Nr 15/2025 Na dłużej

Zwiotczałe Cia$teczko

Łukasz Muniowski
Muzyka

„Przepraszam za Limp Bizkit. Serio. Wstyd mi, że zainspirowaliśmy takie gówno” – powiedział dziewięć lat temu basista Rage Against the Machine, Tim Commerford. Niemal wszystkie rap-rockowe i nu metalowe zespoły mają ogromny dług wobec Rage Against the Machine, więc te słowa musiały zaboleć. Grupa lewicowców z Los Angeles łączyła antykapitalistyczne przesłanie z punkiem, rockiem i dopiero wchodzącym do mainstreamu hip-hopem. Ostatnia płyta zespołu, „Renegades” (2000), to zbiór coverów ulubionych artystów członków zespołu: Rakim sąsiaduje tam z MC5, The Stooges z Cypress Hill, a Minor Threat z EPMD. Wydany w 1992 album „Rage Against the Machine”, a szczególnie utwór „Killing in the Name” z hipnotycznie powtarzanym, antysystemowym przesłaniem – „Fuck you, I won’t do what you tell me” – wyraża bunt pokolenia, które nie godzi się na rządową propagandę, hipokryzję i społeczną opresję. Mimo młodego wieku, członkowie zespołu mieli ugruntowany światopogląd i wiedzieli, co chcą przekazać. RATM sprawili, że dla młodych Amerykanów komunizm stał się cool.

Jedną z osób, która chłonęła ich utwory, był dwudziestoletni aspirujący reżyser z Florydy, Fred Durst. Związany ze środowiskami rockowymi, rapowymi i deskorolkowymi w Jacksonville chłopak uznał, że najlepszym sposobem na pokazanie światu swoich umiejętności filmowych będzie założenie zespołu i zrealizowanie kilku teledysków. Do Dursta dołączyli basista Sam Rivers, perkusista John Otto i gitarzysta Wes Borland. Talent tego ostatniego przerastał emploi zespołu i predysponował go do ciekawszych muzycznie rzeczy, przez co kilkakrotnie odchodził z Limp Bizkit. Nawet teraz Borland mówi wprost, że nie słucha tego rodzaju muzyki, co w przeszłości było źródłem wielu konfliktów z wokalistą. Borland to artysta, Durst natomiast długo był uosobieniem „wiggera”, białego chłopaka ślepo naśladującego styl afroamerykańskich raperów, a jego odwrócona daszkiem do tyłu czerwona czapeczka stała się symbolem pretensjonalności, niedojrzałości i obciachu.

Adekwatnie tę aurę żenady oddaje zresztą tytuł trwającej obecnie europejskiej trasy zespołu – Loserville. Skoro jednak tak wygląda recepcja, to dlaczego Limp Bizkit koncertuje aktualnie przed tłumami fanów – i to fanów w bardzo różnym wieku? Dlaczego w marcu wypełniona po brzegi łódzka Atlas Arena skandowała głupkowate teksty Dursta?

Wszystko wskazuje na to, że doświadczamy odrodzenia zainteresowania nu metalem jako gatunkiem, o czym może świadczyć na przykład zainteresowanie przyszłorocznym koncertem innych ikon nu metalu, Deftones. Czy to tylko nostalgia? A może trend, w myśl którego tak zwane pokolenie zetek ironicznie hołubi artystów lubianych przez rodziców i starsze rodzeństwo? Jeśli istotnie chodzi o hate listening, próżno szukać odpowiedniejszego zespołu do takiej praktyki kulturowej niż Limp Bizkit.

Sama nazwa – którą pozwolę sobie, przy zachowaniu pomysłowej pisowni oryginału, luźno przetłumaczyć jako Zwiotczałe Cia$teczko – miała zdaniem Dursta szokować. Ich piosenkom było jednak daleko do happeningów Andy’ego Kaufmana, obecnie przedstawianego przez Dursta jako duchowego ojca zespołu. Retroaktywne podejście Dursta do głupawych, mizoginicznych i grafomańskich tekstów z pierwszych płyt to pewnego rodzaju gra z pamięcią odbiorów, ponieważ niecałe trzydzieści lat temu Limp Bizkit traktowali swoją muzykę bardzo serio – mimo że nie mieli nią nic do przekazania.

Pokrewne im muzycznie zespoły cechowały złość i sprzeciw, nawet jeśli – jak wspomniane wcześniej Rage Against the Machine – nie rzucali wyzwania całemu aparatowi opresji. Wokalista zaprzyjaźnionej z Limp Bizkit grupy Korn, Jonathan Davis, przepracowywał w tekstach traumy z dzieciństwa, Slipknot mieli wyrazisty image i jako zespół z Des Moines w stanie Iowa, trafiali do dzieciaków „znikąd”, a w porównaniu z innymi twórcami nu metalowymi Mudvayne, Deftones i System of a Down były ambitnymi przedsięwzięciami artystycznymi. Na ich tle Durst, jak i cała grupa, wypadali raczej blado, a wyróżniała ich przede wszystkim obecność DJa, podkreślająca hip-hopowy sznyt – jeszcze przed pierwszą płytą do zespołu dołączył DJ Lethal, uprzednio należący do popularnej grupy rapowej House of Pain.

Debiut Limp Bizkit, „Three Dollar Bill Y’All” (1997), pamiętany jest głównie ze względu na cover „Faith” George’a Michaela, który może porywać, szczególnie gdy skrecze DJa Lethala i gitara Borlanda agresywnie współgrają ze sobą. Dzieje się to w utworze, który w swoim zamiarze miał być triumfem, a nie wyzwaniem rzuconym… no właśnie, komu? Tu pojawia się pytanie, które można zadać całej płycie, jeśli nie całej dyskografii zespołu: przeciwko czemu ta agresja jest skierowana i czy nie jest ona przypadkiem bardziej świadectwem zdziecinniałości wykonawców niż realnej, uzasadnionej frustracji? O braku kierunku świadczy wkładka do albumu, w której znajduje się ankieta z prośbą, by odbiorca zaznaczył lubiane utwory, zasugerował rzeczy do poprawy i wysłał ją do Jacksonville. Swoją drogą ciekawi mnie, ile osób faktycznie to zrobiło.

Drugi album, „Significant Other” (1999), zawiera dwa najbardziej znane utwory zespołu: „Nookie” i „Break Stuff”. Wykonanie „Break Stuff” na jednorazowo reaktywowanym w tym samym roku festiwalu Woodstock wpędziło Dursta i spółkę w kłopoty po tym, jak podczas utworu doszło do zamieszek. Choć były one wyrazem frustracji słabo zorganizowaną imprezą, organizatorom wygodniej było zrzucić winę na zespół, co nie było w tamtych czasach rzadkim zjawiskiem – winą za uliczną przemoc lat 90. obarczano gangsta rap, a sprawcy strzelaniny w liceum w Columbine mieli działać pod wpływem muzyki Marilyna Mansona.

Fot. Achim Raschka, CC BY-SA 4.0 | Wikimedia

Poza Durstem i eksperymentującym z siedmiostrunową gitarą Borlandem pozostali członkowie wydają się na albumie schowani jako kompozytowy szum w tle. Wyjątkiem od reguły jest spokojniejsze „Re-Arranged”, który niosą bas Riversa i perkusja Otto. Bardziej reprezentatywne dla aspiracji Dursta jest hip-hopowe „N 2 Gether Now”, gdzie zespół zostaje zastąpiony przez podkład DJa Premiera, a tekstowo gościnnie udziela się Method Man. Obecność dwóch legend hip-hopu miała legitymizować Dursta jako rapera, ale postawienie go obok członka Wu-Tang Clanu jedynie obnażyło jego braki warsztatowe. Nie przeszkodziło to Durstowi w dalszym nagrywaniu utworów z pierwszoligowymi raperami, takimi jak Redman, DMX, Lil Wayne, Snoop Dogg czy Kurupt, którzy w większości niestety dostosowywali się poziomem do niego.

Kariera filmowa również nie potoczyła się po myśli Dursta i nie został, jak kiedyś powiedział, Freddiem Fordem Coppolą. Teledyski realizował głównie dla własnego zespołu i znajomych grup, jak Korn i Staind, ale zaproszono go do nagrania piosenki promującej „Mission: Impossible 2” (2000), przerabiającej temat muzyczny z serialu z lat 60. na solidny nu metal. Utwór znalazł się również na płycie „Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water” (2000), nagranej w pośpiechu, głównie dla zysku. Płytę pierwotnie miał realizować sam ojciec rap-rocka, Rick Rubin, ale poddał się po tygodniu. Pierwszym singlem było „My Generation”, w którym główną rolę gra Otto i brzmi równie potężnie jak John Bonham z Led Zeppelin. Drugim singlem był chyba największy hit Limp Bizkit, „Rollin’”. W teledysku Borland wprost nabija się z wiggerów, co z perspektywy czasu można było odebrać jako zwiastun jego rychłego odejścia.

W 2001 roku, u szczytu sławy, zespół został bez gitarzysty, co w świecie rocka często oznacza śmierć, ale Limp Bizkit nie mieli zamiaru poddać się bez walki. MTV zrealizowała dokument o poszukiwaniach nowego członka zespołu i pracy nad albumem, ostatecznie zatytułowanym „Results May Vary” (2003). Istotnie, odbiór płyty był inny od dotychczasowych, bo poza krytykami, którzy i tak niespecjalnie przepadali za zespołem, odwrócili się od niego także fani. I tu historia mogłaby się zakończyć, ale rok później Borland wrócił. Czas z dala od grupy uświadomił mu, jak dobrze się czuł, będąc jej częścią. Realizował się artystycznie, pracując nad innymi projektami, ale to grając z Limp Bizkit, najlepiej się bawił. Jego powrót i zmienione podejście otworzyły drzwi do tego, co obserwujemy teraz – Limp Bizkit stał się zespołem niemalże kultowym, tak złym, że aż… akceptowalnym.

Surowy, nagrany w czeskiej Pradze minialbum „The Unquestionable Truth (Part 1)” (2005), który ukazał się bez jakiejkolwiek promocji, był ostatnią próbą bycia potraktowanymi poważnie. Brzmieniowo to płyta najbliższa Rage Against the Machine. Tekstowo też, gdyby wokalista RATM, Zack de la Rocha, był używającym okrągłych zdań bezideowcem o okrojonej wiedzy społeczno-politycznej. Płyta była komercyjną klapą. Świadomi własnych ograniczeń członkowie zespołu zrobili sobie przerwę, podczas której postanowili, że pójdą w autoparodię, co wyszło im zaskakująco dobrze. Na „Gold Cobra” (2011) zespół już miał do siebie dystans, ale jeszcze próbował grać jak w latach świetności. „Still Sucks” (2021) to już uznanie własnej nieporadności, czego świadectwem jest nie tylko sam tytuł, ale też główny singiel, „Dad Vibes”, w którym Durst wchodzi w rolę obciachowego ojca.

Po prawie trzech dekadach artystycznego istnienia możemy mówić o uformowaniu się tożsamości Limp Bizkit. Jest coś uroczego w tym, że pięćdziesięciolatkowie nadal trzymają się razem i wspólnie koncertują. Patrząc na Dursta w siwej brodzie, tupeciku i kreszowym dresie, nie należy jednak zapomnieć o jego dawnych celebryckich skłonnościach i pretensjonalnych zachowaniach, jak nagranie sekstaśmy czy krótkotrwała zmiana nazwy zespołu na „limpbizkit” bez podania konkretnego powodu. Zarazem muzyk dołożył starań, by zmienić postrzeganie swojej osoby. Przyczynił się do tego udział w filmie „Y2K” (2024), gdzie Durst gra siebie z samoświadomością i ciepłem, o jakie nie podejrzewaliby go fani w latach świetności zespołu. Podobnie jak on, Limp Bizkit musieli po prostu dojrzeć, a krokiem ku temu było zaakceptowanie, że nie są buntownikami wobec systemu, a jego beneficjentami. Jeśli o mnie chodzi, Rage Against the Machine nie muszą przepraszać za Limp Bizkit.