03 lipca 2018
dziedzictwo

Wszystko zostaje w rodzinie

Kampania reklamowa towarzysząca „Dziedzictwu”, kolejnemu niezależnemu horrorowi, który robi niemałe zamieszanie w świecie kina artystycznego, próbuje nas przekonać, że to „Egzorcysta” nowej ery. I chociaż rozumiem, że aby przyciągnąć widownię przed ekran, należy użyć chwytliwego tytułu, który rozpozna także mniej obeznany z gatunkiem widz, trudno mi wyobrazić sobie film grozy gorzej pasujący do porównania z debiutanckim dziełem Ariego Astera. „Egzorcysta” to zimny, bardzo zdystansowany obraz, inteligentny, ale bez potencjału silnego oddziaływania emocjonalnego. „Dziedzictwo” reprezentuje zupełnie odmienną szkołę straszenia – bardziej osobistą, bardziej chaotyczną, mniej skupioną na stojących za fabułą teoriami. To porównanie boli tym bardziej, że reżyser jest wyraźnie zaznajomiony ze światem horroru i nie tylko otwarcie odnosi się do swoich poprzedników, ale też uczy się na ich błędach, nie bojąc się łamać ustalonych przez nich zasad. Jeżeli miałbym „Dziedzictwo” do czegoś porównywać (choć wątpię, czy trafi to kiedyś na plakat promocyjny), byłoby to „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega albo „Opętanie” Andrzeja Żuławskiego. To bardzo różne filmy, które łączy jednak pulsujące, emocjonalne wnętrze, rozsadzające fabułę od środka i sprawiające, że elementy grozy zdają się wynikać bezpośrednio z ekranowych wydarzeń i przeżyć postaci, a nie z zewnętrznej decyzji artystycznej i próby dopasowania się do konkretnego gatunku. To oczywiście nie lada sztuka i nie lada wyróżnienie, aby stanąć w jednym rzędzie z takimi klasykami. „Dziedzictwo” jednak w pełni na nie zasługuje – do czegokolwiek by go nie porównywać, to po prostu świetne, angażujące i niepozwalające o sobie łatwo zapomnieć kino.

A przy okazji obraz, do którego napisanie recenzji nastręcza sporo kłopotu. Ogromna ilość wydarzeń, nawet tych z samego początku filmu, jeśli zostanie zdradzona przedwcześnie, może ograniczyć czerpanie przyjemności z seansu. Sprytnie schowali je też twórcy samej kampanii promocyjnej, z powodzeniem unikając zdradzania głównej linii fabularnej. Dość więc powiedzieć, że Aster przedstawia nam historię amerykańskiej rodziny, skupiając się przede wszystkim na nakreśleniu portretu osobowościowego Annie – żony i matki granej przez Toni Collette. Poznajemy ją, jej partnera Steve’a, córkę Charlie i syna Petera w dniu pogrzebu babci, Ellen. Obserwujemy, jak każda z postaci radzi sobie ze smutkiem na własny sposób i chociaż czuć czające się gdzieś niebezpieczeństwo, uroczystość przebiega spokojnie i bez nieprzyjemnych komplikacji. Okazuje się jednak, że za powrotem do szarej codzienności kryją się nierozwiązane sprawy z przeszłości i dawno zagrzebane tajemnice.

Brzmi to jak klasyczna struktura fabularna filmu grozy i „Dziedzictwo” pozwala nam przez chwilę sądzić, że zostanie ona zachowana. Twórcy filmu jednak wywracają ją nagle na drugą stronę jeszcze przed upływem pierwszych pół godziny seansu. W porównaniu do kilku ostatnich popularnych horrorów (na przykład nagrodzonego na Oscarach zeszłorocznego „Uciekaj!”) film Astera jest zupełnie innym, bardziej bolesnym i dotkliwym doświadczeniem. Chociaż są tutaj elementy czarnego humoru, które zresztą potęgują napięcie zamiast wprowadzać chwilę wytchnienia, zdecydowana większość „Dziedzictwa” to wizja świata popadającego w szaleństwo, gdzie w najcięższych momentach twórcy nie mają wcale zamiaru oszczędzać widza. Dużo w tym ryzyka, dużo testowania granic wytrzymałości widowni i dużo też świadomego sprzeciwu przeciwko dzisiejszemu kinowemu mainstreamowi, ale wszystko w ramach inteligentnego grania z oczekiwaniami i bez przesadnej manipulacji emocjonalnej. Dla gatunku, którego reprezentanci wpadają często w pułapkę absolutnej hiperbolizacji okrucieństwa albo wzbraniają się przed nim w ambitnej nadziei, że sama historia pozwoli utrzymać uwagę odbiorcy, tego rodzaju równowaga pozostaje kluczowa. „Dziedzictwo” balansuje na tej linii z prawdziwą, imponującą gracją, utrzymując pulsujące przez cały film napięcie, ale nie popadając w zwyczajną pornografię przemocy.

I to właśnie ta umiejętność znajdowania punktu środka staje się największą zaletą całości. Aster rozumie horror na tyle dobrze, że nie boi się odebrać poczucia bezpieczeństwa siedzącego wygodnie w fotelu kinowym odbiorcy, przewidującego kolejne perturbacje fabuły z półgodzinnym wyprzedzeniem, da się w końcu przestraszyć tylko wyskakującą nagle z ciemnego kąta trupią twarzą. W „Dziedzictwie” nie znajdziemy ani jednej – tutaj straszydła czają się zawsze gdzieś z tyłu kadru, pozostając cichymi świadkami wydarzeń. Twórcy nie boją się też na dłuższą chwilę powstrzymać od jakiegokolwiek straszenia, przeczuwając, że emocjonalny ładunek historii stanowi już dość trudny test wytrzymałości. Idealnie wyważone są też zdjęcia Pawła Pogorzelskiego, który z powodzeniem łączy zróżnicowane tonalności filmu i unika przesadnej stylizacji, nie rezygnując przy tym z kilku popisów technicznej wirtuozerii. Nie można też zapomnieć o aktorstwie – Toni Collette popada z jednej skrajności w drugą oraz buduje skomplikowany i niejednoznaczny portret kobiety przeżywającej żałobę, Alex Wolff potwierdza swoją pozycję jednego z najciekawszych postaci młodego aktorskiego świata, debiutująca Milly Shapiro nie pozwala odciągnąć od siebie wzroku, a najbardziej zdystansowany i zakorzeniony w rzeczywistości Gabriel Byrne swoim niezachwianym spokojem buduje innym podstawę do kolejnych aktorskich ekstrawagancji. Całość, szczelnie wypełnione kolejnymi wydarzeniami i przeskokami fabuły, chociaż może wydawać się nieco obezwładniająca, nigdy nie jest nudna.

Ale koniec końców, nawet biorąc pod uwagę, jak energetycznym doświadczeniem pozostaje ten film, z ekranu biją głównie smutek i pewne poczucie rozczarowania światem. Pod względem podejmowanych zagadnień „Dziedzictwo” nie stoi zbyt daleko od „Poltergeista” Hoopera, który w latach 80. we własny (o wiele mniej ekstremalny) sposób wyrażał niezadowolenie z klasycznego modelu rodziny i tradycyjnych wartości, na których został on zbudowany. Tutaj tę myśl ciągnie się jeszcze dalej i reżyser nie jest skłonny dawać jakiegokolwiek poczucia, że istnieje miłość ponad podziałami, że nie skupiamy się zawsze na własnym przetrwaniu, w końcu że da się wznieść ponad popełnione przez przodków grzechy. Aster pozostaje konsekwentny w swojej kreacji i chociaż bez przerwy przygotowuje nas na katharsis, nigdy go nie dostarcza. Zamiast tego pokazuje tylko, że grzech płynie bez przerwy w naszej krwi, tylko czekając na okazję, aby znowu wyjść na powierzchnię. To jest coś, co naprawdę potrafi przerazić.

 

„Dziedzictwo. Hereditary”
reż. Ari Aster
premiera: 22.06.2018

Seks, trumny i walizki
19 lipca 2018

Seks, trumny i walizki

Krzysztof Warlikowski od przeszło dekady konsekwentnie rozwija swój teatr monumentalny. Nie licząc realizacji operowych zaczęło się to gdzieś pomiędzy „Aniołami w Ameryce” a „(A)pollonią”...

Miłość w czasach rock’n’rolla
17 lipca 2018

Miłość w czasach rock’n’rolla

„Na plaży Chesil” zarzucić, nie ma artystycznego lenistwa – to nie prosta adaptacja, w której mamy wrażenie, że znani aktorzy cytują nam jedynie najciekawsze fragmenty książki, a stojąca na uboczu kamera jedynie ich obserwuje...