Archiwum
30.08.2013

Święto opowieści?

Jakub Wypychowski
Literatura

„Wiele demonów” – ostatnia książka Jerzego Pilcha, jak sugeruje nam wydawca, miała być prawdziwym świętem opowieści. I chociaż cenię twórczość pisarza jak mało którą, to nie jest tajemnicą, że przeciąganie święta w nieskończoność zaczyna świętujących zwyczajnie męczyć. Dlatego dziwi mnie wszechogarniający zachwyt krytyków. Do beczki miodu pora dołożyć łyżkę dziegciu.

Zwyczajna opowieść o niezwyczajnych ludziach i zdarzeniach – tak najkrócej można by scharakteryzować „Wiele demonów”. W Sigle, małej, luterańskiej wsi, na pierwszy rzut oka wszystko toczy się swoim zwykłym biegiem, lecz nie od dziś wiadomo, że fabuły Pilcha ze zwyczajnością mają niewiele wspólnego. Od samego początku obserwujemy erupcję cudów i dziwów nie tylko na poziomie narracji, ale i wydarzeń czy bohaterów. Osią fabuły staje się tajemnicze zaginięcie córki Pastora Mraka. Jednak, jak to u autora „Marszu Polonia” bywa, dygresje piętrzą się w nieskończoność, kryminał miesza się z romansem, wątki obyczajowe z nieobyczajnymi, filozofia z religią, codzienność z magicznością.

Nie bez powodu zatrzymałem się przy święcie (używając Pilchowej frazy, można powiedzieć: przy święcie „w sensie ścisłym”). Myślę, że kluczem do interpretacji powieści może być Bachtinowskie pojęcie karnawalizacji. Są pisarze (zarówno poeci, jak i prozaicy), którzy tworzą po to, by zachować nieistniejący już świat. Adekwatnym przykładem jest twórczość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Podobnie Pilch. Snuje opowieść, która się nie kończy (i nie chodzi mi tu o otwarte zakończenie), gdyż wraz z jej finałem umrze kraina lat dziecinnych pisarza. Jest to jedyne zadanie opowieści, dlatego też jest ona tak obszerna (pisząc „obszerna”, myślę: „przegadana”).

Są jednak i ujmujące strony owej niepowtarzalnej powtarzalności. Nie sposób nie wspomnieć o Pilchowskich frazie i humorze. To chyba dwie główne dźwignie, dzięki którym autorski świat jest w ogóle wprawiony w ruch. Krótki opis zaginionej córki pastora Mraka pokazuje, że w wypadku Pilcha znane jest równoznaczne z wartościowym: „Z czasem, gdy wyczekiwanie na jej powrót, z jednej strony, trochę zobojętniało, z drugiej, nabrało znamion delirycznego obłędu; miejsca, w których jej nie było, stały się – i to dopiero było udręczające – miejscami, w których w każdej chwili mogła się pojawić. Głębszy stopień rozziewu między materią a duchem” (s. 112).

Zdania napędzają się wzajemnie, pisarz płynnie przyspiesza, to znów zwalnia. Delikatnie, z wyczuciem. Monolog przechodzi w okamgnieniu w osobną narrację. Dygresje się mnożą, jednak bez poczucia przytłoczenia. I chociaż czas, miejsca oraz postacie są ukazywane w sposób nieciągły, to ma się wrażenie, że narrator panuje nad tym nieporządkiem lub przynajmniej stara się sprawiać taki pozór. W zaokrąglonych zdaniach Pilcha, które nieprzypadkowo brzmią jak apokryf, co rusz spotykamy stylistyczną wyrwę uświadamiającą nam, że podana forma jest tylko konwencją, zabiegiem, grą.

O ile trudno mi się zgodzić ze zdaniem recenzentów, którzy w większości uważają „Wiele demonów” za powieść mroczną i momentami przerażającą, o tyle nie sposób polemizować z uznaniem dla Pilchowego humoru. Mrok choćby w „Biesach” (skojarzenie z powieścią Dostojewskiego jest niemal oczywiste) jest, co tu dużo mówić, o wiele bardziej autentyczny, to prawdziwa wiwisekcja rosyjskiej tożsamości. U Pilcha demonów jest co prawda wiele, jednak zawsze w kącie świeci się nocna lampka – to przerażenie z przymrużeniem oka, w sam raz do wieczornej, gorącej herbaty.

Rzadko zdarza mi się uśmiechnąć w czasie lektury. Czytając najnowszą powieść Pilcha, podśmiechując się co rusz i bezwiednie chichocząc, mam wrażenie, że demony przydzieliły pisarzowi moc zabawiania swoich czytelników. Ale do demonów zalicza się również na przykład rusałki. Mam wrażenie, że Pilchowym biesom bliżej do Chochlika i Skierki, które, to prawda, potrafiły być groźne, jednak przede wszystkim bawiły. Komizm (jak w przypadku „Balladyny” Słowackiego) często zasadza się na zamianie ról. Błazen staje się królem. W „Wielu demonach” córki pastora są uważane za ladacznice, a szanujący się protestanci nie chodzą do kościoła z powodu zepsucia całej rodziny Mraków. Jednak to, co najważniejsze w tej kwestii, dzieje się w języku. Jest to humor przaśny, zakrapiany alkoholem, najczęściej ujmowany w żywiole w dialogu – daleko mu do subtelności. To komizm dokładnie taki sam jak świat, który pisarz próbuje zachować w swoich książkach.

Bachtinowskie święto nieuchronnie kojarzy się ze światem na opak. I rzeczywiście, sporo w „Wielu demonach” niezwykłych ludzi i zdarzeń. Przyzwyczailiśmy się już do Pilchowej galerii osobistości, gdzie nie tylko charaktery, ale i trudne do wymówienia nazwiska bywają do siebie podobne. Po raz kolejny pisarz serwuje nam opowieść, gdzie realne miesza się z wyimaginowanym, jawa przeplata się ze snem, a ludzie żyją obok duchów. Przykładem może być rodzina Wzmożków. Madame czeka na śmierć małżonka Emila, by nurzać się bez pamięci w splendorze pogrzebu oraz związanej z nim żałoby. Psychodeliczna matka, przekonany o własnej długowieczności ojciec oraz syn – domorosły pisarz ukrywający swoje mroczne drugie (a może pierwsze?) „ja”. Po przeczytaniu kilku wcześniejszych tytułów Pilcha znana jest nam topografia pisarskiego świata: przerysowanie przemieszane z ironią czy na pozór banalną metafizyką, sprawy dnia codziennego sąsiadujące z eschatologią, wątki kryminalno-obyczajowe, erotyka, etyka…

No właśnie, za mało na tej mapie białych plam. Zbyt wiele przetartych ścieżek i udeptanych gościńców. Doskonale do tej charakterystyki pasuje postać proroka-hochszatplera – Fryca Moitschka, który bałamuci młode dziewczęta, przyciągając je swoimi nadprzyrodzonymi zdolnościami. Wydaje się, że Pilch w każdej kolejnej książce odsłania nam skrawek swojego świata. Robi to konsekwentnie, kawałek po kawałku. Niczym wytrawny gracz cierpliwie ujawnia kartę po karcie, by zbyt szybko nie zostać z niczym. Ale jego rytuał voodoo przestaje działać, każda część jest podobna do swej poprzedniczki, teren tego świata nie należy do urozmaiconych.

Jeśli doczekamy się kolejnej powieści Pilcha, da się ją scharakteryzować w bardzo podobny sposób. Będzie to kolejna próba uratowania ulatniającej się efemerydy. Narzędziami będą śmiech oraz opowiadanie („w sensie ścisłym”).

Jerzy Pilch, „Wiele demonów”
Wielka Litera
Warszawa 2013

alt