Lila to taneczny ceremoniał uzdrowienia z północy Afryki odbywający się przy dźwiękach muzyki gnaua. Odprawiany jest przez kapłanów-muzyków zwanych mellemami, a jego nazwa pochodzi od arabskiego słowa oznaczającego „noc”. Do lila dołączyć może każdy – warunkiem jest zgoda na to, że przestać tańczyć można dopiero wtedy, gdy się padnie z wyczerpania lub doświadczy przemiany. „Jak wygląda ten moment, po czym poznać, że to już to?” – spytałam, a Marokańczyk tworzący tradycyjny instrument strunowy gumbri, który będzie akompaniował niejednej lila, wyjaśnił: „Jeśli przyjdzie, nie da się go nie rozpoznać”.
W apokaliptycznym rejwie „Sirât” Olivera Laxe rozsiane są jego okruchy – na seansie przypominającym techno-rytuał myślę o lila. Rzemieślnik miał rację: nie muszę się zastanawiać, czy to na pewno to.
Po wyjściu z kina dłuższą chwilę nie mogłam dojść do siebie. Nie takiego katharsis chciałam. Widziałam ten film już ponad miesiąc temu i nadal nie mam pełnej, jednoznacznej pewności jego oceny. „Sirât” zapisał się przynajmniej kilkoma nowymi siwymi włosami na mojej głowie, nie pamiętam, kiedy ostatni raz oglądałam coś, niemal wyskakując ze skraju fotela. Laxe wycyzelował film-doświadczenie i takich nie trafia wiele do kinowej dystrybucji. Dlatego zachęcam, by samemu wejść na ten „cienki jak włos i ostry jak miecz most między niebem a piekłem” (co oznacza tytułowy Sirât), by poczuć bas w żebrach i razem z salą w szoku wciągnąć powietrze.
Światło słońca ma cieplejszy odcień. Pył jest wszędzie; osiada na ubraniach, przykurza ciało, zalega w małżowinach usznych i miesza się z mokrym wnętrzem nosa. Silne ręce stawiają ścianę głośników – to znak wkroczenia w obraz najważniejszego aktora „Sirât”: basu. To dźwiękowy zakres totalny, który wibruje w kościach i żołądku; któremu można się poddać i oddać; który sprawia, że ktoś na pustynię zwozi zestaw głośników, by ustawić z nich wielką konstrukcję, a inni dedykują swoje życie podążaniu za dźwiękiem. Rejwerzy na pustkowiu łączą sprzeczności: to dość jednorodna stylistycznie grupa outsiderów, którzy razem chcą być osobni. Na jej tle Luis, Estebán i terier Pipa wyróżniają się swoim utytłaniem w normcore’owości – są niepasującym elementem, estetycznie przypominającym o istnieniu przedmieść w kontraście do kilkudniowej, ekstremalnej, wszechmocnej imprezy na pustkowiu. Grający duet ojca i syna Sergi López i Bruno Nuñez łączą ciepłą łagodność i wielki smutek. Luisowi dobrze patrzy z zatroskanych oczu mężczyzny w średnim wieku, dwunastoletni Estebán szczerze chce pomagać ojcu, Pipa jest psem spokojnym i wesołym – co zatem tam robią? Szukają zaginionej córki/siostry, która od prawie pół roku nie daje znaku życia, choć widziano ją na którymś z rejwów na marokańskiej pustyni.
By kontynuować poszukiwania, nietypowa rodzina dołącza do rejwerów. Grupa ta, składająca się głównie z Europejczyków – mówiących po angielsku i hiszpańsku, a nie w marokańskim dialekcie darija – wydaje się atrakcyjna, by projektować na nią znaczenia. Mogą i reprezentować nihilistyczne odrzucenie tradycyjnych wartości w obliczu końca świata, i okazać się niespodziewanie znalezioną rodziną bez więzów krwi albo wydmuszką haseł z transparentów z losowej manifestacji („Jeśli nie mogę tańczyć, to nie jest moja rewolucja”). Laxe bardzo skutecznie buduje ich niejednoznaczność – możemy być wobec nich nieufni, zafascynowani nimi albo wobec nich sceptyczni – wskazując na przywilej grupy, jakim jest decyzja o pozornym odrzuceniu systemu oraz skorelowane z nią niemożliwość, desperacja i nieudolność. Grupa aktorów nieprofesjonalnych portretujących rejwerów na konferencji prasowej w Cannes wyglądała jak żywcem zdjęta z ekranu – ich chropowata charyzma nie trąci nutą fałszu, to casting-petarda. Z czułością patrzę na nich jak na wspólnotę, ze złością jak na dzieci, które uważają, że rzeczywistość znika, kiedy zamkną oczy; że nie są częścią świata, jeśli obrócą się do niego plecami. Wydaje się, że w Maroku bohaterowie filmu przebywają już dłuższy czas, nieźle znają topografię tego kraju, ale zdają się nie mieć pojęcia o jego historii. Kiedy wojsko niespodziewanie przerywa rejw, grupa wyłamuje się z eskortowanej kolejki samochodów z celem mglistym, naiwnym i ułudnym. Poza ekranem unosi się widmo trzeciej wojny światowej, ale szybko i ostentacyjnie ktoś wycisza niechciane informacje sączące się przez radio. Po co wiedzieć, co się dzieje – przecież ich to nie dotyczy, oni przecież wybrali inne życie. Oni wybierają taniec, kiedy kończy się świat. Tańczyć: zamknąć oczy, wypełnić uszy.
Pustynia to drugi główny bohater „Sirât”. Mogłoby się wydawać, że przedstawia się ją bardziej jak miejsce-metaforę niż faktyczne miejsce, jak krajobraz-absolut, który można uznać za monumentalną „scenę egzystencjalizmu”. Ale Laxe umie niczym alchemik wyważać ciężką grawitację rzeczywistości z ponadziemską projekcją znaczeń – podobne wrażenie miałam, oglądając jego „Siłę ognia”, w którym hiszpańska Galicja, jej wilgoć i zniszczenie, są jednocześnie ideą i konkretnością. W „Sirât” jednak Sahara to nie idea pustyni. To obszar niosący ciężar historii, z którego Laxe, przez dwanaście lat mieszkający w Maroku, z pewnością zdaje sobie sprawę. W całym filmie pada jedyne zdanie, które umiejscawia opowiadaną historię na mapie politycznej. Hiszpańskojęzyczna rejwerka, wskazując kierunek drogi na kolejną imprezę, używa określenia „blisko Mauretanii”. I tu opuszczamy już porządek metafizyczny i zostajemy sprowadzeni na ziemię – Maroko bowiem nie ma granicy z Mauretanią.
Ma ją Sahara Zachodnia, która nie jest częścią Maroka, ale pozostaje pod jego militarną okupacją. Trwa ona od lat 70., kiedy to Hiszpania wycofała się z tego obszaru. W latach 80. Marokańczycy postawili na tej pustyni Mur Wstydu – system wałów i fortyfikacji mający ponad 2500 km, w którego skład wchodzą pola minowe. Ich leżący wzdłuż wału pas uznaje się za najdłuższy na świecie, a od lat władze Maroka odmawiają ich rozbrojenia. Podróżujący przez pustynię rejwerzy pokazują nam, że nie można żyć poza systemem – wciąż są Europejczykami w Afryce Północnej, Hiszpanami w Maroku albo nie mającymi pojęcia o historii miejsca, w którym się znajdują, albo świadomie ją ignorującymi. Szokujące wydarzenia z trzeciego aktu filmu są wynikiem tej zarówno kolektywnej, jak i indywidualnej ignorancji – stopniowo następującymi tragicznymi konsekwencjami niby niewinnych małych nie-myśleń, nie-zapobiegań, nie-wiedz.
Moja interpretacja „Sirât” wciąż ewoluuje, ale dziś widzę w filmie Laxe przede wszystkim wypowiedź na temat politycznego analfabetyzmu, symultanicznie przykrywanego monumentalnością i eschatologią oraz niezaprzeczalnie rozrywkowym rytmem i wysokim shock value. Czy jego konstrukcja zorientowana na przeżywanie cierpienia przez bohaterów jest cynicznie okrutna? Nadal nie jestem pewna, ale nie da się ukryć, że tym tytułem Laxe zacementował swoją pozycję wśród kinowych nazwisk, na których kolejne realizacje się czeka.
Siła „Sirât” tkwi w skutecznie skomponowanym doświadczeniu zmysłowym: w wprawieniu ciała w drżenie, okrutnej grze z przeludzką chęcią posiadania nadziei i jej sukcesywnym odbieraniem, w kolektywnym wdechu zaskoczenia wypełniającym pierś widowni podczas zwrotów akcji i trwającej po nich dzwoniącej w uszach ciszy. Celem tworzenia kina drogi do piekieł nie jest wyłącznie opowiedzenie historii (dlatego z dystansem podchodzę do zarzutów o niedomagania scenariuszowe) – lecz fizyczne zbliżenie do potencjalnego odczuwania końca świata. To intensywna i bardzo precyzyjna praca nad tym, by odrzeć widzów z przyzwyczajeń nadawania sensów. Próżne są oczekiwania tego, co przecież powinno się stać, niemal fizycznie bolą rozczarowania płynące z oddanej pozornej kontroli przyzwyczajeń, aby fabuła podążała za rozsianymi tropami, zamiast je bezczelnie porzucać.
„Nikt w życiu nie pyta się o to, czy jesteśmy gotowi, rzeczy po prostu się dzieją” – powiedział Laxe o „Sirât”. Gotowi czy nie, ruszamy w podróż przez tytułowy „Sirât” – most dzielący niebo i piekło, wąski, ostry i bolesny, dudniący basem i pachnący benzyną. Jeśli uważacie, że coś się stać powinno, porzućcie wszelką nadzieję.
No dobrze, może nie wszelką. Nie większa niż ziarnko piasku nadzieja tkwi w tym, że koniec tego świata kadrowany jest jak jego nowy początek.