Archiwum
18.07.2011

Zmagania z Maltą

Anna Rogulska
Teatr

Zmierzyłam się z Maltą. Idiom „Wykluczeni” groził, że pokaże widzowi jego własne wykluczenie, stawiając sobie jednocześnie ambitny cel niewykluczania nikogo. Na scenie pojawiły się zatem wykluczone grupy społeczne i wykluczone tematy, a publiczność nieustannie wciągana w interakcję też nie mogła czuć się pominięta. Wręcz przeciwnie, miejska natura i tradycja maltańskich atrakcji sprawiły, że publiczność stała się niemal głównym obiektem zainteresowania i bez skrępowania poddawano ją niełatwym próbom.

Zmierzyłam się z Maltą, bo Malta była trudnym egzaminem. Swoboda, którą dawały wszechobecne słuchawki z Silent Disco, okazała się iluzją, kiedy grupa Usta Usta Republika wywołała widzów do odpowiedzi na banalne pytanie: „Czy jesteś szczęśliwy?”. Pomimo nerwowego przełączania między kanałami, pomimo rzekomej interakcji z aktorami, publiczność musiała się podporządkować nieubłaganej fabule. Egzamin nie pozostawia wolności wyboru, a ponadto skazuje egzaminowanego na poleganie wyłącznie na samym sobie.

Wielu widzów maltańskich spektakli nie poradziło sobie z tym wyzwaniem, okazało bezradność nie tyle w konfrontacji z tworzywem artystycznym, ile z własnymi psychicznymi ograniczeniami. W ostateczności ratowali się oni ucieczką – szczególnie wtedy, kiedy scena zaczynała ociekać okrucieństwem, brutalną erotyką i zwierzęcą wręcz fizycznością. A takich sytuacji było wiele.

Najwięcej kontrowersji wzbudził performans Deuxième Groupe d’Intervention, który wtargnął zarówno w sferę publiczną, jak i prywatną. Tym, co pochłonęło uwagę tłumu, był sam tłum. Aktorzy opanowali przechodniów, wciągając ich w kreowanie kolejnych scen-wydarzeń. Robili to w sposób stanowczy i zdecydowany, wręcz groźny. Artyści nie byli bohaterami – niezrozumiałe działania często nagich postaci miały tylko przyciągnąć widzów, aby po chwili wpisać ich w scenariusz i obudzić w nich lęk. Lęk przed naruszeniem sfery prywatności, przed obcym człowiekiem, przed fizycznością w miejscu publicznym. Przechodnie odegrali rolę bohaterów spektaklu, którzy muszą poradzić sobie ze strachem. Wielu próbowało zachować dystans, przyglądać się wydarzeniom z pewnej odległości, ale Deuxième Groupe d’Intervention nie pozwoliła nikomu pozostać obojętnym.

Takie działania artystyczne nie są przyjemne ani w sferze estetycznej, ani psychicznej. Wywołują skrępowanie widza i budzą negatywne emocje. Podobną próbą wytrzymałości były spektakle „Jerk” oraz „I apologise” Gisèle Vienne. Oba opierały się na próbie rekonstrukcji zbrodni i choć nie epatowały przemocą w sposób bezpośredni, morderstwo i pożądanie, okrucieństwo i seks ożywały za pośrednictwem lalek o złowieszczych nieruchomych twarzach do tego stopnia, że publiczność niejednokrotnie musiała powstrzymywać odruchy obrzydzenia. Brutalne historie opowiedziane w groteskowy sposób były tak mroczne, tak prawdziwe i przerażające, że ta część widowni, która wytrwała do ostatnich scen, nie miała pewności, czy wypada w ogóle nagradzać aktorów aplauzem.

Z nieludzkimi scenami trzeba było się zmierzyć także podczas „It is Hard to be a God” Kornèla Mundruczó, kiedy aktorzy zaciągnęli publiczność pod ciężarówki, na których przetrzymuje się prostytutki i kręci filmy sado-maso. Pokazali coś, czego nikt nie chce oglądać. Jeśli nawet Bóg odwraca oczy od tego okrucieństwa, to dlaczego widzowie mają przyglądać się filmowemu zbliżeniu, w którym nagą kobietę w ciąży polewa się wrzątkiem i zakopuje w ziemi żywcem?

Może to temat „Wykluczeni” sprawił, że na Malcie pojawiły się tematy tak trudne, że aż niemożliwe do zniesienia. Może to właśnie ich kumulacja w ciągu tych kilku festiwalowych dni doprowadziła widzów do granic wytrzymałości. Z drugiej strony, wina mogła tkwić też w stylistyce spektakli, w których zabrakło poetyckiej metafory; takiej na przykład jak w „After the Battle” w wykonaniu Compagnia Pippo Delbono. Poetyka snu pozwoliła tu na ujęcie szaleństwa w osobiste, liryczne obrazy, które wreszcie wywoływały wzruszenie, a nie odrazę.

Pozytywne emocje wywołał też Prometheus Landscape II w reżyserii Jana Fabre. To długo oczekiwane widowisko, będące reinterpretacją prometejskiego mitu, było niezwykle sprawnym i trzymającym w napięciu poematem o potrzebie wiary w bohaterów oraz zniewoleniu ludzkości. Konwencja mitu, podobnie jak snu, podziałała na wyobraźnię znacznie silniej niż brutalna dosłowność i zmusiła raczej do smutnej refleksji niż strachu.

Znalazło się też kilka innych perełek, które rozjaśniły mroczne sceny tegorocznej Malty. Byli to między innymi staruszkowie z Young@Heart, których niczym nieograniczona (nawet wiekiem czy chorobami) pasja śpiewania dostarczyła niezwykłej energii oraz nadziei, jakiej nikt nie spodziewałby się po 70- czy 80-latkach.

Cały Malta Festival okazał się jednak podobny do zamykającego imprezę performans’u grupy La Fura Dels Baus – widowiskowy, gromadzący tłumy, ale sprawiający wrażenie niedokończonego i budzący mieszane uczucia. Dyskusja nad wykluczonymi nie powinna budzić odrazy, bo tak traktuje się margines społeczny na co dzień. Mimo kilku teatralnych odkryć, po pełnej fizycznej dosłowności Malcie pozostało zmęczenie i ulga, że to już koniec. A poza tym wrażenie, że idiom „Wykluczeni” umocnił tylko naszą niechęć wobec tego, co inne.

Malta Festival
Poznań, 4.– 9.07.2011

fot. spektakl Prometheus Landscape II

alt