henriettalacks
fot. Rafał Paradowski

Bez końca

Spektakl stworzony przez Annę Smolar na zamówienie Centrum Nauki Kopernik opowiada o biologii, medycynie, bioetyce. Ale też o ludzkiej godności. Korzystająca z różnych stylistyk konstrukcja znakomicie łączy humor z powagą. Kolejne wątki namnażają się niczym komórki HeLa, których historia zainspirowała twórców przedstawienia. Po prezentacjach podczas ubiegłorocznego festiwalu Przemiany ascetyczna formalnie „Henrietta Lacks” powróciła (w nowej wersji) na scenę w Nowym Teatrze.

To niewiarygodna historia. A właściwie mnóstwo mniejszych historii, których nieustannie przybywa, jakby się namnażały.

Ale po kolei – tytułową bohaterką spektaklu Anny Smolar, który premierę miał we wrześniu zeszłego roku w Centrum Nauki Kopernik, a niedawno został wznowiony w Nowym Teatrze, jest Henrietta Lacks. Czarnoskóra Amerykanka z Virginii, u której w wieku 30 lat zdiagnozowano wyjątkowo złośliwego raka szyjki macicy, zmarła niedługo później, osierocając piątkę dzieci. Wcześniej jednak pobrano z jej ciała komórki. Zrobiono to bez wiedzy zainteresowanej – taki proceder jest legalny do dziś: komórki pobrane w badaniach mogą służyć do dalszych eksperymentów, bez ujawniania nazwiska osoby, od której pochodzą (kwestia „prawa autorskiego” do ciała nie jest wciąż uregulowana). Zatem komórki HeLa (akronim imienia i nazwiska kobiety, którą później, gdy media zaczęły interesować się całą sprawą, przedstawiano jako Helen Lane – dopiero po latach rodzina Lacksów dowiedziała się o tym, że to właśnie komórki Henrietty przyczyniły się do rozwoju medycyny) trafiły do George’a Geya, naukowca, który bezinteresownie udostępnił je także innym badaczom. I ruszyło – dzięki HeLa udało się wynaleźć mnóstwo szczepionek i rozwinięto badania nad rakiem i innymi chorobami. Jest jednak także druga strona medalu – niektórzy postanowili zarabiać na „nieśmiertelnych” komórkach, które placówki badawcze mogą dziś zakupić bez żadnego problemu. Jak przyznała sama Smolar, Centrum Nauki Kopernik załatwiło dla spektaklu komórki HeLa, którymi opiekowali się jego pracownicy.

Historia Henrietty stała się głośna dopiero kilka lat temu, głównie za sprawą książki Rebeki Skloot „Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks”, która opisuje nie tylko historię samej Henrietty, lecz także jej dzieci, przez długi czas nie wiedzących o tym, jak ich matka zmieniła świat i nie otrzymujących z tego tytułu ani grosza. Anna Smolar chciała zrobić spektakl, który dotyczyłby nie tylko nauki, lecz także rasizmu, bioetyki czy właśnie szeroko rozumianego prawa autorskiego. O ironio, właśnie prawo autorskie ograniczyło możliwości pracy nad przedstawieniem. Przyczyną – jak relacjonowała reżyserka na konferencji CopyCamp 2016 – było wykupienie przez HBO praw do książki Skloot. Stacja wyprodukowała zresztą film z Oprah Winfrey w roli Deborah, córki Henrietty, która razem ze Skloot wszczyna dziennikarskie śledztwo dotyczące matki (premiera „The Immortal Life of Henrietta Lacks” odbyła się niecały miesiąc temu, 22.04.2017). Film w dosyć banalny, choć momentami wzruszający sposób koncentruje się na postaci córki, która poszukuje prawdy o własnej matce, bo nie zdążyła jej poznać. Dzięki temu niezwykła historia Henrietty zaczyna nabierać uniwersalnego wymiaru opowieści o utracie, żałobie i tożsamości.

Tymczasem Smolar, we współpracy z grupą aktorów (Marta Malikowska, Sonia Roszczuk, Maciej Pesta i Jan Sobolewski), tworzy scenariusz przedstawienia, obchodząc zablokowane prawa do książki. Zaprezentowany przez nich spektakl wykracza poza biograficzną historię i ucieka od psychologizacji. Jedną z jego bohaterek jest Oprah Winfrey.

Oprah (Marta Malikowska) prowadzi spotkanie z zaproszonymi przez siebie gośćmi, niemal tak jak w swoich programach. Rozmawiają z nią doktor George Gey (Maciej Pesta), owca Dolly (Sonia Roszczuk) i spersonifikowany Rak (Jan Sobolewski). Dolly czuje się dobrze, choć ma problem z tym, że niektórzy traktują ją jak jakiegoś potwora. Gorzej ma Rak, ponieważ wszyscy się go boją. A przecież posiada niespotykany talent – rozrasta się, tak samo jak HeLa.

Smolar postawiła na umowność i ascetyczność – w spektaklu poza krzesłami i stołem z przyrządami laboratoryjnymi nie ma niemal żadnych rekwizytów i scenografii. Aktorzy grają po kilka ról – Marta Malikowska raz jest Oprah, która staje się przewodniczką po zawiłej historii komórek HeLa, raz samą Henriettą Lacks, potem jej córką. Sonia Roszczyk, poza owcą Dolly, wciela się również w Mary Kubicek, asystentkę doktora Geya, która po pensjonarsku się w nim podkochuje. Wiele scen przeplatanych jest tańcem – głównie stepowaniem – który aktorzy wykonują z niemałym wdziękiem.

Dużo w „Henriettcie Lacks” humoru, często absurdalnego i czarnego (na pytanie Oprah, skąd przyjechał, Rak odpowiada, że z Torunia), jednak dzięki temu, że spektakl ma bardzo wyrazistą i rytmiczną konstrukcję, szczególnie wybrzmiewają w nim sceny poważne. Jedna z nich ukazuje moment diagnozy Henrietty, w której na krótką chwilę pojawia się temat stosunku lekarzy do pacjenta – gdy doktor bada Henriettę, wzdycha tylko: „No, ale sobie pani wyhodowała…”. W tym spektaklu o nieśmiertelnych komórkach najmocniejsze są sceny śmierci: Henrietty (rozegrana symbolicznie – Malikowska zdejmuje buty i chociaż tańczy, nie słychać już wybijanego obcasami rytmu) i owcy Dolly (która, dodajmy, również chorowała na raka).

Serio zostaje potraktowana sprawa bioetyki: w długim monologu George Gey ostro tłumaczy, dlaczego nie ma żadnego problemu z prawem do komórek HeLa (czy ktokolwiek utożsamiałby się z własnym nowotworem i chciałby go mieć na własność?) i dlaczego rozdał pobrany materiał innym naukowcom (postępu nie da się zatrzymać). Prawo do ciała łączy się także z prawem do pisania historii – tematyzuje to satyryczna scena narady nad polskim pomnikiem dla narodowej bohaterki, Henryki Laksy, która oczywiście urodziła się nad Wisłą, zaś jej pomnik nie może zostać wykonany ze zbyt ciemnego drewna. I chociaż tym sposobem pojawia się temat zawłaszczania narracji, trochę szkoda, że twórcy – wszyscy biali i młodzi – nie sproblematyzowali bardziej swojej pozycji jako opowiadających o historii, w której spore znaczenie miała segregacja rasowa. W zamian pokazują ślepe i głupie działanie polskiej polityki historyczno-pomnikowej.

Zespół „Henrietty” nie sili się na dydaktyzm czy moralizatorstwo, nie dąży też do stawiania jakichkolwiek tez czy tworzenia spójnych, naukowych wywodów. Przeciwnie – spektakl przybiera różne formy: raz zbliża się do kabaretu, innym razem do musicalu albo zmienia się w wykład performatywny. Głos zabierają bohaterowie wielu różnych historii związanych z HeLa: sama bohaterka, jej rodzina, lekarze, naukowcy; przeprowadzany jest nawet wywiad z samymi komórkami HeLa. W tym krótkim przedstawieniu zostaje poruszonych mnóstwo tematów: od nowotworów po klonowanie, od kwestii prawnych w medycynie po nieśmiertelność i podboje kosmiczne (komórki HeLa były już w kosmosie). Ktoś mógłby zarzucić autorom niekonsekwencję, rozdrabnianie się, brak wyrazistego tematu i głównej osi dramaturgicznej. Jednak, jak sądzę, taka hybrydyczna i dynamiczna struktura jest właśnie idealna – kolejne historie i pytania rozmnażają się jak komórki HeLa, szybko i sprawnie, a końca nie widać… Chociaż, jak sugerują autorzy w finale, następującym w momencie uśpienia Dolly, nieśmiertelność ludzi (i zwierząt) to jeszcze odległa perspektywa.

 

„Henrietta Lacks”
reżyseria: Anna Smolar
scenariusz: Anna Smolar, Marta Malikowska, Maciej Pesta, Sonia Roszczuk, Jan Sobolewski
muzyka: Natalia Fiedorczuk-Cieślak
dramaturgia: Piotr Gruszczyński
kostiumy: Anna Met
Warszawa, Międzynarodowe Centrum Kultury Nowy Teatr
premiera: 23.04.2017
koprodukcja Nowego Teatru i Centrum Nauki Kopernik
najbliższa prezentacja: 18.05.2017 w Kaliszu podczas 57. edycji Kaliskich Spotkań Teatralnych

Oda do kibica
21 września 2017

Oda do kibica

Grani gościnnie w Nowym Teatrze „Kibice” warszawskiego Teatru Żydowskiego to spektakl o możliwości spotkania. O przełamywaniu stereotypów. Wreszcie o teatrze jako przestrzeni, w której dojść może do nieoczekiwanego dialogu...

Selfie z lat 70.
20 września 2017

Selfie z lat 70.

Coś niewątpliwie wisi w powietrzu i widać to wyraźnie na arenie kultury i sztuki. Chociażby w Poznaniu, zarówno w największych instytucjach, jak i prywatnych galeriach praktycznie w tym samym czasie pokazuje się sztukę feministyczną...