Archiwum
11.02.2011

Inny Krajewski?

Tomasz Bombrych
Literatura

Na gruncie polskiej literatury kryminalnej niekwestionowanym zwycięzcą ostatnich lat jest Marek Krajewski. Jego cykl z Breslau w tytule i Mockiem w fabule okrzyknięto literackim wydarzeniem, co oczywiście znalazło przełożenie na bardziej wymierne (i policzalne) środki.

Normal 0 21 false false false MicrosoftInternetExplorer4 W najnowszym kryminale „Głowa Minotaura” autor sięga po szereg nowych chwytów, by zaciekawić czytelnika: mitologiczny sztafaż, nowy bohater, odmieniona sceneria – to tylko niektóre z literackich zabiegów. I nawet jeśli dopadnie nas niepokojące wrażenie literackiego déjá vu – przeczytać warto.

Krajewski obiecywał, że nie powróci już do cyklu z Eberhardem Mockiem; obietnicy dotrzymał. Najnowsza powieść, mimo że występuje w niej stary bohater, jest paradoksalnie całkiem innym kryminałem. Zatem zarzuty kierowane pod adresem pisarza, oskarżające go o literackie wiarołomstwo, tracą rację bytu. „Głowa Minotaura” nie należy do wrocławskiego cyklu, tylko jest początkiem (?) zupełnie nowej sagi. Breslau, które dzięki erudycji i wyobraźni autora odtworzone zostało z niemal fotograficzną dokładnością, w końcu się opatrzyło, zmiana miejsca akcji była więc niemal niezbędna. Krajewski potrzebę zmian rozumie i, jak sam przyznaje: [sceneria Wrocławia] „mnie trochę znudziła i już jej czasami miałem dość. Dość też miałem niemieckich klimatów. W cyklu ze słowem Breslau w tytule napisałem pięć książek. Postanowiłem odnowić nieco oblicze mojej działalności pisarskiej”. Odświeżenie kryminalnego make-upu było zabiegiem rynkowo mądrym i literacko przemyślanym, zwłaszcza po maksymalnym wyeksploatowaniu przestrzeni Breslau. Zatem pobudki osobiste mogły być zarazem czysto komercyjne. Zmiana przestrzeni (czy bohatera) mogła iść w parze z próbą odnowienia literackiego wizerunku samego autora. Wydaje się, jakby Krajewski badał teren. Serwując czytelnikom nowy cykl, wspomógł się trochę sukcesem poprzednich serii, wykorzystując zarówno uroczy Breslau, jak i dandysa Mocka.

W najnowszym kryminale pisarz postanowił w pełni wykorzystać to, na czym zna się (z racji zawodu) najlepiej, umiejętnie łącząc z tym, na czym zarobił najwięcej. „Głowa Minotaura” to przekształcenie greckiego mitu i próba wciśnięcia go w kryminalny gorset. Myślenie zwrotne, opatrzone kwalifikatorem: antyczny, mitologiczny – jest nieuniknione i chyba zamierzone. Mityczny potwór, tajemniczy labirynt, defloracyjny rytuał śmierci i tyleż odważny, co przebiegły Tezeusz muszą silnie działać na wyobraźnię czytelnika. Krajewski odczytał grecki mit jako quasi-kryminał, historię równie tragiczną, co mroczną i, wspierając się trochę na jego popularności, spróbował przełożyć go na współczesne realia (to z kolei naprowadza nas na istotną cechę pisarstwa Krajewskiego, który wyobrażając sobie swoich odbiorców, narzuca im określoną dykcję – by w pełni zrozumieć mityczne podłoże kryminału, należy mit znać).

Akcję ostatniej powieści mistrz kryminału przeniósł do malowniczego Lwowa, gdzie wojenna zawierucha nie wyrządziła wielu strat. Nie znaczy to, że Krajewski miał ułatwione zadanie. Z precyzją i pedanteryjną wnikliwością odtworzył międzywojenny Lwów, gdzie architektura miesza się z religią, historia z życiem codziennym, przeszłość z teraźniejszością. Podobnie (a raczej identycznie) jak w przypadku Breslau, i tutaj pisarzowi udało się wskrzesić nie tyle samo miasto, ile jego życie wewnętrzne, miejskie tętno, urbanistyczny puls. W lwowskich zaułkach i szemranych knajpach przesiaduje cały półświatek, ukazany często z przymrużeniem oka. Strefa oficjalna również obfituje w różnorodność: znajdziemy tu cały konglomerat etniczny – od Polaków, poprzez Żydów, aż po chasydów. A wszystko to napisane językiem barwnym, żywym, plastycznym, często z wykorzystaniem melodyjności gwary lwowskiej. Autor odkrywa twarz miasta, a oblicze to jest iście janusowe. Lwów-labirynt widziany jest z dwóch perspektyw: przybysza Mocka i mieszkańca Edwarda Popielskiego. Jakże odmienne to sposoby patrzenia. Mock jako obcy oswaja miasto – fascynuje go, choć momentami przeraża („Eberhard przecierał oczy ze zdumienia. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widział. Gdyby nie śnieg i mróz, byłby pewien, że oto znalazł się na jakimś tureckim albo arabskim targu. […] I oto przed oczami Mocka rozpostarła się prawdziwa panorama tandety). Lwowski komisarz zaś wiedział, że w sercu miasta, wśród pięknych i starych kamienic, niedaleko Rynku, prawie pod kopułą kościoła dominikanów, jest miejsce mające niewiele wspólnego z dobrymi obyczajami”. Miejsc takich w powieści jest wiele: knajpy-mordownie, ciemne zaułki, szemrane kamienice, żydowskie targi. Miejskie awersy i rewersy. W tej egzotycznej scenerii oparów międzywojnia toczy się dramat walki z czasem.

Renowacja kryminału nie ograniczyła się jedynie do zamiany miejsca. Krajewski poszedł krok dalej i wprowadził na scenę nowego protagonistę w osobie Popielskiego. Lwowski komisarz staje się jednak bohaterem drugiej świeżości. Dlaczego? Bo komisarz to niemal lustrzane odbicie Mocka, charakterologiczny sobowtór z podobnymi fascynacjami, przywarami, namiętnościami. „Mocka i Popielskiego łączyło wiele podobieństw. Obaj byli skorzy do gniewu i pedantyczni, obaj władali językami klasycznymi, uwielbiali szachy, bridża, obżarstwo oraz nie stronili od towarzystwa upadłych kobiet. Mieli jeszcze jedną wspólną cechę: niecierpliwość”. Kryminalny idiolekt Popielskiego zostaje jednak zachowany. Główny bohater to dandys, światowiec, dżentelmen. Równie sceptyczny co uprzejmy, równie wykształcony co ignorancki. Być może podobieństwa w opisie obu bohaterów służyły uwypukleniu różnic, dzięki którym przeciwności mogą się przyciągnąć. A nawet zaprzyjaźnić.

„Głowa Minotaura”, dosłownie i w przenośni, wypełniona jest labiryntami zbrodni. Zgłębienie topografii przestępstwa udzieli bohaterom (i czytelnikom) odpowiedzi na kluczowe pytanie: kim jest tytułowy Minotaur? Do samego końca zdani jesteśmy na domysły. To, co wiemy, jest zarówno przerażające, jaki i tajemnicze: Minotaur pożąda dziewiczego ciała, które naznacza stygmatem pogryzionej twarzy. Perwersyjny fetyszysta? Zboczeniec seksualny? Prestidigitator odprawiający mroczne rytuały? Pytania mnożą się wraz z rozwojem akcji, a czytelnik gubi się w meandrach fabularnych. Kolejne wątki, postacie, pytania, zagadki potęgują tylko efekt końcowy – odkrycie prawdy i demaskacje mitycznego potwora.

Bestia domaga się swojego Tezeusza („Jaki będzie mój wybawiciel?” – zastanawia się czasami Minotaur w opowiadaniu Borgesa „Dom Asteriona”). Popielski niczym mityczny Tezeusz podąża labiryntami ulic i zaułków Lwowa, by odnaleźć własnego Minotaura. Potwór staje się również projekcją wewnętrznych lęków i słabości bohatera, dla którego biurokratyczna misja unicestwienia potwora-mordercy zmienia się w pewnym momencie w prywatną walkę. Konfrontacja zatem jest nieunikniona, a wręcz konieczna, by mógł zrealizować się kryminalny schemat fabularny, jak również, by wypełniło się mitologiczne przeznaczenie bohatera.

Najnowszy kryminał Krajewskiego wpisuje się w konwencję powieści noir – czarno-biały rozmach grozy i horroru, z czerwienią zbrodni, purpurą morderstw. Pisarz zaserwował nam szarą wizję świata, w którym dobro i zło w najczystszej postaci nie istnieją. Każdy jest winny, każdy jest skażony zbrodnią. Zagadka kryminalna poszerzona zostaje o wątki sensacyjne. W takim świecie dedukcja nie wystarczy, a logika często przegrywa z szantażem, pobiciem czy nawet morderstwem. Główni bohaterowie, lawirując między porządkiem a światem przestępczym, starają się pozostać jednak w zgodzie z literą prawa i działać w imię sprawiedliwości.

Krajewski doskonale wie, co z czym połączyć, by się literacko czy też komercyjnie nie zwarzyło. Umiejętnie włada gatunkowym orężem, co w połączeniu z wzorowym rzemiosłem językowym i opisem lokalnego kolorytu Breslau czy Lwowa daje przyzwoity kryminał. Filarem powieści jest na pewno para głównych bohaterów, którzy kreowani przez Krajewskiego w sposób nietuzinkowy (a zaraz mieszczący się gdzieś w literackiej tradycji gatunku) bywają chwilami (niestety) nieznośnie męczący. Łacińskie mądrości na każdą okazję, antyczne sentencje rodem z kalendarza wypowiadane przez złotustny tandem Mock & Popielski mogą razić erudycyjnym pozerstwem. Im jednak, podobnie jak Krajewskiemu, jesteśmy w stanie wiele wybaczyć.

Pisarz rozwiązuje zagadkę, nie kończy jednak historii kryminalnej. Daje nadzieję, że z lwowskim policjantem się jeszcze spotkamy.

 

Marek Krajewski, „Głowa Minotaura”, W.A.B., Warszawa 2009


Zobacz książkę na stronie Wydawnictwa W.A.B.

Zobacz książkę na stronie Księgarni internetowej ARSENAŁ.

Tekst ukazał się w „Czasie Kultury” 3/2010, s.141–142.



Na gruncie polskiej literatury kryminalnej niekwestionowanym zwycięzcą ostatnich lat jest Marek Krajewski. Jego cykl z Breslau w tytule i Mockiem w fabule okrzyknięto literackim wydarzeniem, co oczywiście znalazło przełożenie na bardziej wymierne (i policzalne) środki.