30 kwietnia 2020
dotekstumacka

Kurz i brokat

Przyznam od razu, że do współczesnej prozy amerykańskiej podchodzę jak pies do jeża. Wkurza mnie jej płynność, językowa przezroczystość, epickość, którą natychmiast chcę nakłuć niczym rozdymany balon, czy fabularność traktowana jako jedyny zwornik całego tekstu, jakby miał on tylko kościec, bez mięśni i kolejnych układów. Owszem, w trakcie lektury towarzyszy mi często poczucie miło spędzonego czasu i relaksu. Jak wtedy, gdy oglądam seriale. Widzę interteksty, kulturowe nawiązania, ale to patrzenie nie wymaga ode mnie uwagi, śledzenia, ciekawości, nie powoduje też zmęczenia, intelektualnej pracy. Dla jasności dodam, że piszę o wycinku tekstów, które trafiają w moje ręce; a powyższy sąd, bez dwóch zdań,jest krzywdzący.Jego korzeń tkwi głęboko w akademickim podglebiu. To moje lekturowe disability. I spróbuję je tu przekroczyć.

Takie wprowadzenie zapowiadać może tylko jedno z dwóch: przełom lub wyjątek. Będę więc pisał o wyjątku. Z podkreśleniem, że jest to wyjątek z wycinka, który znam. Będę pisał empatycznie, a nawet czule, intymnie, co nie oznacza, że perspektywę tę stawiam na przeciwległym biegunie wobec akademickiego rozkładania tekstu na czynniki pierwsze. (Wskazana inkongruencja jest tylko retorycznym zabiegiem, iskrą mającą rozniecić ciekawość czytelnika.)

 

***

„Wierzyliśmy jak nikt”, opowieść Rebekki Makkai, spina dwa kontynenty – Amerykę Północną i Europę – oraz kilka dziesięcioleci rozsianych na przestrzeni ostatnich stu lat. Główna oś akcji obejmuje drugą połowę lat 80. XX wieku (wydarzenia z Chicago) oraz rok 2015 (perypetie z Paryża). Poza tym retrospekcje obejmują okresy przed wielką wojną i po niej. Całość spajają drugo- i trzecioplanowe postaci, rozbitkowie, którzy przetrwali kolejne potopy.

Chicago lat 80. to Boystown, miasto młodych chłopaków i mężczyzn, którzy przyjechali tam, chcąc wyrwać się z dusznych i dyskryminujących mieścin rozsianych po USA. Wyrzuceni z domów, próbują ułożyć sobie życie w zgodzie z własną seksualnością. Chcą żyć, lecz umierają na AIDS. Okres między 1985 a 1990 rokiem poznajemy z perspektywy pracującego w jednej z chicagowskich galerii sztuki Yale’a Tishmana. To jego rodzinę obserwujemy na kartach „Wierzyliśmy jak nikt”. Z premedytacją używam formy „rodzinę”, ponieważ książkę Makkai chcę widzieć jako sagę. W ten sposób czynię wyłom w owej kategorii. „Wierzyliśmy jak nikt” to „saga rodziny z wyboru”, rodziny wyrzutków, których połączyły ucieczka i walka. Ucieczka – z miejsc pochodzenia; walka – z władzą, która wydała na bohaterów wyrok śmierci.

Brzmi to jak baśniowa opowieść o drodze do odkupienia i pamięci. Może tak w istocie jest. Używając powyższych kategorii, instynktownie czuję, że powinienem się przed nimi bronić. Że to jednak zwietrzałe, rozpadające się albo naiwne etykiety. Ponownie – możliwe, że tak. W momentach takiej autokontroli zatrzymuję się jednak i zastanawiam, dlaczego używam kategorii instynktu, pisząc o systemowym zniekształceniu. Napisałem: „instynktownie czuję”, ale to przecież nie instynkt, lecz przynależność do akademickiej wspólnoty każe mi sądzić, że wymienione etykiety są naiwne i zgrane.

Powyższa refleksja ilustruje proces, jaki uruchamia w nas Makkai. Naprzemienne perspektywy czasowe – rozdział nieparzysty: jedna, rozdział parzysty: druga – są przewidywalnym rozwiązaniem. Jednocześnie zatrzymują nas i zapętlają refleksję w taki sposób, że do każdego wątku, do każdej myśli wracamy wielokrotnie. Jakbyśmy oglądali album ze zdjęciami i przerzucając karty, co kilka zdjęć wracali do tych sprzed trzydziestu lat. Jakbyśmy porównywali. Fotografia i obraz to zresztą podstawowe rekwizyty tej narracji. To w nich i poprzez nie zachowuje się pamięć. To dzięki nim trwa historia, do której możemy wrócić. To drugoplanowy bohater, fotograf Richard Camp, ocali życie umarłych. To będące poza obiegiem Boystown kobiety – Fiona, Nina, Cecile – splatać będą kolejne wątki. Ich oczami oglądać będziemy plagę HIV przeradzającego się w AIDS. W ten prosty sposób Makkai w gejowską historię wplata postaci kobiet i rysuje pęknięcia między kolejnymi pokoleniami ukrytych, wyoutowanych i zaślubiających się gejów.

Namiętność i gniew są głównymi emocjami towarzyszącymi bohaterom „Wierzyliśmy jak nikt”. Namiętność – do sztuki, do przyjaciół i kochanków; gniew – wobec systemu, kłamstwa, obojętności. Yale i jego koledzy są uwięzieni. Wiedzą, że nad ich światem zapanował wirus powodujący chorobę, na którą nie ma leku. (Jeszcze) nie ma też jednoznacznej wykładni, w jaki sposób można się zarazić i jak można się przed nim ustrzec. Krążą mity, półprawdy, teorie wyssane z palca. Z dzisiejszej perspektywy naiwne, ale wciąż trwałe; w schemacie niezmienne. Ten tekst piszę podczas pandemii koronawirusa, która nas rozdzieliła, zamknęła w niepewności, odosobniła.

Przez ostatnie tygodnie czytałem kilka tekstów na temat podobieństw między zagrożeniem AIDS i COVID-19. Autorzy – przede wszystkim homoseksualni mężczyźni – piszą, że dzisiejsze doświadczenie jest dla nich ciągłe wobec tego, co czuli wcześniej. Że zarówno doświadczenie bycia nieheteroseksualnym, jak i doświadczenie HIV przygotowały ich na obecną pandemię: dały wiedzę o wywoływanych przez podobną sytuację emocjach – z której teraz pozwala korzystać. Nie tylko w warstwie strachu przed ryzykiem zakażenia, ale też w warstwie życia społecznego. Nagle przecież nikt z nas, bez względu na seksualność, nie może chodzić po ulicy, trzymając się za rękę; nie wolno pocałować się publicznie. Niektórym jednak doświadczenie to jest na tyle znane, że w pewien sposób już „oswojone”. Nie ma w tej perspektywie zawistnej radości – że teraz doświadczenie stygmatyzującej pandemii rozszerzy się na społeczny mainstream. Są raczej poczucie goryczy i nadzieja na zrozumienie, w jakże dziwnym świecie żyjemy. Ta nadzieja wynika z doświadczeń tych, którzy żyją na marginesie. Nagle to margines staje się wykładnią. Nie tylko w perspektywie społeczno-emocjonalnej; przecież leki, które przyjmują osoby żyjące z HIV, starano się wykorzystać jako pomocne przy walce z nowym wirusem (dla niniejszego omówienia istotny jest sam kierunek poszukiwania rozwiązań, stanowiący kolejną płaszczyznę łączącą pandemię koronawirusa z AIDS, mniej zaś skutek/skuteczność owego rozwiązania). Nagle wszyscy jesteśmy w historii, w której państwo nie umie i nie chce nas leczyć. Zamiast tego zamyka nas, izoluje, segreguje. Po każdym spotkaniu wracamy na linię startu i odliczamy, czy w ciągu dwóch tygodni pojawią się objawy. Podobnie jak Yale i inni bohaterowie książki. Na razie nie mamy w sobie buntu, silniejszy jest strach. Tym łatwiej wyobrazić sobie możemy, jak długą drogę przeszli buntujący się uczestnicy marszów, protestów i akcji, które doprowadziły do tego, że władza zaczęła dbać o obywateli chorych na AIDS, zamiast skazywać ich na odosobnienie i śmierć, poczucie winy i wstydu.

Wina i wstyd to odczucia, z którymi mierzą się wszyscy bohaterowie Makkai. Ci, którzy przeżyli, oraz ci, którzy zarazili siebie i innych. Pragną wyjść poza te emocje. Za ich horyzontem znajdują się duma i pamięć.

Makkai nałożyła na siebie kilka różnych perspektyw: pola bitw I wojny światowej, epidemię AIDS i terrorystyczne ataki na paryżan z 2015 roku. W tak ułożonym kalejdoskopie mogą paść gorzkie słowa „To zawsze tylko kwestia czasu, prawda? […] Czekamy tylko, aż świat się rozpadnie. Kiedy wszystko trzyma się kupy, jest to zawsze li tylko jakiś stan przejściowy” (s. 476). W tak serwowanej refleksji jest również miejsce na scenę kolejnego ostatniego pożegnania:

Chciał powiedzieć Teresie, że przyprowadziła go do niewłaściwego pokoju, że on nie może znać tego wysuszonego płodu na łóżku. Ale Teresa już głaskała łysą głowę tego człowieka, któremu opadła szczęka i Yale zobaczył jego zęby. Charlie był obcym, szkieletem z Auschwitz, pisklęciem, które wypadło z gniazda. Umysł Yale’a wytężał się w poszukiwaniu metafor, ponieważ prosty fakt – że to Charlie – był nie do pojęcia (s. 528).

Yale jest tu tylko figurą, przez którą zdaje się mówić autorka. Nie da się tego wszystkiego opowiedzieć bez metafor.Język zbyt mocno przystaje do realności, zbyt nachalnie opisuje i określa wprost, by dotykać. Wydawało się do niedawna, że właśnie taki sposób opowiadania „wprost”, bez specjalnych środków stylistycznych, zapewnia możliwie najmocniejszy przekaz. Tymczasem zrośnięty zbyt mocno z realnością język zaczyna działać odwrotnie: przestaje poruszać, nie wywołuje już emocji. Bo co oznacza zdanie: „Państwo zostawiło tysiące ludzi bez opieki, wydało ich na powolną śmierć w męczarniach”? To opis faktów. Dopiero metafora budzi nasze emocje – stąd opis się jej domaga. Być może z tego powodu także w swojej recenzji wciąż stosuję podobny zabieg i odwołuję się do kategorii, które mają nas zatrzymać. Hiperbolizuję, bo inaczej nie potrafię oddać wzruszenia czy lęków, które wydobywa z czytelnika Makkai. I tu właśnie dzieje się coś, przez co szczerbi się ostrze opinii zawartej w pierwszym akapicie. Metafory i porównania, choć proste i przewidywalne, jednak działają.

 

***

„Wierzyliśmy jak nikt” chcę czytać w tryptyku, dokładając je do sztuki Tone’a Kushnera „Anioły w Ameryce” (i opartego na jej treści miniserialu Mike’a Nicholsa) oraz dramatu musicalowego „Pose” stworzonego przez Ryana Murphy’ego, Brada Falchuka i Stevena Canalsa (szczególnie drugiej serii). Oba odsłaniają życie nowojorskich gejów, lesbijek i osób trans (tu „Pose”) w pandemii AIDS drugiej połowy lat 80. XX wieku. Wszystkie trzy powodują rozedrganie i łzy, chęć opieki, pomocy, jednoczesny gniew i podziw dla tych wszystkich, którzy wywalczyli życie kolejnym pokoleniom gejów i lesbijek. I „Pose”, i „Wierzyliśmy jak nikt” są również oparte na chwycie scalającym margines seksualny ze sztuką – w „Pose” mamy do czynienia z tańcem, u Makkai z historią malarstwa – w ten sposób staje się również czymś na kształt współczesnej bohemy, może nawet do niej aspiruje. Jakby ów margines musiał być sankcjonowany (jednocześnie uprawomocniony, legitymizowany i ograniczany) zanurzeniem w (pop)kulturę, historię sztuki czy taniec, jakby nie mógł istnieć bez tego sztafażu. W obu tytułach zostały również rozpisane wątki antykapitalistyczne: kwestie zatrudnienia, braku ubezpieczenia lub jego podważania w przypadku choroby. Obserwujemy, jak kolejni bohaterowie są dymani przez państwo i system prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. W ten sposób „Pose” i „Wierzyliśmy jak nikt” pokazują to, co istotne pozostaje w działaniach dzisiejszych ruchów aktywistycznych.

„The Great Belivers”/ „Wierzyliśmy jak nikt”, „Anioły w Ameryce”, „Pose” –wszystkie trzy tytuły mają w sobie pewien naddatek, przesadę. Odnoszą się do hiperbolicznie rozumianych kategorii. Jeśli nie odczytamy ich kampowo, jeśli nie spojrzymy na nie z ukosa, z ironią, nie dostrzeżemy realiów życia, które opisują. Nie zobaczymy ich przegięcia. Bez kampu staną się po prostu śmieszne, niedojrzałe lub naiwne. Podobnie jak szlachetna postać Yale’a, z którą większość z nas chciałaby się utożsamić. Bohater bez skazy, wyrozumiały, cierpiący w pokorze – ot, wzór cnót. Jedyną jego wadą wydaje się neurotyzm (który paradoksalnie wręcz działa na korzyść jego postawy). Yale przykładnie przechodzi wszelkie próby: zarażenia, nienawiści wobec oszukującego go partnera, zawodowego nieposłuszeństwa wobec donatorów instytucji, w której pracuje. Za każdym razem, świadomie bądź przypadkiem, pozostanie wzorem. Anioł wAmeryce, anioł z brokatem na skrzydłach.

Pisząc o książce „Wierzyliśmy jak nikt”, staram się nie zdradzać perypetii bohaterów. Sądzę, że ich historie i przemiany należy przeżyć samodzielnie. Nawiążę jednak do ostatniej sceny, w której jedna z bohaterek ogląda w paryskiej galerii wideo sprzed trzydziestu lat. Na małym ekranie widzi swoich nieżyjących już przyjaciół-rodzinę. Ci patrzą, jak buldożer niszczy budynek ich ulubionej chicagowskiej dyskoteki. Nagle jeden z nich pochyla się i z entuzjazmem pokazuje pozostałym garść kurzu zmieszanego z brokatem. Taki jest właśnie ten świat – proch i świecidełka. Nikt ich nie segreguje. Nie ma tu Kopciuszka oddzielającego mak od popiołu. Nie ma narracji „wyjaśniających”: o karze i sprawiedliwości. Jest narracja „opowiadająca” owo doświadczenie: pamięć, która scala to, co wydaje się oksymoroniczne.

 

 

Rebecca Makkai, „Wierzyliśmy jak nikt”
tłumaczenie: Sebastian Musielak
Wydawnictwo Poznańskie
Poznań 2020

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...