25 marca 2019
przepraszam

Od korposzczura do bohatera

„To trofeum mówi mi wszystko, co muszę wiedzieć – masz chęć do pracy i potrafisz czytać” – słyszy na rozmowie kwalifikacyjnej Cassius Green, przyłapany na fałszowaniu znacznej części swojego CV i chwaleniu się wyróżnieniem, którego nigdy nie otrzymał. Jego poprzednie osiągnięcia nie mają jednak żadnego znaczenia – aplikuje na posadę telemarketera niewymagającą żadnych specjalnych umiejętności. Głównym kryterium oceny pracownika pozostaje tutaj w końcu umiejętność sprzedawania ludziom nikomu niepotrzebnych produktów, a podstawową zasadą, którą przeczytać można na plakatach porozwieszanych w całym biurze – trzymanie się za wszelką cenę tekstu scenariusza. To praca, której nikt nie podjąłby się dla przyjemności, niezwiązana nawet z regularną pensją, a jedynie z prowizją od dokonanych sprzedaży, ale Cassius nie ma wielkiego wyboru. Nie dość, że mieszka w garażu swojego wuja, to jeszcze zalega cztery miesiące z czynszem. Do tego przechodzi akurat kryzys tożsamości, regularnie podejmując w rozmowach tematy nieuchronności śmierci, nadchodzącej eksplozji słońca i bezsensu egzystencji. Czuje się zagubiony i pozbawiony celu w świecie, w którym wszyscy wydają się skoncentrowani tylko na osiągnięciu sukcesu. Jego podróż w bezdenną kapitalistyczną otchłań stanie się jednak sposobnością do poznania samego siebie i odkrycia, czym tak naprawdę kieruje się w podejmowaniu życiowych decyzji – zwłaszcza że telemarketing okaże się dziedziną, w której Cassius jest wyjątkowo utalentowany.

Motyw korporacyjnego znudzenia, obecnego w życiu ogromnej części współczesnego zachodniego społeczeństwa, pozostawał zawsze na uboczu zainteresowań świata filmu. Trudno się dziwić – jak w końcu ugryźć temat wszechogarniającej monotonii? Reżyserujący po raz pierwszy Boots Riley, znany przede wszystkim ze swojej twórczości muzycznej, jest jednak zaskakująco dobrze obeznany z tematem i z pieczołowitością oddaje niezręczne spotkania zespołowe, nużące rozmowy z klientami i relacje tworzące się pomiędzy ludźmi w kryzysowych sytuacjach. Całość ujęta została też w ramy gatunkowe komedii narastających bez przerwy absurdów. „Przepraszam, że przeszkadzam” rozpoczyna się więc jako satyra działania wewnątrzkorporacyjnej machiny, ale rozwija się w kierunku o wiele ambitniejszego konceptu, rozprawiającego się z kapitalizmem jako takim i toczoną od pokoleń wojną klas. Im większy temat, tym więcej absurdu; im większy ciężar przywoływanych społecznych problemów, tym więcej na ekranie dowcipów i niedorzeczności.

Jest w tym szaleństwie metoda i bez wątpienia przykuwa ona uwagę widza przez cały czas trwania seansu. Nie ma tutaj zbyt wiele miejsca na subtelności, ale nikt nie próbuje też się na nie silić. Zamiast tego Riley bawi się we wprowadzanie do świata przedstawionego coraz bardziej szalonych elementów – od firmy zajmującej się współczesną odmianą niewolnictwa, przez program telewizyjny, w którym uczestnicy zostają na wizji brutalnie pobici przy dźwiękach śmiechu kibicującej publiczności, aż po apokaliptyczne wizje, których w recenzji zdradzać nie wypada. Czasami całość zbliża się nawet do magicznego realizmu, a elementy codziennej rzeczywistości mieszają się z fantastyką, zawsze przyjmowaną przez bohaterów z zaskakującą dawką spokoju. „Przepraszam, że przeszkadzam” to jednak przede wszystkim złośliwa, absurdalna satyra, oparta na żartach i bolesnych spostrzeżeniach mających wzbudzić w widowni obawy co do przyszłości naszego świata.

W ramach samej koncepcji wszystko działa tak, jak powinno, ale problemy zaczynają się na poziomie prezentowanych nam scen. Dosyć często podczas seansu można przypomnieć sobie, że całość jest dziełem debiutanta szukającego wciąż swojego filmowego języka. Niektóre z żartów to świetne, starannie zaaranżowane gagi, powracające wielokrotnie wraz z rozwojem fabuły (np. koncepcja „białego głosu” dzięki któremu Cassius odnosi tak ogromne sukcesy w swoim zawodzie), inne pojawiają się na chwilę i nigdy nie działają tak, jak powinny (chociażby krótkie przebitki montażowe, kiedy Cassius teleportuje się podczas rozmowy telefonicznej do swojego klienta). Nieco zbyt dużo też tutaj sztywnych dialogów, mających jedynie popchnąć historię do przodu, i chaotycznych rozwiązań montażowych, czasami bardziej utrudniających rozeznanie w fabule niż umilających seans. Przez to ma się też wrażenie, że twórcy próbowali znaleźć dla swojego obrazu odpowiednie tempo. I znaleźli je dopiero w jednej z końcowych scen, kiedy na ekranie pojawia się postać grana przez Armiego Hammera. Sekwencja imprezy w jego ogromnej posiadłości to moment, w którym wszystkie budowane wcześniej elementy układają się w konkretną całość.

„Przepraszam, że przeszkadzam” ma mimo wszystko w sobie tak dużo czaru i charyzmy, że ciężko mieć do niego negatywny stosunek. To też dzieło, które koniec końców wywiązuje się z obietnicy zapowiedzianej w pierwszych kadrach, będąc obrazem jednocześnie ambitnym i złośliwym. I chociaż końcowa myśl o konieczności zbuntowania się wobec zastanych norm i zasad może wydawać się nieco naiwna, Boots Riley nie ukazuje jej bez pewnej dozy autoironii. Od prawdziwego świata nie da się w końcu uciec, nawet pod grubym płaszczem absurdów, a chociaż nie możemy godzić się na wszystko, co przedstawiane nam jest jako uniwersalna prawda, nie wszystko możemy też zmienić. Ale po drodze można się przynajmniej sporo pośmiać.

 

„Przepraszam, że przeszkadzam”
reż. Boots Riley
premiera: 15.03.2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA
17 czerwca 2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA

Przed „Czarnobylem” nie da się uciec. Nawet jeśli miałoby się wielką ochotę odmówić i nie uczestniczyć w zbiorowej kanonizacji serialu, jonowa uroda zdjęć Johana Rencka i Jakoba Ihre prześwietli nas z mocą tysięcy rentgenów, a ciężar dramaturgiczny obleje nocnym potem...

Deep in Voguing
15 czerwca 2019

Deep in Voguing

Voguing – wpisany w tkankę sceny ballroomowej – wykroczył poza modną formę tańca, stając się subkulturą z własną społecznością, estetyką i aksjologią. Dziś przeżywa nowe życie – a tych miał co najmniej kilka na przestrzeni ostatnich stu lat...