lesbos3
lesbos2
lesbos4
lesbos1

Na wyciągnięcie ręki

 

Z Markiem Durskim, który pojechał do obozu dla uchodźców na Lesbos ze swoją rodziną, aby pomagać przez sport i zagospodarować środki finansowe zebrane podczas grudniowej Polsko-Syryjskiej Wyprzedaży Garażowej, rozmawiał Waldek Rapior

Marek Durski: Pierwsze wrażenie po przybyciu na wyspę Lesbos, gdzie znajdują się obozy dla uchodźców, jest takie: istnieją tam dwa równoległe światy. Z jednej strony są Grecy, którzy próbują żyć normalnie, spotykają się w kawiarniach, robią zakupy, jeżdżą do pracy. Między nimi przemykają ludzie – uchodźcy i uchodźczynie – trochę inaczej ubrani, najczęściej chodzący pieszo poboczami, całymi rodzinami, niezależnie, czy ciemno, czy jasno, czy pada deszcz, czy świeci słońce. Kiedy tam przyjechałem, była paskudna pogoda i mocno padało. Pomyślałem, że muszę ich wszystkich wozić samochodem, że nie mogą tak moknąć. Wewnętrzny głos mówił mi: nie mogę pójść spać, muszę ich wszystkich wozić! Ale przecież realne pomaganie nie na tym polega.

Waldek Rapior: Pewnie Twoja historia jest rozbudowaną definicją słowa „pomagać”. Zacznijmy zatem od początku. Dlaczego zainteresowałeś się problemem uchodźców?

Śledzę kryzys uchodźczy od samego początku. Starałem się pogłębić wiedzę na ten temat – czytałem książki, szukałem informacji w internecie. Zauważyłem, że duża część tych, którzy chcą się przedostać do Europy, to Syryjczycy uciekający przed okrutną wojną. Jeśli poznajesz coraz bliżej ten temat, zaczynasz wiązać się emocjonalnie i dostrzegasz ludzką krzywdę. Pewnego razu pojawiłem się na spotkaniu z dziewczynami z inicjatywy From Poznan with Love, które były w obozie dla uchodźców. Usłyszałem od nich, że ludzie pomagają, jak potrafią. Wywodzę się ze środowiska sportu. Pomyślałem, że sport jako pewna forma zagospodarowania czasu oraz rekreacja mogą nieść jakąś wartość dla ludzi, którzy są w obozach, którzy czekają i mają dużo czasu i nie wiedzą, co z nim zrobić. W obozach jest też dużo młodych ludzi i dzieci, które nie zawsze mają zagospodarowany czas. Stwierdziłem, że coś chciałbym w tym temacie zrobić.

W maju 2017 roku pojechałem do Grecji na rekonesans do obozu położonego koło Salonik, by nawiązać kontakty z organizacjami, które w nim pracują. Chciałem zobaczyć, jakie są warunki na miejscu i zbudować własną wiarygodność, bo za pośrednictwem maili nie zawsze jest to łatwe.

Latem miałem natomiast okazję być w miejscu, gdzie przebywają i integrują się młodzi ludzie, którzy zostali przekierowani tam ze zlikwidowanego obozu w Calais. Wspólnie z moją rodziną spędziliśmy tydzień z młodymi Sudańczykami i Erytrejczykami, bawiliśmy się, graliśmy w piłkę, w kosza. To było ważne doświadczenie, bo pokazało mi między innymi, jak sport i wspólna aktywność sprawiają, że ci młodzi ludzie ze strasznym bagażem doświadczeń mogą się na chwilę beztrosko uśmiechnąć i zapomnieć o tym, co przeszli.

Szukałem dalej koncepcji, jak mogę organizować aktywności sportowe przy obozach. W końcu pojawił się pomysł: jedziemy na wyspę Lesbos w okresie, gdy zawodowo mogę sobie na to pozwolić. W połowie grudnia spakowani, najpierw ja sam, a potem rodzina, pojechaliśmy na Lesbos, gdzie spędziliśmy trzy tygodnie.

Zwykle słyszę o pojedynczych osobach, które postanawiają pojechać do obozu dla uchodźców, by pomagać. Dlaczego pojechaliście całą rodziną?

Powodów było kilka… Jesteśmy ze sobą bardzo mocno związani. Organizuję zawody sportowe, przez co praktycznie we wszystkich ciepłych miesiącach, w wakacje i weekendy nie ma mnie w domu. Nie chciałem robić czegoś dla innych kosztem swojej rodziny. Stwierdziliśmy, że pojedziemy razem.

Drugi powód… dla moich dzieci wyjazd na Lesbos miał być szkołą życia, szkołą wrażliwości. Tak mnie rodzice wychowywali wcześniej. Uznałem, że dla moich dzieci pomoc uchodźcom i uchodźczyniom będzie życiowo ważnym doświadczeniem.

Trzeci powód jest symboliczny. Pomyślałem, że pomoc tym biednym ludziom wraz całą rodziną będzie formą przełamania pewnego stereotypu o różnych zagrożeniach, jakie rzekomo niosą ze sobą uchodźcy. Chcielibyśmy w ten sposób zwrócić uwagę, przynajmniej wśród swoich przyjaciół i znajomych, że ci ludzie są tacy jak my i nie można ich tak niesprawiedliwie stygmatyzować wszystkimi istniejącymi, najgorszymi cechami.

Dlaczego na Lesbos niemal każdego dnia przybywają uchodźcy?

Kiedy się tam jest, to widać, że Turcja jest na wyciągnięcie ręki – między Turcją a Lesbos jest 12 kilometrów. Myślałem, że nie będę widział brzegu, ale tam nie ma przemysłu, wieje wiatr, więc widoczność jest bardzo dobra. Wyraźnie widać skraj sąsiedniego kraju, niejeden by powiedział, że przepłynie tę odległość wpław. Brzegi są naprawdę blisko: wydawałoby się, że wystarczy wyciągnąć rękę, by chwycić wyspę i już tam być. Jeżeli na to nałożymy fakt, że ludzie uciekający z krajów zrujnowanych, ogarniętych wojnami mają naprawdę silną motywację, którą niewiele jest w stanie powstrzymać, to odpowiedź jest gotowa.

Jak ważna była dla Ciebie Wyprzedaż Garażowa na rzecz uchodźców i uchodźczyń przebywających na wyspie Lesbos?

W takich okolicznościach, w jakich dziś żyjemy, w naszym kraju takie symboliczne akcje są bardzo ważne. Angażują ludzi. Nagłaśniają określony problem w lokalnych mediach. Ludzie mają okazję poznać konkretny temat przewodni akcji. Wokół tej idei jest zgromadzonych kilkanaście bardzo ciekawych osób, które poświęcają swój prywatny czas na to, żeby robić coś dobrego, i które między innymi zdecydowały, by środki z Garażówki przeznaczyć na pomoc dla uchodźców i uchodźczyń na wyspie Lesbos. Oficjalnie, na czas wyjazdu, stałem się wolontariuszem Stowarzyszenia Lepszy Świat i na ich rzecz organizowałem pomoc na miejscu.

Co dzięki tym pieniądzom udało się zrobić?

Jadąc na wyspę wiedziałem, że najtrudniejsza sytuacja panuje w obozie Moria i że potrzeby są bardzo podstawowe: warunki życia są kiepskie, brakuje obuwia, ubrań, środków higieny. Rozpoznałem sytuację bliżej, będąc już na miejscu i po konsultacji z dziewczynami ze stowarzyszenia postanowiliśmy przekazać część pieniędzy na żywność, którą kupiliśmy w porozumieniu z organizacją One Happy Family. Ich siedziba i główne miejsce działania mieści się między dwoma obozami. Obóz Moria jest oddalony o około 30–40 minut spaceru. Z obozu Kara Tepe można tam dojść w 10 minut. W One Happy Family dla uchodźców i uchodźczyń jest przygotowana bardzo szeroka oferta pomocy bezpośredniej oraz różnych aktywności. Centralnym punktem dnia jest posiłek wydawany we wczesnopopołudniowych godzinach.

One Happy Family przyjmuje codziennie, w zależności od pogody, od 500 do 700 osób – można sobie wyobrazić liczbę posiłków, jakie trzeba przygotować. A nie są to byle jakie posiłki – są bardzo godnie podawane w opakowaniach jednorazowych, bardzo smaczne – warto podkreślić, że gotują je sami uchodźcy. Kuchnia jest międzynarodowa… kucharzami są Syryjczyk, Tunezyjczyk i Birmańczyk.

One Happy Family nie chce wydawać jedzenia z okienka – chce być z uchodźcami, a nie dla uchodźców. To widać. Na miejscu organizację w dużej mierze prowadzą sami uchodźcy, a my – wolontariusze wspieramy ich działania. Idea jest taka, by uchodźcy czuli, że jest to ich miejsce, że są w pełni wartościowymi ludźmi.

Pomogliśmy też Nikosowi Katsourisowi – to Grek, słynna postać – który od samego początku przyjmował uchodźców we własnej restauracji. Niestety przestała ona istnieć – nie mógł on pogodzić przyjmowania uchodźców i klientów. Teraz cały czas poświęca osobom potrzebującym pomocy, głównie z pobliskiego obozu Moria. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, był bardzo wzruszony. Dla niego było to symboliczne, bo śledzi sytuację w Polsce i wie, jakie panują u nas nastroje. Nikos jest człowiekiem bardzo otwartym i chciałby, aby wszyscy ludzie mieszkali pod jednym dachem w pokoju i harmonii.

A co ze sportem?

Zauważyliśmy, że na terenie One Happy Family, uchodźcy i uchodźczynie próbują grać w siatkówkę – odbijali piłkę przez linkę. Kupiłem im prawdziwą siatkę i pomogłem ją zamontować. Gdy zobaczyliśmy, że w siatkówkę grają bez przerwy – od 10 rano do 18 – i że robią to z niebywałym zacięciem na nawierzchni pokrytej wystającymi kamieniami, stwierdziliśmy, że zbudujemy boisko do siatkówki. Chodziło mi o to, żeby mogli grać boso, bo zwykle mają tylko jedną parę butów, a na kamienistej powierzchni obuwie bardzo szybko się niszczy. Zamówiliśmy piasek z plaży, zrobiliśmy ładny podkład, musieliśmy też kuć skały. Czułem się jak kierownik budowy, bo zawsze miałem do pomocy wielu ludzi. Ważne jest przy tym to, że oni sami teraz, już po naszym wyjeździe, dbają o to boisko. Dwóch uchodźców opiekuje się boiskiem, dba o to, żeby było w takim stanie, w jakim je zostawiliśmy. W tej beznadziei życia i losu chwila beztroski i przyjemności, jaką jest gra w siatkówkę, jest czymś bardzo ważnym.

W co jeszcze graliście?

Przed wyjazdem wysłałem na Lesbos paczkę z asortymentem sportowym przeznaczonym w szczególności dla dzieci. Robiliśmy proste zajęcia z piłki nożnej; mieliśmy małe bramki i koszulki. Piłka nożna łączy ludzi na całym świecie i na Lesbos też było to dość skuteczne. W piłkę nie grają jednak dziewczynki. Wywodzę się ze środowiska gry w tenisa i wiem, że minitenis jest fantastyczną sprawą. Okazał się hitem wśród dzieci przychodzących do One Happy Family. Większość z nich nigdy przedtem nie widziała piłki, rakiety ani siatki. Radość odbijania miękkich piłek na małym polu była tak ogromna, że mieliśmy problem z zaspokojeniem oczekiwań wszystkich chętnych do gry.

Przed wyjazdem myślałem, że będę musiał organizować wybitnie skomplikowane zajęcia, aby ich zainteresować, zaangażować. Bałem się bariery językowej. Okazało się, że potrzeby są naprawdę elementarne i radość przynoszą bardzo małe rzeczy. Kilka godzin dziennie odbijaliśmy piłki na minikortach. Pomagała mi w tym cała moja rodzina.

Mieliśmy też przygotowane latawce, bo na wyspie wieje, więc są dobre warunki do ich puszczania. Ostatecznie przekazaliśmy je innej organizacji położonej przy plaży, gdzie przebywają tak zwani wrażliwi uchodźcy – tam mieli lepsze warunki, żeby się nimi bawić. Na terenie One Happy Family było bardzo dużo linii wysokiego napięcia. Grecy mówili, żeby puszczać te latawce, ale trochę się bałem, że wywołamy jakieś spięcie i pożar.

Jakie wrażenie zrobił na tobie obóz Moria?

Obóz Moria jest upiorny z wyglądu. Z jednej strony jest otoczony wysokim murem, są tam druty kolczaste, które kojarzą się z więzieniem, są lampy i jest wielki napis na murze, który widać z głównej drogi: Welcome to Prison (Witamy w więzieniu). Nie wszyscy się mieszczą wewnątrz obozu – jest on otoczony bardzo chaotycznie ułożonymi polami namiotowymi. Część namiotów postawił UNHCR [organ ONZ do spraw uchodźców], a część to namioty turystyczne. Ludzie się dogrzewają, czym tylko mogą, więc wszędzie są ogniska. Wieczorem pojawia się łuna i dobrze widać dym z tych ognisk. Noce są dosyć chłodne. W zeszłym roku, zimą, kilka osób zamarzło w obozie. Obóz to teren wojskowy, tylko niektóre organizacje mają wstęp. Większość pomocy jest zorganizowana wokół obozu, bo uchodźcy mogą z niego wychodzić.

Jaki jest stosunek Greków do uchodźców?

Widać, że próbują za wszelką cenę żyć po swojemu, trzeba to uszanować i rozumieć. Dla wielu z nich sytuacja jest nie do zaakceptowania, zbyt męcząca i wielu z nich jest nastawionych do uchodźców negatywnie. Ja to sobie odrobinę tłumaczę tym, że trudne jest codzienne oglądanie nędzy i świadomość, że nic się nie zmienia. Rozmawiałem o tym z Nikosem, twierdzi, że wielu Greków nie dostrzega, że się źle odnosi do uchodźców, że nie pokazuje solidarności z ludźmi w potrzebie. Sami uchodźcy przebywający na wyspie niekoniecznie dobrze wypowiadają się o Grekach. Wynika to pewnie z tego, że spotkali się z jakąś agresją z ich strony. To temat dość skomplikowany.

Solidarność powinniśmy okazywać też Grekom, którzy widzą te łodzie, muszą się z tym borykać, a w jakimś sensie są pozostawieni sami sobie. Trochę pomaga Unia Europejska, trochę ONZ, ale w sensie ludzkim i codziennym oni muszą sobie z tym problemem radzić sami.

Spotkałem też Greka, który jest wolontariuszem w One Happy Family. Rzucił swoje codzienne życie w Salonikach, pomaga uchodźcom i uchodźczyniom. Pewnie jest jak wszędzie, są ludzie, którzy się angażują i są ludzie, którzy są obojętni.

 

*

Już w najbliższą środę, 31.01. w Teatrze Ósmego Dnia o godzinie 19. odbędzie się spotkanie z udziałem osób współtworzących drugą edycję poznańskiej Garażówki, które zrelacjonują wyjazd na granicę Brześć-Terespol i opowiedzą o codzienności przebywających tam czeczeńskich uchodźców. strona wydarzenia