bez tego życie przypomina wolny elektron, który błądzi w przestrzeni. Te więzi, które „Antropolodzy” zalecają nam nawiązywać, nie muszą się przekształcać w relacje romantyczne. Mogą być zawierane z przedmiotami lub miejscami – ważne, by po prostu były.

Asya dąży, by uczynić się widzialną, a więc realną. Jeśli tylko wprowadzenie rutyny ma jej to istnienie zagwarantować, jest gotowa oddać się temu zupełnie. Stara się wprowadzić jak najwięcej świeckich rytuałów porządkujących czas. Jej sposoby spędzania dni, choć nieograniczonych etatową pracą, są dość przewidywalne. Wspólnie z mężem jedzą rano śniadanie, piją kawę, on wychodzi do pracy, a ona nagrywa lub montuje filmy, wieczorami spotykają się ze wspólnymi przyjaciółmi, oglądają serial i palą jointa przed snem. Niestety Asyi to nie satysfakcjonuje.

Trwa w przekonaniu, że jej życie nie jest odpowiednie, że musi doprowadzić je do wyznaczonego kształtu, by w końcu stało się jakieś. Wyobraża sobie, jaką osobą chciałaby być, i do tego wyobrażenia próbuje się dostosować. Dość nieumiejętnie. Kiedy wprowadza się z mężem do mieszkania, które niedługo porzucą, wymieniają plakaty w ramach na obrazy, by stać się „ludźmi z prawdziwymi obrazami na ścianach” (s. 9). Myśli o tym, jak chciałaby się ubierać, jak zachowywać, jaka być, i ciągle próbuje wpisać samą siebie w nowy schemat jak w zbyt małe ubranie. To dążenie do bycia kimś innym rozbija Asyę, ciągle sprowadza do punktu wyjścia i napełnia ją niechęcią, rezygnacją i przekonaniem o bezsensowności życia. Tylko dlatego, że nie żyje cudzym życiem.

Usilne dążenie do ułożenia życia w pewnej formie odbiera nam całą z niego przyjemność. Nasila w nas uczucie niewystarczalności, nieporadności, bezsiły. A przecież życie nie rozpocznie się na nowo, już oficjalnie, gdy osiągnie się określony cel, zmieni mieszkanie czy zarobi daną kwotę. Przeżywamy je w międzyczasie, pomiędzy zakupami, pracą a odbieraniem dzieci z przedszkoli, w metrze i na kanapie. W biegu, tracąc wszystko, co minęło. W dodatku w tym pięknym spektaklu nie ma przerw, dubli ani bisów. I wystawiają go tylko raz.

To poczucie niedopasowania potęguje doświadczenie migracji. Asya oraz jej mąż, Manu, nie pochodzą – jak pani Janina – z miasta, w którym od dawna żyją. Ich domy rodzinne oddalone są od niego i siebie nawzajem o setki tysięcy kilometrów. Mimo wielu lat spędzonych z dala od bliskich ciągle nie czują się w pełni u siebie. Mają trudności ze znalezieniem znajomych, męczy ich poczucie oddalenia od rodziny. Fizycznego i emocjonalnego. Próbują się przekonać, że to jednak ich miejsce, osadzić się tu i ukonkretnić swoje życie, ale sami chyba nie do końca w to wierzą.

Główna bohaterka ma poczucie, że spędza kolejny rok na bardzo długiej wycieczce szkolnej, z której wkrótce wróci do domu rodzinnego. Jest zawieszona w próżni pomiędzy rodziną a nowym miastem, nie przynależąc w pełni nigdzie. Geograficzne zawieszenie utrudnia obmyślenie na siebie planu, stawia przed bohaterami kolejne pytania. Czy planują dzieci? Jeśli tak, to jak często dzieci będą widywać dziadków? A co, jeśli coś stanie się komuś z rodziny? Jakiego języka zapomną, gdy dosięgnie ich demencja? Gdzie zostaną pochowani? Ostatecznie muszą spróbować odpowiedzieć na najbardziej realne pytanie: czy warto brać kredyt i osiedlić się tu na stałe?

Relacje bohaterów z rodzicami nie wspomagają tych decyzji. Odłączyli się od nich klasowo, choć bardzo próbują to przed sobą ukryć. Napawa ich wielkim lękiem myśl, że rodzina może uznać ich za obcych. Nie mogą jednak ukrywać, że żyją nadal w tym samym systemie wartości. Dla rodziców, szczególnie Manu, młodość ich syna już przeminęła i warto myśleć o dziecku, stałej pracy i mieszkaniu. Z kolei z perspektywy Manu i Asyi wspólna młodość trwa w najlepsze i nie chcą z niej rezygnować. Może powinni?

Savaş przygląda się pokoleniu trzydziestolatków, którzy wybrali swoją własną drogę życia, a najważniejsza dla nich jest autonomia. Żyją niepewnie, często ich budżet działa w systemie od grantu do grantu, ale próbują być szczęśliwi. Próbują udowodnić swoim bliskim, że ten sposób na życie nie jest gorszy niż tradycyjny model. Przede wszystkim chcą przekonać do tego samych siebie, sami chcą sobie uwierzyć. By to się udało, muszą odrzucić oczekiwania innych, wzory na dobre życie i schematy, w których chcieliby się widzieć. Choć brzmi to banalnie, to muszą napawać się teraźniejszością. W końcu życie jest od życia.

Ayşegül Savaş, „Antropolodzy”
tłum. Agnieszka Walulik
Filtry
Warszawa 2026