Archiwum
30.05.2011

Taniec śmierci

Adam Kruk
Film

Niebotyczny kicz czy najpiękniejszy koszmar świata? Von Trier znów dzieli publiczność.

Gdy przeczytałem pierwsze doniesienia prasowe o „skandalu z Hitlerem”, który zdominował tegoroczny festiwal w Cannes, pomyślałem, że Lars Von Trier przeholował. Potem jednak, oglądając nagranie z niesławnej konferencji prasowej, zobaczyłem wygłupiającego się chłopca, który plecie trzy po trzy, stroi miny, próbuje zaimponować towarzystwu. Nie wyczułem antysemityzmu ani gloryfikacji nazizmu, to były raczej dziecięce igraszki, na które organizatorzy zareagowali niczym nerwowa nauczycielka, wyrzucająca niesfornego łobuza z klasy. Może jednak była to przewrotna (i skuteczna) taktyka marketingowa? Albo – jak sugerował Tadeusz Sobolewski – faworyt do tegorocznej Złotej Palmy sabotował (również skutecznie – nagrody nie otrzymał) własny sukces. Tak jak grana w „Melancholii” przez Kirsten Dunst Justine sabotuje własny ślub.

„Melancholia” opiera się właśnie na swoistym Schadenfreude – perwersyjnym „im gorzej tym lepiej”. Aż do ostatecznej apokalipsy, która jest w filmie dokładnie wyczyszczona z religijnego wymiaru i bardziej niż w Ewangelii świętego Jana czy u Johna Miltona zapożycza się w tradycji kina katastroficznego i science fiction. Otwierająca „Melancholię” sekwencja planetarnych ujęć (efektami specjalnymi zajmowali się Polacy ze studia Platige Image) w rytm uwertury do „Tristana i Izoldy” Richarda Wagnera jest oczywistą aluzją do pamiętnego otwarcia „Odysei Kosmicznej 2001” Stanleya Kubricka. Ten imponujący wstęp później okazuje się snem Justine, a jak okaże się w finale – wyśnioną złowieszczą wróżbą Kasandry. Jej ziszczenie oglądać będziemy stopniowo – podarta suknia ślubna ze snu przybierze formę realnie zniszczonej ceremonii ślubnej, a spotkanie Ziemi z potężniejszą od niej planetą powtórzone zostanie w bliższych planach. W rozbuchanych, nierealnych plenerach, gdzie skonstruowane na zasadzie negatywowej postacie sióstr wymieniają się cechami i coraz bardziej zlewają się w jedną postać – ziści się największe marzenie melancholika: zniknąć z  powierzchni Ziemi wraz z całą pamięcią po sobie, przy tym zniknąć biernie, bez walki czy wysiłku.

Siostra Justine, Claire (Charlotte Gainsbourg), poszukując wyjaśnienia dziwnych zjawisk na niebie, znajduje w Internecie artykuł „Ziemia i Melancholia – taniec śmierci”. Nie poznamy naukowych wyjaśnień, ale już sam tytuł przypomina o związkach melancholii z ziemią (tym razem pisanych małymi literami). Marek Bieńczyk w swoim studium „Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty” poświęca wiele uwagi jej związkom z ziemią, z której czerpie ona swoje soki i ku której dąży (pragnienie zapadnięcia się pod ziemię). U Von Triera melancholia rozumiana jest nie jako niewykonalna praca żałoby, ale jako totalna utrata élan vital, tęsknota za czymś, czego prawie na pewno nigdy nie mieliśmy, a nawet jeśli mieliśmy, nie można tego w żaden sposób odzyskać – jako „nic, które boli”. Nothing to zresztą jedyne hasło reklamowe, które udaje się szefowi Justine (Stellan Skarsgård) wydobyć z niej podczas wesela. Jej melancholia, która, jak sugeruje reżyser, może być dziedziczna (dotknięta jest nią również matka, grana przez Charlotte Rampling), przeradza się w końcu w ciężką depresję. Ale nie o terminologię chodzi, bo film nie jest traktatem naukowym, tylko epitafium złożonym Ziemi, za którą, jak chce Justine, nikt płakać nie będzie. Koniec świata nie jest tragedią, tylko czymś nieuchronnym – śmiercią podniesioną do nieskończonej potęgi, która stanowi (przynajmniej dla Justine) radosną nowinę. Bo, jak chciał Epikur, kiedy my jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy jest śmierć, nie ma nas. Strach jest niepotrzebny.

Kadry „Melancholii” zlewają się ze znanymi płótnami – pojawiają się „Myśliwi na śniegu” Pietera Bruegla, „Ofelia” Johna Everetta Millaisa (tym dziełem inspirowany był też plakat filmu), migają reprodukcje Boscha i Memlinga. Ich obecność sugeruje, że koniec spotka nie tylko głównych bohaterów, ale i całą cywilizację, za którą nie będzie miał kto płakać. Wyrafinowana strona wizualna filmu opiera się w dużej mierze na zasadzie symetrii, która stanowi estetyczny klucz do kompozycji kadrów. Ryzykowna to metoda. Jeżeli w „Żywocie Mateusza” Witolda Leszczyńskiego symetria służyć miała zbudowaniu harmonijnego i sensownego obrazu świata, u Von Triera przybiera ona niepokojąco oniryczne rysy – piękno kadrów nie cieszy, lecz wydaje się niebezpieczne, irytuje – podobnie symetria kadrów działała w „Salo” Pasoliniego. Nie tylko zresztą poszczególne ujęcia, ale cały film składa się jakby na pół – imiona sióstr znaczą dwa rozdziały, okrutna matka kontrapunktowana jest ojcem-satyrem, Ziemia spotyka się z Melancholią.

Na szczęście ta (zbyt?) prosta kompozycja przełamywana bywa ujęciami z ręki, przypominających o DOGMA-tycznych korzeniach reżysera. Von Trier pozostaje wierny uprawianemu przez lata fatalizmowi, który w „Melancholii” dotyczy już nie tylko jednostki czy ludzkiej natury, ale całej planety. Skrajne reakcje na film świadczą o jego sile, a tym, którzy wizję Duńczyka zdecydowanie odrzucają, odpowiedzieć można słowami Justine, skierowanymi do męża po nieudanym weselu: „Ale czego właściwie się spodziewałeś?”.
„Melancholia”
reżyseria: Lars Von Trier
premiera: 27.05.2011



Niebotyczny kicz czy najpiękniejszy koszmar świata? Von Trier znów dzieli publiczność.