12 lipca 2011 Archiwum

Dystopia z ośmiornicą w tle

Dorota Mieszek
Film

„Strefa X” wchodzi do Polski ponad rok od premiery. W ubiegłym roku objechała międzynarodowe festiwale filmowe, zbierając zdecydowanie pozytywne recenzje. W Wielkiej Brytanii film był nominowany do nagród BAFTA, zdobył kilka nagród BIFA. W Polsce potraktowany został jako kino wakacyjne i wprowadzony na ekrany w lipcu. To błąd.

„Strefa X” (angielski tytuł „Monsters” jest właściwszy; polski ma odsyłać do katastroficznego „Dystryktu 9” Neilla Blomkampa, z którym jednak „Monsters”, poza estetyką kina vérité, nie ma zbyt wiele wspólnego) to jednak nie gatunkowe monster movie, które najlepiej konsumuje się z popcornem i colą. To antyutopia. To kino drogi z ładnie wplecionym wątkiem romansu, zrobione w estetyce indi, czyli z małym budżetem, z grupą znajomych, którzy zgodzili się na tzw. preferencyjne stawki, filmowane w Belize, Gwatemali i Meksyku przy okazji innych projektów. Główni bohaterowie (Whitney Able i Scoot McNairy), grający parę w filmie, parą byli prywatnie. Znaczną cześć materiału kręcono w stylistyce dokumentu, świadomie wprowadzając występujących w błąd, że właśnie w dokumencie biorą udział. Całość ogląda się świetnie.

Na pewno nie obejrzałabym „Monsters” po przeczytaniu streszczenia fabuły. Ta powiela schematy odrzuconego przeze mnie filmowego gatunku sci-fi. Na skutek wypadku sondy kosmicznej NASA przedostała się na Ziemię obca cywilizacja. Ma ona postać ogromnych istot, przypominających ośmiornice czy kalmary, które osiedliły się w lasach na granicy Meksyku i Stanów Zjednoczonych. Zaatakowane potrafią skutecznie się obronić. Tabloidowy cyniczny fotograf (Scoot McNairy) za zdjęcie ofiar potworów dostanie 50.000 dolarów. Za zdjęcie uśmiechniętego dziecka gazeta nic mu nie zapłaci. Tragedia jest w cenie. Przy okazji ma przetransportować do USA turystkę – córkę swojego szefa, która utknęła w Meksyku. Łatwo się domyślić, jak charakterologicznie skonstruowana została ta para i co ich spotka podczas kilkudniowej podróży przez skażoną strefę. Brzmi dosyć groteskowo. Brzmi żenująco schematycznie. Ale „Monsters” to nie kolejny B-movie z potworami ulepionymi z plasteliny. Nie jest to też film, w którym budżet efektów specjalnych uczynił z obrazu niestrawną grę komputerową.

„Strefa X” to dystopia, w której ludzie pozbawieni zostali swojej pozycji panów świata, co pozwala im krytycznie ocenić własną kondycję. To inteligentna i całkowicie aktualna wypowiedź o niezdrowym stosunku człowieka do posiadanej władzy. Życie w strefie zagrożenia i w symbiozie z obcymi istotami stało się czymś normalnym. Katastrofa miała miejsce sześć lat temu. Świat wchłonął obcą cywilizację i funkcjonuje nadal bez większych problemów. Problemem obcych istot, które atakują tylko wtedy, gdy zostaną zaatakowane, zdają się interesować przede wszystkim Stany Zjednoczone. Skażona strefa wygląda jak wielki poligon, de facto jest miejscem walki człowieka o władzę, o dominację nad każdą nową istotą, która w ludzkim porządku się pojawi, próbując przemycić do niego swoje prawa. Dla obcych nie ma tutaj miejsca. Największe spustoszenie nie jest spowodowane przez krwiożercze ośmiornice, które wcale krwiożercze nie są, lecz przez chemiczną broń, którą stosują Amerykanie. Wędrówka pary bohaterów przez skażoną, opuszczoną strefę jest podróżą przez naturę, która wreszcie pozostawiona została samej sobie. Krajobrazy jak z rycin Piranesiego. Zarośnięte roślinnością budynki. Szczątki samolotów. Miejsca kultu, które stały się siedliskami zwierząt. Człowiek jest tutaj zaledwie gościem, tymczasowo przebywającym rezydentem.

„Strefa X” to pierwszy długi metraż brytyjskiego reżysera Garetha Edwardsa, specjalisty od filmowych efektów komputerowych i kolejne jego spotkanie z tematyką wielkiej katastrofy. „Solar Storm”, „Super Tornado”, „End Day Perfect Disasters” – te tytuły wcześniejszych obrazów Edwardsa (dokumenty, seriale telewizyjne) mówią same za siebie i skutecznie odstręczają widzów, którzy się nie odnajdują w gatunku sci-fi. „Strefa X” jest jednak ożywczą wariacją na temat filmowej fantastyki. Graficzne kwalifikacje Edwardsa doskonale w filmie widać, a onirycznie sfilmowana finałowa scena – będąca pointą tej symbolicznej opowieści – nakręcona na opuszczonej teksańskiej stacji benzynowej, jest świetna.

„Strefa X”
reż. Gareth Edwards
dystrybucja: Best Film
premiera polska 9.07.2011



„Strefa X” wchodzi do Polski ponad rok od premiery. W ubiegłym roku objechała międzynarodowe festiwale filmowe, zbierając zdecydowanie pozytywne recenzje. W Wielkiej Brytanii film był nominowany do nagród BAFTA, zdobył kilka nagród BIFA. W Polsce potraktowany został jako kino wakacyjne i wprowadzony na ekrany w lipcu. To błąd.