Teksty utworów rapowych często osnute są wokół liniowej koncepcji czasu, a poszczególnym jej częściom przypisywane są osobnicze funkcje. Wszelkie przekształcenia społeczne, ekonomiczne i kulturowe zrzucane są na karb teraźniejszości i poddawane surowej krytyce, zależnie od aspektu będącego głównym tematem kawałka. W poszukiwaniu odpowiedzi na te problemy raperzy zwracają się z kolei ku przeszłości, używając bliżej nieokreślonego „kiedyś” („back in the days”) jako punktu odniesienia dla toczącego współczesność upadku zasad. Czas nie jest jednak postrzegany wyłącznie jako antagonista. Przyszłość jawi się zwykle jako nadzieja dla młodego pokolenia, a to jeszcze będzie miało chwilę – zależnie od przyjętej optyki – aby imprezować lub spoważnieć. Ze wszystkich tych cząstek najbardziej frapujące dla artystów wydaje się „teraz”, choć równocześnie można odnieść wrażenie, że w rapie bieżący moment rzadko jest odpowiedni. Na każdy utwór, w którym konkretny wykonawca wieszczy „swój czas”, przypada kilka utyskujących na teraźniejszość.
Za popularyzację motywu czasu w hip-hopie były odpowiedzialne między innymi wspólne utwory DJ’a Premiera i Nasa. Ci pionierzy współczesnego rapu cieszą się ogromnym szacunkiem środowiska, jednak nigdy na dobre nie przebili się do muzycznego mainstreamu. Nie jest tak, że nie próbowali – Nas nagrywał z Amy Winehouse i Kelis (z którą potem wziął ślub), natomiast Premier pracował z Craigiem Davidem, Limp Bizkit czy Christiną Aguilerą – ale mimo to obydwaj lepiej czuli się w hip-hopowym milieu. Komercja jest im obca do tego stopnia, że trudno wyobrazić ich sobie jako użyczających twarzy różnym markom z rapem niezwiązanym, jak robili artyści podobnego formatu: Snoop Dogg (metaverse), Eminem (NFT) czy Jay-Z (NFL). Nie stronili jednak od współprac zgodnych z ich muzyczną tożsamością: obydwaj promowali Sprite’a, od kilku dekad przypochlebiającego się raperom i koszykarzom, a Nas niedawno złamał swoją zasadę o niereklamowaniu alkoholu i pojawił się w spocie dla Hennessy, od lat 90. z rapem kojarzonym. Co ciekawe, już w 1996 roku Nas rapował o obydwu markach: „I don’t stunt, I regulate / Henny and Sprite, I separate” w moim ukochanym „Take It in Blood”.
Na wydanym w 1994 roku debiucie Nasa, „Illmatic”, pojawiają się trzy produkcje Premiera. Dwudziestoletni wówczas raper – płytę nagrano w 1993 roku, Nas urodził się w 1973 – koncentruje się na wspomnieniach. W „Memory Lane”, „N.Y. State of Mind” czy „Represent” opisuje własną potencjalność, która – co ważne – wyrasta z przeszłości, jako konsekwencja trudnej sytuacji ekonomicznej mieszkańców nowojorskiej dzielnicy Queens. Niezaprzeczalnie najlepszy ze wspólnych utworów duetu, „Nas Is Like” (1999), również zawiera odniesienie do czasu: „Freedom or jail, clip’s inserted, a baby’s being born / Same time a man is murdered, the beginning and end”. Moment narodzin i śmierci, „początku i końca”, osadza rapera w życiu, a więc teraźniejszości, na co wskazuje zresztą sam tytuł – „Nas jest jak”. Cykliczności życia dotyczy też najbardziej melancholijna z jedenastu zrealizowanych do 2024 roku kolaboracji artystów, „2nd Childhood” (2001), w której Nas mówi o utrzymującej się dziecięcej fascynacji światem.
To zatem okrutna ironia, że pierwszy wspólny długogrający album DJ’a Premiera i Nasa nosi tytuł „Light-Years” (2025), bo wyczekiwana od trzech dekad współpraca producenta i rapera ukazała się o lata świetlne za późno. Obydwaj artyści funkcjonują raczej jako legendy, które zapracowały na swój status w odległej już przeszłości. Pozostało im więc odcinać od swoich sukcesów kupony – czy to koncertując ze starym materiałem, czy nagrywając nowy (doświadczenie pokazuje, że można spodziewać się jedynie odbiegnięcia jakością od poprzedniego). Minął już bowiem okres, w którym dwaj twórcy kształtowali trendy i generowali dyskusje o kierunku, w którym zmierzała hip-hopowa kultura. To zresztą zrozumiałe, że pięćdziesięciodziewięcioletni Premier (Christopher Martin) i pięćdziesięciodwuletni Nas (Nasir Jones) nie odgrywają już pierwszoplanowych ról na tej scenie – czas tępi najostrzejsze pióra tekściarzy, a produkcja staje się rutyną. Dlatego trudno traktować „Light-Years” inaczej niż jako coś, co obydwaj artyści mieli do odhaczenia. To samo uczucie towarzyszy sięganiu po album – chęć posłuchania efektów współpracy Premiera i Nasa nie jest wynikiem zaciekawienia, tylko szacunku wobec tego duetu. A może nawet poczucia obowiązku.
„Light-Years” zamyka cykl „Legend Has It…” wytwórni Nasa, Mass Appeal, w ramach którego ukazały się w zeszłym roku płyty Slick Ricka, Raekwona, Ghostface’a, Mobb Deep, Big L’a i De La Soul. Albumy tych niezaprzeczalnych ikon rapu stanowiły albo pośmiertne domknięcia ich karier (Mobb Deep, Big L, De La Soul), albo zebrane dość przypadkowo utwory dla fanów i koneserów. Na takim tle wspólny album Premiera i Nasa wyróżniają jasny zamysł i temat, jak również określone grono potencjalnych odbiorców, oczekujących go przecież odkąd artyści pojawili się na okładce magazynu „Scratch” w 2006 roku. Kiedy osiemnaście lat później ukazał się luźny utwór „Define My Name”, a pod jego koniec Premier i Nas ogłosili, że przyszedł czas na wspólny album („Premier album still gon’ happen”), napięcie wzrosło. To krótkie stwierdzenie przyniosło uzbrojonym w ogromne pokłady cierpliwości fanom chwilową ulgę, ale przede wszystkim podniosło oczekiwania wynikające z… długiego oczekiwania. Wkrótce jednak okazało się, że projekt Premiera i Nasa wpasowuje się w towarzyszący innym wydawnictwom z cyklu nastrój nostalgii i – niestety – rozczarowania.
W warstwie muzycznej płyta nie wykracza bowiem poza typowy w ostatnich latach poziom Premiera, a nawet odbiega od standardu, do którego przyzwyczaili się fani. Producent do perfekcji opanował cięcie i zapętlanie sampli oraz operowanie ciszą, która zwykle następuje bezpośrednio przed lub po uderzeniu werbla, dzięki czemu każdy dźwięk ma znaczenie i wywołuje reakcję u słuchacza. Stworzone przez niego bity wprawiały głowę odbiorcy w ruch, przy czym jego produkcji nigdy nie cechowała szczególna melodyjność. Brzmienie „Light-Years” znacznie się od tego różni, tak jakby za stronę muzyczną nie był odpowiedzialny sam Premier, lecz jakiś nieudolny naśladowca uczący się obsługi FL Studio na oficjalnym zestawie sampli producenta. Choć zrozumiała jest inspiracja brzmieniem lat 80., kiedy podkłady budowane były wokół mocnych bębnów i kilku pociętych dźwięków, to utwory, takie jak „Madman”, „Pause Tapes” czy „Nasty Esco Nasir”, przywodzą skojarzenia odmienne od zamierzonych: odrzuty z paczek podkładów wysyłanych do drugo- i trzecioligowych raperów.
Nas jest natomiast tak zapatrzony w przeszłość, że nawet na odnoszącym się do życia po pięćdziesiątce „3rd Childhood” co chwilę wraca do czasów Timberlandów, zwieszonych jeansów i czapek z daszkiem, jednocześnie twierdząc, że przeszłość jest teraz, bo wciąż w niej żyje. W „Nasty Esco Nasir” jego rapowe persony, które wykreował na różnych etapach kariery, prowadzą ze sobą dialog, przez co przeszłość i teraźniejszość znów stanowią monolit, a czas staje się tylko konceptem, a nie czymś, co mija i zagraża trwaniu. W „It’s Time” Nas wcale nie mówi o czasie, który nadszedł – luźne tłumaczenie tytułu to „Już czas” – a o tym, który minął i do którego wraca za pośrednictwem muzyki. Ta staje się pomostem z historią i pozwala przepisywać przeszłość, choćby oddając zaległe hołdy graficiarzom („Writers”) i kobietom w rapie („Bouquet”). Sposoby ujęcia niektórych tematów przez Nasa również zdają się żywcem wyjęte z przeszłości, bo określanie siebie „muzycznym narkomanem” („Junkie”) czy „szaleńcem” („Madman”) przerabiał niemal każdy raper w dziejach. Nawet kiedy Nas mówi o wychowaniu synów w „Sons (Young Kings)”, to powołuje się na same ogólniki, których można oczekiwać od bezdzietnego mnie, a nie ojca dwójki dzieci.
Nas jest moim ulubionym raperem, DJ Premier jednym z ulubionych producentów, dlatego – jako desygnowany odbiorca albumu – jestem rozczarowany. Przeszkadza mi przesadny minimalizm muzyki oraz konwersacyjne, gadane flow i ton Nasa, bo pamiętam, jakie niesamowite obrazy obydwaj odmalowywali dźwiękiem i słowem. Do tych dawnych współprac wraca się zresztą z przyjemnością; po ten album będę natomiast sięgać jedynie po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że był słaby. Spodziewałem się choć odrobiny dawnej magii, ale myślę, że jej brak nie wynika z niewystarczających chęci, motywacji czy umiejętności. Wydaje się, że ten cholerny czas znów okazał się nieodpowiedni. A skoro taki jest, to żadne starania nie wybrzmią zgodnie z oczekiwaniami.