08 stycznia 2020
z25212402V,Pawel-Wilczak-w-filmie--Pan-T----rezyseria-Marcin-
kadr z filmu "Pan T." (Kino Świat) | źródło: imdb.com

Wampir inteligencki

T jak Twórca. T jak Trzpiot. T jak Tyrmand. Leopold. Ale ciii... z tym ostatnim lepiej się nie afiszować. Przyjmijmy więc – zgodnie z zapewnieniami reżysera – że grany przez Pawła Wilczaka literat w prochowcu to anonimowa figura ulepiona z wielu różnych postaci warszawskiego światka artystycznego wczesnych lat 50. I to nie tyle z faktów, ile z anegdot i wyobrażeń przefiltrowanych przez modernistyczne kino, powieść, prasę z epoki. O taką interpretację „Pan T.” sam się zresztą dopomina. Wyrafinowane czarno-białe kadry, zatęchłe kamieniczne podwórka i duszące się fajkami dziuple mieszkalne, narkotyczne błądzenie po miejskich labiryntach, sceny wizyjne jak z horroru o podziemnej armii – wszystko to znane chwyty, które, jeśli postawić je obok siebie, dają mocne wrażenie surrealistycznej umowności. Marcin Krzyształowicz nakręcił film bardzo poetycki, trudny w odbiorze, przeglądający się w wielkich tekstach kultury i elitarnym poczuciu smaku. I, niestety, pozostawiający widza jednocześnie w poczuciu intelektualnego przeszarżowania i niedosytu.

Jego źródła są różnorakie i nie każdego muszą razić w tym samym stopniu. Rzeczywistość socrealizmu i stalinowskiego terroru ukuł Krzyształowicz na stosunkowo prostym przeciwstawieniu. W „buraczany”, tłumiący siły twórcze system powszechnej inwigilacji klinem wbijają się enklawy wolności: podziemne kluby jazzowe, pisana na kolanie poezja, zachodnia proza czytana do poduszki, romanse z maturzystkami, którym na dziurawym materacu eksplikuje się niuanse polskiej gramatyki. Tytułowy bohater, mieszkaniec bursy dla artystów, pokazuje władzy środkowy palec i w ten sposób obcina sobie szanse na zaistnienie w obiegu wydawniczym. Pisze więc do szuflady, a dorabia korepetycjami. Żyje w nieustannej, ale jednak głównie estetycznej kontrze, codziennie podejmując nowe próby reanimowania przedwojennego stylu życiu. Sanacyjną nekromancję uprawia, ściskając sobie pod gardłem jedwabną apaszkę i cyzelując każde zdanie na wysokomodernistyczną nonszalancję w tonacji „ąę”.

T. to zatem bon vivant, tyle że taki zrodzony w prawicowej wyobraźni, człowiek wysokich manier i dobrego gustu, ekscentryk o ciętym dowcipie i niebagatelnym wyczuciu ironii. Po hrabiowsku pociągła, poprzecinana głębokimi zmarszczkami twarz Wilczaka odcina się od pospolitej szarzyzny rautów literackich, imprez partyjnych i knajpianych setek ze śledzikiem. Odcina się od twarzy sąsiada Filaka (w tej roli nagrodzony w Gdyni Sebastian Stankiewicz) – postaci groteskowej, choć w gruncie rzeczy tragicznej, robiącej za gumowe ucho niejako wbrew swoim nie tak znowu głęboko wypartym przekonaniom moralnym. Odcina się także od wąsatej mordy prezydenta Bieruta, który swoje algorytmiczne przemówienia deklamuje z charyzmą zardzewiałej maszyny do pisania i którego największą prospołeczną fantazją jest dać wszystkim Polakom marihuanę z Kuby. Żeby się wreszcie, cholery, kurwa, jedne!, na wesoło ujarali.

Ten komiczny i niespodziewany „incydent gandziowy” jest zresztą czymś typowym dla całego filmu Krzyształowicza: świadectwem jego skrajnej niekonsekwencji. „Pan T.” to jednocześnie satyra, humor wyssany z mlekiem Barei, nadrealistyczny labirynt wizualny, traktat o niemocy twórczej i totalitaryzmie, próba wyobrażenia sobie polskich elit, którym nagle ktoś odebrał cały elitarny potencjał. W żadnej ze swoich licznych odsłon nie jest jednak w stu procentach wiarygodny, co rusz gubi tonację, wierci się niecierpliwie między powagą a żartem, kiełbasą a kawiorem, pod wysublimowaną formą skrywając podejrzanie banalne założenia: prawdziwy artysta w duchu zawsze jest wolny; masy (Filak) nigdy nie złamią indywidualisty (T.), ale indywidualista (T.) tchnie sens w życie mas (Filak); pisarz powinien trochę pocierpieć i pofikać nóżkami, zanim w końcu dofika się stylistycznego Świętego Graala (T. pisze powieść „Dobry”, coś idącego i po jego myśli, i po myśli władzy).

Jeśli zaś tytuł filmu przywodzi Wam na myśl inną postać-figurę z kanonu literatury – K. z „Procesu” Franza Kafki – to tak, „Pan T.” jest w stu, dwustu, a może nawet w trzystu procentach kafkowski. Kafkowski nachalnie i w moim odczuciu płytko, tak jakby kwintesencją Kafki były mroczne ulice, surowa architektura, światłocienie, zmęczone twarze i ciągnące się w nieskończoność puste korytarze. Poczucie absurdu, że przecież w każdej chwili mogą przyjść, zabrać, przepytać, zbić i wysiudać; albo odwrotnie – nie wpuścić, odmówić i nie podać powodu. Kafka kryje się w pustosłowiu partyjnych przemówień, w biciu brawa i skandowaniu na komendę, w samosądach koleżeńskich. No i oczywiście w Pałacu Kultury, widocznym przez każde okno i z każdego punktu miasta stalinowskim dildo, fallusie, który na fallicznego T. ściąga ostatecznie podejrzenia o działalność terrorystyczną (na mieście krążą słuchy, że chce ów penis wysadzić w powietrze).

Dla mnie to trochę zbyt łatwe, żeby dało się mówić o spełnionym pejzażu wyobrażonych lat 50. Skoro nie jesteśmy (i nie możemy być) adaptacją „Dziennika 1954” Tyrmanda, to czym w takim razie jesteśmy? Długim przypisem do Kafki? Snem wyśnionym przez wampirze elity z Domu Pracy Twórczej? Duchem nigdy nienapisanej powieści Tadeusza Leopolda Tyrd-Konwickiego? Narkotycznym zwidem, w którym treści książkowej fabuły mieszają się z karceralną rzeczywistością za oknem? Mimo epizodycznej, połamanej struktury nie odniosłem wrażenia, że Krzyształowicz powiedział mi o stalinizmie coś, czego nie słyszałbym i nie widział już dziesiątki razy wcześniej. Raczej przewiązał elegancką apaszkę na starej polskiej śpiewce o chamskim aparatczyku (Wschód) i szlachetnym artyście, co żadnej władzy się nie kłaniał (Zachód). Nawet jeśli „Pan T.” ma być ostrzeżeniem dla synów i wnuków (chociaż akurat nie dla syna Tyrmanda) – bo przecież gwałcenie niezależności twórczej nie skończyło się wraz z nadejściem demokracji – to jest to przestroga sucha jak kontrexposé przewodniczącego Schetyny. Powtarzana po raz tysięczny w podobnym wyższościowym, protekcjonalnym tonie, straci w końcu całą swoją moc perswazyjną. Dlatego oglądanie „Pana T.” samo w sobie powinno być kwestią smaku. Albo gustujemy w czarno-białych, labiryntowych obrazach, albo wolimy kino bez estetyczno-historycznych pretensji i zadęcia. W końcu nie samą polityką człowiek żyje. A już tym bardziej – człowiek kina. No i tyle w temacie Tyrmanda.

 

„Pan T.”
reż. Marcin Krzyształowicz
premiera: 25.12.2019

Estetyka przemocy
27 stycznia 2020

Estetyka przemocy

Marhoula nie kusi jaskrawość erotyki w „Malowanym ptaku”, nie ucieka się do zestawiania kontrastu ludowego kolorytu, wrzawy i jazgotu z szarością wojny oraz wygnania, a perspektywy dziecka nie infantylizuje ani nie banalizuje...

Marnotrawcy i braggerzy. O dyskomforcie antropocenu
23 stycznia 2020

Marnotrawcy i braggerzy. O dyskomforcie antropocenu

W obu przypadkach mamy do czynienia z fascynującym mutantem składniowo-leksykalnym; z językiem zasysającym najbardziej infantylne i skompromitowane określenia z polszczyzny i angielszczyzny, który własną nadmiarowością, uliczno-barokowym rozpasaniem i rozgałęzieniem w stronę zarabiania, wydawania, spalania i marnotrawienia (czasu, pieniędzy, zasobów, życia) ma za zadanie przesłonić dojmujący i powszedniejący brak...