Archiwum
29.03.2013

Rockowe przekształcenia na nowe czasy

Wojciech Nowacki
Muzyka

Na początku XXI wieku doświadczeni muzycy przeżyli kolejno zachwyt i rozczarowanie tak zwaną nową rockową rewolucją, po czym wrócili na swe konserwatywno-zachowawcze stanowiska. Indie-rock? To tylko pobłażliwie przez nich postrzegana fala młodzieżowych zespołów, kopiująca jedynie dokonania wielkich sprzed lat. Otóż nieprawda.

Nie czas i miejsce to, by wracać do genezy i prawdziwego znaczenia terminu indie-rock. Jeśli faktycznie mielibyśmy roboczo przyjąć konserwatywne założenie o wtórności dzisiejszego indie, to musielibyśmy jednocześnie zwrócić uwagę na oczywiste wyjątki. Pomijając już kwestię tego, że tacy wykonawcy, jak Foals czy Grizzly Bear to w istocie świetne, współczesne zespoły rockowe, a estetyka ta bynajmniej nie wymarła.

Istnieje również kategoria wykonawców niedocenianych. Elbow mając na koncie zjawiskowy debiut, za swój czwarty album otrzymali w 2008 roku nagrodę Mercury Prize. Trudno jednak mówić o spektakularnym sukcesie i zapełnianiu stadionów fanami. Podobnie rzecz się ma z Wild Beasts, niezwykle oryginalnym, lecz urokliwie melodyjnym zespołem z charakterystycznym wokalistą. Niecodzienny w rockowej stylistyce wokal, balansujący na granicy falsetu, jest kolejną rzeczą, która łączy ten zespół z Everything Everything.

O tym, że jest to kolejny wykonawca niedoceniany świadczy choćby fakt supportowania przez Everything Everything zespołu Muse podczas ich polskiego koncertu. Tradycjonalistyczni rockmani widzą w Muse jeden z nielicznych wartościowych współczesnych zespołów. W istocie jest niczym więcej niż zręczną kompilacją i czasem wręcz bezczelną kopią najpopularniejszych trendów w muzyce rockowej dwóch ostatnich dekad. Patrząc z tej perspektywy, to Everything Everything mogłoby być supportowane przez Muse.

Ten brytyjski zespół zwrócił na siebie uwagę dwoma singlami, „Photoshop Handsome” oraz „MY KZ, UR BF”. Oba niesamowicie radosne, zilustrowane niemal patchworkowymi teledyskami, przebojowe, ale jednocześnie o niezwykle pogmatwanej strukturze. Piosenki Everything Everything zawierają w sobie więcej pomysłów i zwrotów akcji niż całe albumy innych wykonawców. W połączeniu z ultra-szybkim i wysokim śpiewem Jonathana Higgsa całość wypada znakomicie.

 „Arc”, drugi album Everything Everything, otwiera również singlowy „Cough Cough”, znów niewątpliwie przebojowy i żywotny. Tak zwane prześpiewanie kompozycji zazwyczaj mocno mi przeszkadza, w tym wypadku jednak wokal Higgsa imponuje dykcją i zabawami słownymi. Kolejny singiel, „Kemosabe”, opiera się na elektronicznym bicie, w zwrotkach zaś wydaje się przywoływać echa hiphopu. Delikatna elektronika towarzyszy nam również w „Torso of the Week”, które jednak ze względu na liczne załamania w piosenkowej konstrukcji przypomina wręcz miniaturową rock-operę.

Odniesienia do klasyki, takiej jak The Beatles czy Electric Light Orchestra, pojawiają się w „Duet”. Rock-operę znów przypomina niesamowicie brytyjski „Undrowned”. Pojawiające się tu nawiązania do brytyjskiej muzyki dawnej znajdują rozwinięcie w tytułowym „Arc”. W „Radiant” natomiast znajdujemy współczesny przestrzenny synth-pop, mocne refreny i cały szereg chwytliwych pomysłów, nadzwyczaj jednak spójnych. Prawdziwą niespodzianką jest wieńczący płytę „Don’t Try”, niespotykanym bowiem zabiegiem jest umieszczanie na ostatniej pozycji utworu bodajże najbardziej przebojowego.

Chyba jednak żadna piosenka z „Arc” nie dorównuje przebojowością bezczelnie chwytliwym singlom z debiutanckiego „Man Alive”. Tamta płyta jednakże nie oferowała wiele więcej niż wspomniane przeboje, jako całość zatem lekko rozczarowywała. Tym razem mamy do czynienia z albumem bardziej spójnym, mniej chaotycznym – po prostu dojrzalszym. Everything Everything są bez wątpienia jednym z najciekawszych zjawisk na dzisiejszej alternatywnej scenie rockowej. Nie są jeszcze formacją wybitną, ale bezdyskusyjnie oryginalną i mającą jeszcze wiele do zaoferowania. Warto obserwować ich dalsze poczynania. Choćby po to, żeby przekonać się, że kryjąca się pod etykietą indie muzyka rockowa ani nie umarła, ani nie zjada własnego ogona, lecz ulega barwnym przekształceniom na miarę XXI wieku.

Everything Everything, „Arc”
Sony Music
2013

Na początku XXI wieku doświadczeni muzycy przeżyli kolejno zachwyt i rozczarowanie tak zwaną nową rockową rewolucją, po czym wrócili na swe konserwatywno-zachowawcze stanowiska. Indie-rock? To tylko pobłażliwie przez nich postrzegana fala młodzieżowych zespołów, kopiująca jedynie dokonania wielkich sprzed lat. Otóż nieprawda.