02 października 2018
nowiny

Prawdziwe żeństwo, czyli nie wszystko wielkie, co z Teksasu

Niewystarczająco duża. Tak o stałej bazie wojsk amerykańskich w Polsce, a dokładnie o terenie pod nią wyasygnowanym, miał powiedzieć Mark Esper, sekretarz do spraw wojsk lądowych w Pentagonie. Tę nienową już propozycję – według części ekspertów w dobie wojen hybrydowych wręcz anachroniczną, czego jednak nie podejmę się rozstrzygnąć, bowiem w świetle poniższego zaciekawił mnie nie tyle sam sales pitch, ile hiperbola, przy pomocy której go złożono – ponowił ostatnio Andrzej Duda podczas wspólnej konferencji z prezydentem USA w Białym Domu. Podpisanie deklaracji o partnerstwie strategicznym Polski i Stanów przebiegło w serdecznej atmosferze, przypieczętowanej symptomatycznym potlaczem: polski przywódca otrzymał długopis, amerykański – perspektywę kompleksu militarnego sygnowanego swoim nazwiskiem.

Złośliwi dostrzegliby w tej transakcji – ziemia za paciorki, jeśli trzymać się przywołanej przez prezydenta Dudę westernowej polityki – ironiczną ilustrację art of the deal, jednostronnej sztuki robienia interesów, dzięki której Trump z miliardera-celebryty przeistoczył się w teflonowego postpolityka. Materializacja idei Fort Trump oznaczałaby również, że amerykański prezydent, który ze służby wojskowej w Wietnamie wykręcił się ze względu na ostrogi piętowe, zostałby pierwszym w długiej historii dekowników z anglo-amerykańskiej klasy wyższej patronem placówki U.S. Army. Idea Fort Trump to wreszcie, poza wszystkim, symptom przewlekłości westernowej wyobraźni na prawicy po obu stronach Atlantyku, z całym wachlarzem gatunkowych atrybutów: ostatnim starciem, twardogłową męskością, kultem paliw kopalnych, zachętą do samosądu rzuconą mimochodem na wyborczym wiecu czy pomysłem uzbrojenia nauczycieli w broń palną jako remedium na plagę strzelanin w amerykańskich szkołach – w myśl maksymy, że najlepszym lekarstwem na złego faceta z bronią jest dobry facet z bronią. A jeśli bez broni, to niech chociaż będzie twardy jak Patryk Jaki, świeżo obwołany nadwiślańskim Johnem Waynem, chyba niezbyt trafnie, no bo jak tu dwugodzinną nawijkę na partyjnej konwencji i widmowy doktorat z prawa pogodzić z Wayne’owskim „Talk low, talk slow, and don’t say too much”?

O tych i innych obrazach rodem z westernowego imaginarium myślałem, czytając niepozorne „Nowiny ze świata” Paulette Jiles (popisowe tłumaczenie Tomasza Gałązki!), która przyniosła autorce nominację do prestiżowej National Book Award. Do lektury zabrałem się nieco podejrzliwie, w końcu „Nowiny ze świata” to kolejny (po „Ptaku Dobrego Boga” J. McBride’a, „Synu” Philipa Meyera czy „Kolei podziemnej” Colsona Whiteheada) „westernowy” finalista wielkiej amerykańskiej nagrody literackiej w ostatnich latach, w dodatku znacznie od nich skromniejszy w kwestii ambicji i gabarytów. Na westerny jestem jednak łasy jak Rooster Cogburn na słodycze, więc „Nowiny ze świata” przeczytałem, i raz jeszcze wyszło, że nie tak formuła zgrana, jakby sobie tego wielu życzyło.

Zapowiada się niezajmująco. Stary weteran i mała dziewczynka jadą przez Teksas. Sporo postojów, niewiele przygód, niegościnne powitanie u kresu podróży. Johanna wraca do domu – tak przynajmniej widzą to ludzie mijani przez nią na szlaku. Domu jednak nie ma, bo rodzice dziewczynki zginęli w rajdzie Kiowów, którzy następnie Johannę uprowadzili i wychowywali, przynajmniej do czasu, kiedy dzięki staraniom agenta indiańskiego została im odebrana. Do dalekich krewnych eskortuje ją kapitan Jefferson Kidd – wdowiec zarabiający na życie odczytami gazet w teksańskich mieścinach.

Na pierwszy rzut oka dostajemy więc ograną warstwę narracyjną, do tego w minimalistycznej formie, jednak wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu książka Jiles to coś więcej niż odtwórcze chłostanie martwego gatunku, co tym bardziej budzi uznanie, bo „Nowiny ze świata” to książka napisana pod górkę, z nieskomplikowaną fabułą, która nie zostawia autorce wiele pola do manewru. W końcu o tym, że amerykańskie Pogranicze nie było miejscem dla małych dziewczynek – chyba że krnąbrnych i rezolutnych – wiemy od Charlesa Portisa. O płynnych granicach światów i ich wzajemnym przenikaniu w niezrównany sposób pisał Thomas Berger (a ostatnio także Meyer i McBride). Że wędrówka przez prerię miała więcej wspólnego z polisensorycznym znojem niż wytworną epickością, przypomniała nie tak dawno temu Kelly Reichardt w „Meek’s Cutoff”. O niekompatybilności Teksasu ze starością nawet nie wspominam, wystarczy odświeżyć McCarthy’ego lub obejrzeć Jeffa Bridgesa w „Aż do piekła” Davida McKenziego.

Jiles stworzyła książkę kameralną, utrzymaną w estetyce zbliżonej do oszczędnego języka filmów Reichardt i McKenziego. Więcej tu intymności Sandry Cisneros czy surowej liryki Annie Proulx niż rozmachu McCarthy’ego, do którego „Nowiny ze świata” bywają porównywane. Z autorem „Krwawego południka” – oprócz rozwiązań technicznych, jak charakterystyczny zapis dialogów czy synestetyczne opisy przyrody – łączy Jiles co najwyżej obecność wiekowego bohatera. Nie jest ona jednak pretekstem do elegii o odchodzącym porządku rzeczy (jak u McCarthy’ego czy Peckinpaha), ale raczej pochwałą uczciwości (moralnej i intelektualnej) wobec drugiego człowieka. Próżno tu szukać gnostycznej wyobraźni i lucyferycznych postaci, może z wyjątkiem bandy Almaya, jednak nawet ona pozbawiona jest transcendentnego wymiaru zła, które zasiedla prozę McCarthy’ego. Handlarze ludźmi na tropie starca i dziewczynki to raczej przyziemni oportuniści niż metafizyczni kanibale, których znamy z „Drogi” czy „W ciemności”.

I słusznie, bo Jiles podąża innym tropem, łącząc dwa gatunki tradycyjnie postrzegane w kategoriach przeciwieństwa, to jest western i powieść sentymentalną. W rezultacie otrzymujemy zwięzły aneks do dziejów amerykańskiego Zachodu – niby dobrze zapoznanych, jednak domagających się kolejnych uzupełnień, w tym przypadku o świeże spojrzenie na problem liminalności. Jiles rozważa go nie tyle w kontekście wielkiej historii (jak zrobił to Berger), ile etyki troski i odpowiedzialności za Innego. Jeśli już więc „Nowiny ze świata” szufladkować, to może jako western sentymentalny o „odmieńcach z odzysku” (118), z epizodami pikarejskimi i satyrą na współczesną kulturę medialną w tle.

Odmieńcem jest Johanna. Dla Kiowów. Dla Teksańczyków. Dla niemieckich osadników, do których po latach powraca. Kobieta, imigrantka, ciało obce. (Thrice Other – „Inna po trzykroć”, napisałaby Smaranda Stefanovici). Inaczej Johannę postrzegają Kapitan Kidd i nieliczni mu podobni, którzy tak jak dziewczynka egzystują na przecięciu plemiennych baniek. Reszta – pogranicznicy, kawalerzyści, małomiasteczkowe matrony – „patrzyli na dziewczynkę tak, jak to czynią ludzie, którym w paści wpadło coś dziwnego, nieznanego, o zupełnie niewiadomej taksonomii, zapewne niebezpiecznego” (10). Bo Johanna to dziecko z pazurem, zbyt dotkliwie skonfrontowane z wrogością życia, stąd nie bardzo wiadomo, co z nim zrobić, więc podrzuca się je innym jak kukułcze jajo, aż się napatoczy naiwniak w typie Jeffersona Kidda, który je przygarnie, przekonany nie tyle perspektywą zapłaty, ile – tu pożyczę od Levinasa – „spojrzeniem obcego, wdowy, sieroty, spojrzeniem, którego nie mogę uznać inaczej, niż dając lub odmawiając”, a odmówić temu spojrzeniu Kidd nie potrafi. („W świetle latarni jej oczy pobłyskiwały rozwodnionym, szklistym błękitem. Obserwowała ich, śledziła każdy ruch, każde uniesienie dłoni” (11)).

Sam Kapitan również jest postacią nietypową. Ot, teksański died, jeśli w miejsce liry korbowej podstawić fascykuł z gazetami, odczytywanymi za dziesiątaka w zapadłych dziurach Południowego Zachodu. Żaden z niego Ethan Edwards – do Rdzennych Amerykanów ma stosunek zdroworozsądkowy, a po broń sięga tylko jeśli musi, najczęściej z marnym rezultatem – raz że stary, dwa, że jako Południowiec w dobie Rekonstrukcji strzelać może co najwyżej ze śrutówki, a do tego jeździ groteskowym wozem z demobilu, więc nikomu nie ucieknie.

Przygody tej dwójki są raczej niepokaźne, z wyjątkiem rozprawy z gangiem Almaya, okraszonej demiurgicznym popisem Johanny, przy którym chowają się sztuczki z saletrą sędziego Holdena w „Krwawym południku”. (Choćby dla tego tętnoprzyspieszacza warto „Nowiny ze świata” przeczytać.) W pozostałych rozdziałach powolne tempo wędrówki pozwala autorce przesunąć akcenty gatunkowe z celebracji przemocy w stronę ballady o zaufaniu, odwadze i działaniu w poprzek uprzedzeniom. Książka Jiles to również jeszcze jeden przykład na to, że współczesny western – historycznie upupiony gębą anachronicznego kodyfikatora ról płciowych – z powodzeniem funkcjonuje jako nośnik reakcji na społeczne przemiany dzisiejszej Ameryki. Jeśli za Fredrikiem Jamesonem i Richardem Slotkinem przyjąć, że przeszłość w westernach to nic więcej niż tło dla refleksji o współczesności, to „Nowiny ze świata” mogłyby posłużyć jako modelowa ilustracja problemów nowego wieku pozłacanego, na czele z galopującym rozwarstwieniem społecznym, powrotem plemienności, wszechobecnym narcyzmem i zalewem fejk niusów.

Problemy współczesnej Ameryki zobrazowane są tu na poziomie metanarracyjnym. Wymowny jest zwłaszcza czas akcji powieści, osadzonej na początku lat 70. XIX wieku, a więc u progu właściwego wieku pozłacanego – okresu formatywnego dla współczesnej Ameryki, z błyskawicznie zbijanymi fortunami, początkami finansowej oligarchii, kiełkującym lobbingiem, fanatycznym partyjniactwem i zamieszkami na tle rasowym. W odróżnieniu od słynnej książki Twaina i Warnera, którzy skupili się na rozgrywkach politycznych na Capitol Hill, Jiles opisuje wiek pozłacany z perspektywy głębokiej prowincji: opuszczonej przez elity, rozgoryczonej galopującymi zmianami, spragnionej medialnej uwagi. W „Nowinach ze świata” uosobieniem tej Ameryki są bracia Horrellowie, analfabeci z parciem na szpaltę, bezskutecznie wyczekujący nadejścia trybuna amerykańskiego Heartlandu („Każden jeden z nich ma kręćka względem gazet ze Wschodu, tych, co tam są kowboje na rycinach, i myślą sobie, że oni też powinni tam być” (152)).

O magnatach finansowych na wschodzie, nowinkach technicznych w przemyśle mięsnym czy kolejnych zmianach w federalnej legislacji Horrellowie i im podobni dowiadują się post factum, nic więc dziwnego, że odczyty Kapitana często kończą się burdami. Skutecznym remedium na zamieszki staje się infotainment – z biegiem czasu Kidd wybiera wiadomości, które w równym stopniu zaspokoją potrzebę wiedzy i żądzę rozrywki, z naciskiem na tę drugą. A że unika tematów zapalnych, to serwuje głównie ogórkowe niusy, dzięki czemu słuchacze opuszczają jego odczyty w błogim samozadowoleniu.

Można się w tej alegorii współczesnych mediów doszukać wielopoziomowej ironii: od tytułu powieści, tożsamego z nazwą niedzielnego wydania „The Sun” – najpoczytniejszego z tabloidów wydawanych przez konsorcjum Ruperta Murdocha – po symboliczną cenę wejściówek na odczyty Kapitana. (Kosztują dziesięć centów, czyli dokładnie tyle, ile wydawane w odcinkach powieści groszowe, dzięki którym Dziki Zachód na bieżąco mitologizowano.) Czytelni(cz)kom drugiego stopnia sporo przyjemności dostarczą też liczne odwołania do klasyki gatunku, takie jak Fordowskie rozważania o mitograficznej roli prasy, u Jiles zaklęte w bombastycznej treści szyldu reklamującego lokalną gazetę. Równie ważne jak u Forda są też w „Nowinach…” humor sytuacyjny i wyrozumiałość dla niedoskonałych bohaterów. Emigrację wewnętrzną Kapitana Kydda i jego kapitulację wobec oczekiwań publiki wypada więc odczytać nie jako wyraz mizantropii (jak u McCarthy’ego), ale wypadkową konformizmu, z którego wybija go Johanna.

Jeśli czegoś mi szkoda, to faktu, że sam problem wtórnej adaptacji głównej bohaterki został przez autorkę potraktowany tak zdawkowo. Stonowana poetyka szkicu, z licznymi niedopowiedzeniami i sugestywnie zarysowanymi scenami komunikacji niewerbalnej, świetnie działa na etapie podróży przez Wielkie Równiny, średnio jednak sprawdza się w opisie tego, co w historii „mrocznych bolidów” (118) najbardziej problematyczne, czyli wtórnej traumatyzacji i długoterminowej niekompatybilności „odzyskanych” z rodzimą kulturą. Wątek ten został „Nowinach ze świata” zbyty krótkim epilogiem w ostatnim rozdziale, wskutek czego powieść pod koniec mocno obniża loty i dryfuje w stronę taniej feel good story. (Obowiązkowe wzmianki o Cynthii Ann Parker i Temple Friend oraz odsyłacz do opracowania Scotta Zescha „The Captured” sprawiają wrażenie odautorskiego alibi, szczególnie w kontekście świetnie zriserczowanych publikacji z epoki.) Kto jednak przytnie swoje oczekiwania do rozmiarów Nowin, nie powinien czuć się zawiedziony.

 

 

Paulette Jiles, „Nowiny ze świata”
tłumaczenie: Tomasz Gałązka
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2018

 

Last.fm jako źródło cierpień
13 sierpnia 2020

Last.fm jako źródło cierpień

W istocie słuchanie muzyki zostało tu poddane procesowi grywalizacji – tyle że to gra bez końca, bez zwycięstwa, z możliwością nieustannego zdobywania nowych poziomów: dziesięć tysięcy odtworzeń, sto tysięcy odtworzeń, tysiąc wykonawców w bibliotece, trzy tysiące wykonawców w bibliotece...

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny
10 sierpnia 2020

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny

Po zaznajomieniu się z filmografią Lee można uznać reżysera za mistrza metonimii. Wyselekcjonowane, reprezentatywne skrawki – wycięte z określonego miejsca i czasu motywy, wątki i postaci, przy jednoczesnym pominięciu tych nieinteresujących, z których skleja swoje historie, mają na celu przekazać konkretne doświadczenie...