Archiwum
22.12.2011

Szukając Boga z pistoletem

Michał Szydło
Film

W pierwszych scenach filmu „Gunnar szuka Boga” uczestniczymy w przeglądzie problemów współczesnego świata: o 15.44 w Bagdadzie zamachowiec-samobójca wysadził się w powietrze, na Florydzie 11 osób ginie w wyniku burzy tropikalnej, we Włoszech łódź rybacka ze 145 uchodźcami z Afryki dociera do brzegów Sycylii. Otaczające zło Gunnar łączy z problemami swojego życia – sztuczność wspólnoty z własną hipokryzją i pustką. Potrzebuje gruntownej odbudowy poczucia sensu życia.

Gunnar nie potrafi być szczęśliwy. Korzysta z dobrodziejstw bezpiecznej skandynawskiej socjaldemokracji, ma dwa volvo, cztery telewizory, czteroprzegrodową lodówkę, dzieci za które dałby się pociąć. Brakuje mu „iskry”, którą dostrzega w twarzy mnicha na zdjęciu. Wyrusza do Egiptu, do klasztoru koptyjskiego, w poszukiwaniu sensu i by odnaleźć Boga. Towarzyszą mu producentka filmu, dźwiękowiec oraz kamerzysta. Wspólnie pragną zmierzyć się ze swoimi problemami życia klasy średniej.

Realizacja planu jednak nie pozostawia złudzeń – więcej w nim silenia się na oryginalność, gwiazdorstwa i płytkiego poczucia metafizyki niż prawdziwej podróży w głąb siebie i przemyślenia życia. Być może uświadomienie swojego nieszczęścia i pustki jest pierwszym, niezbędnym krokiem do zmiany czegokolwiek w swoim życiu. Jednak metoda, wybrana przez Gunnara, okazuje się pokazem taniej refleksji. Palący problem: jak żyć, został spłycony do pretensjonalnych uwag o duchowości, stając się parodią klasy średniej zamiast jej wiarygodnym wołaniem o odnowienie. Tym bardziej szkoda bohatera, który wydaje się początkowo godnym zaufania poszukiwaczem sensu, gdyż jego diagnoza rzeczywistości oparta jest na szczerych przesłankach. Nie ma złudzeń, że jest „bubkiem”.

Spotkanie z ascetyczną wspólnotą mnichów odciska na Gunnarze duże piętno. Nie jest to jednak formujące doświadczenie. Bohater dochodzi do wniosku, że klasztorny żywot nie jest dla niego odpowiedni. W niewygodnej mniszej celi „szukający Boga” konfrontują się z ciszą, nieustanną kontemplacją, brakiem wygód, lękiem przed śmiercią. Kolejne refleksje Gunnara i towarzyszy, utrzymane często w zabawnym tonie, potwierdzają powoli kiełkującą myśl, że ich wyprawa jest tylko przygodą, wymyślnym konceptem, który na pewno nie mógł zakończyć się ani spektakularnym nawróceniem, ani nawet rzetelnym przemyśleniem przez nich celu czy sensu swojej drogi życiowej. Gunnar sprawia wrażenie podekscytowanego, który to stan wydaje się jednak bliższy uczuciom „podróżników”, prezentujących egzotyczne kraje w komercyjnych stacjach telewizyjnych, niż emocjom towarzyszącym neofitom. Transgresja nie ziści się. Kibicowaniu Gunnarowi musi towarzyszyć zawód. Jedynie wyestetyzowane zdjęcia przyrody i twarzy bohaterów pozwalają uwierzyć w obecność metafizyki.

W ostatniej scenie, w której Gunnar strzela z pistoletu gumowymi kulkami do tablicy, metaforycznie rozprawia się on z demonami życia mieszczucha: koniec z Facebookiem, erotycznymi wycieczkami do Tajlandii, z ekspresem do kawy za 500 dolarów. Ale ten gest frustracji nie wnosi żadnej zmiany; przyznanie się do bycia nieszczęśliwym w Norwegii – najlepszym kraju do życia według rankingu ONZ – wymaga dużej odwagi, jednak sama droga i refleksja głównego bohatera zawodzą. Wydaje się, że jego samozadowolenie jest silniejsze od doznania fascinanstremendum. Odczucie grozy i fascynacji rzeczywistością oraz związane z nimi poczucie ambiwalentności są Gunnarowi obce. Obwinia on w całości własne życie, które – nie wiadomo, dlaczego – nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Nie szuka jednak najprostszego sposobu na odkrycie uroku czynności codziennych. Pewność Gunnara, że zna dobrze rzeczywistość i reguły gry, jakimi podlega życie, nie pozwala na uświęcenie codzienności. Uzdrowienie własnego JA to za mało. Poza tym bohaterowi, otoczonemu przez paradygmat klasy średniej, ciężko będzie się wyrwać z dającego quasi-szczęście przymusu posiadania coraz to nowych blyskotek.

Problemy egzystencjalne Norwega mogą wydać się banalne, także ze względu na wysoką jakość życia, które wiedzie. Okazuje się, że moment przesycenia dobrami materialnymi może mieć podobne konsekwencje jak w wypadku ludzi ubogich – jest wśród nich na przykład utrata nadziei. „Państwo czasu wolnego”, w które Norwegia się zamienia, jest również państwem „przyśpieszonego czasu”, a pofragmentowana rzeczywistość nie zostawia miejsca na spójną narrację. Chwila refleksji nie wystarcza, by rozwiązać problemy. Gunnar wraca po 2 tygodniach z monasteru, wita się żoną, bardziej docenia swoje dotychczasowe życie, coś tam postanawia. Może jednak w jego życiu nastąpi zmiana…

Osobiście nie wierzę Gunnarowi, mimo że kwestie, z którymi się zmaga, wydają się istotne. Czekam na kolejny skandynawski film rozprawiający się z mieszczańską mentalnością.

„Gunnar szuka Boga”
reżyseria: Gunnar Hall Jensen
premiera: 09.12.2011

alt