03 października 2018
kler

Kamieniem w Smarzowskiego?

Takiej wrzawy wokół polskiego filmu nie było już dawno, co najmniej od „Idy”. „Kler” jest kolejnym filmem, który jeszcze przed premierą podzielił społeczeństwo na entuzjastów i krytyków. Każda ze stron miała o nim własne wyobrażenie. Jedni oczekiwali radykalnego ataku na Kościół, drudzy oskarżali o antyklerykalizm. Wojciech Smarzowski nie jest jednak twórcą, który zatrzymuje się na powierzchni kontrowersji, nie szuka sensacji ani nie stawia jednoznacznych sądów – daleko mu do Patryka Vegi, a nawet do Małgorzaty Szumowskiej. Rozczaruje się więc każda ze stron. „Kler” jest bowiem filmem trudnym do jednoznacznego uchwycenia i ocenienia, podobnie jak rzeczywistość, o której opowiada.

Fabuła skupia się na trzech księżach – przyjaciołach z dawnych lat, których obecnie różni niemal wszystko. Jeden jest proboszczem w wiejskiej parafii, drugi opiekuje się kościołem w małym miasteczku i równocześnie pracuje w szkole, trzeci natomiast robi karierę w kurii. Jest prawą ręką arcybiskupa i właśnie szykuje się do wyjazdu do Watykanu. Każdemu z nich Smarzowski przypisuje jeden z grzechów. Trybus jest alkoholikiem i ma romans z parafianką. Kukuła zostaje oskarżony o pedofilię. Lisowski natomiast grzeszy nadmiernym przywiązaniem do tego, co materialne.

Mam wrażenie, że pisząc o „Klerze”, trzeba przede wszystkim odkręcać to, co ludzie zobaczyli w zwiastunie – który, swoją drogą, w dużej mierze przyczynił się do tak wielkiego zainteresowania filmem. Fala popularności szybko opadnie, bo pójdzie w Polskę fama, że za bardzo nie ma z czego się pośmiać. Alkoholu nie chleje się tu na wesoło jak przed laty w „Weselu”, Kościoła nie oczernia się bezrefleksyjnie, dowcipów tu prawie nie ma, za to jest wiele dramatu, cierpienia oraz wołania do Boga o miłosierdzie i przebaczenie – a to się już tak dobrze nie sprzedaje.

„Kler” może „obrazić” tylko tego, kto wierzy w boską nieomylność księży, nie dostrzega w nich nastawionych na grzech i pokusę ludzi – dokładnie takich samych jak my wszyscy. Smarzowski nie zastanawia się, czy Kościół jest święty, czy nie – sprawy świętości zostawia Bogu, który – jak to zwykle u tego reżysera – w ostatniej scenie z uwagą przygląda się z góry temu, co czynią jego dzieci. Smarzowskiego interesują ludzie – ich słabości, niedoskonałości, ale również siła, wielkość i sprawiedliwość. A że szuka tych przymiotów wśród księży, to już inna sprawa. Kościół jest dla niego interesujący jako instytucja o wielkiej władzy, której anatomię przeprowadza niezwykle pieczołowicie. Pokazuje mechanizmy budowania zależności, cynicznego wykorzystywania autorytetu, tkania sieci wpływów. Kościół to według twórcy „Wesela” i „Drogówki” instytucja o własnych celach i interesach, których zaciekle broni, bo zbyt wiele ma do stracenia. Potrafi się posunąć do rzeczy obrzydliwych i podłych, a potem to wszystko usprawiedliwić wyższą racją.

Ale to przecież grzechy nie tylko Kościoła. To samo można powiedzieć o politykach, mediach, wielkich korporacjach. I Smarzowski doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego oglądając „Kler” długimi partiami, można zapomnieć, że to film o duchownych. Wielu z nich nie chodzi w sutannach, rzadko kiedy zaglądamy do kościołów i konfesjonałów. To celowy zabieg, który miał uchronić film przed zarzutem ataku na świętą instytucję i skierować zainteresowanie na ludzi – w swoją naturę mających wpisane upadek i grzech. Dzięki temu Smarzowskiemu udało się wniknąć głębiej – pod powierzchnię sensacji i medialnego skandalu, ku bezdennemu złu, ale również ku ogromnym pokładom dobra. Jak na głównego moralistę polskiego kina przystało, reżyser kazał zrobić rachunek sumienia każdemu z nas – bo to nie jest wcale film o klerze, ale o tych, co grzeszą. A kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem – w Smarzowskiego.

Złożoność refleksji, wyważone sądy, interesujące moralne dylematy – to największe zalety „Kleru”, który jednak nie ustrzegł się wad i to niekiedy poważnych. Mniej więcej w połowie seansu trudno było mi przyznać się przed samym sobą, że bliżej mi do głosów krytycznych – wcale bowiem nie zobaczyłem niczego, co wykraczałoby poza zwiastun. Faktycznie, było bardziej poważnie i gorzko, ale krytyka Kościoła wydawała się powierzchowna, rodem z antyklerykalnych dowcipasów z tygodnika „Nie”. No bo wychodziło na to, że księża tylko chleją, spółkują z kobietami, chłopcami i ze sobą nawzajem, a do tego interesują ich tylko pieniądze, władza i podrygiwanie do granych na akordeonie popularnych „Sokołów”. Smarzowski skumulował w pierwszej części filmu wszelkie możliwe stereotypy na temat Kościoła, które wywołują w społeczeństwie zarówno śmiech, jak i gniew. Na szczęście wraz z ustaniem harmoszki obraz dochownych staje się mniej oczywisty. W tym momencie na sali kinowej ustąpił również śmiech.

„Kler” można krytykować także za kwestie czysto filmowe. Narracja dzieli się na trzy równolegle prowadzone wątki – każdy z nich poświęcony jest innemu księdzu. Nie dość, że przez to wiele stawianych tez powtarza się, to jeszcze brakuje Smarzowskiemu konsekwencji. Wątek oskarżonego o pedofilię księdza Kukuły koniec końców splata się z historią pnącego się w hierarchii kościelnej Lisowskiego, czego natomiast nie można powiedzieć o nitce fabularnej poświęconej Trybusowi. Przez to ma się wrażenie, że jest ona mniej ważna, żeby nie powiedzieć: zbędna – dodana tylko po to, by w fabule upchnąć jeszcze więcej zła. Zbyt długo również trwa ekspozycja każdej historii, a w wątku księdza nierespektującego celibatu praktycznie nigdy się nie kończy. Dlatego przez dobrą połowę filmu każdy wątek niemiłosiernie się ciągnie, a widzom pozostaje się modlić, by z tego, co widzi na ekranie, wynikło coś ciekawego.

Na szczęście modły zostają ostatecznie wysłuchane, a Smarzowskiemu grzechy odpuszczone. Bo finalnie otrzymujemy głęboki film o zbrodni i karze, która nie zawsze następuje, udowadniający, że niekiedy od szukania sprawiedliwości lepsze okazują się miłosierdzie i wybaczenie. Wbrew oczekiwaniom zarówno tych, którzy chcieli, by Smarzowski nakręcił film radykalnie potępiający Kościół, jak i tych oskarżających go o ślepy antyklerykalizm, „Kler” jest filmem głęboko chrześcijańskim.

 

„Kler”
reż. Wojciech Smarzowski
premiera: 28.09.2018

Rasizm instytucjonalny
15 lipca 2019

Rasizm instytucjonalny

Miniserial „Jak nas widzą” opowiada o prawdziwych wydarzeniach i prawdziwych osobach, dyskusja o nim jest więc w równej mierze dyskusją o okolicznościach i ciągnących się do teraz konsekwencjach gwałtu, jaki miał miejsce w Central Parku 19 kwietnia 1989 roku...

Przerwana lekcja niezalu
12 lipca 2019

Przerwana lekcja niezalu

Jedną z charakterystycznych cech niezalu była „od zawsze” niechęć do tłumaczenia: swojej misji, oczekiwań, metod, tożsamości. Po blisko dwóch dekadach używania tego pojęcia po raz pierwszy nadarza się okazja, by przemyśleć jego sens...