Nr 1/2026 Na teraz

Wygrać rozstanie

Łukasz Muniowski
Muzyka

Drogi szeregowiec na Brooklynie. Mężczyzna i kobieta z dumą prezentują swój dom. Duma jest uzasadniona – pokoje są piękne, tapety kosztowne, a meble kupione na prestiżowych aukcjach. W pewnym momencie mężczyzna podkreśla, że wystrój ma spełniać potrzeby kobiety (i jej dwóch córek), a dla niego zaaranżowanych zostało tylko kilka zakątków ich wspólnego mieszkania. W miarę dalszego oglądania materiału z wizyty „Architectural Digest” u Lily Allen i Davida Harboura sprzed dwóch lat staje się widoczne, że wcale tak nie było. Użytkownicy YouTube’a zostawiają pod trwającym kilkanaście minut filmem retroaktywne komentarze i punktują momenty rzekomo świadczące o tym, jak niezdrowa była ta relacja. Po premierze najnowszej płyty Allen, „West End Girl” (2025), na której piosenkarka przedstawiła powody rozstania ze znanym z roli Hoppera w „Stranger Things” aktorem, nastąpiła masowa identyfikacja moralnych ubytków Harboura, wśród których widzowie krótkiego materiału wskazali przede wszystkim zbytnią gadatliwość i… niewystarczająco entuzjastyczne reakcje na żarty żony. Bardziej wymowne wydaje się jednak eksponowanie przez samego Harboura, jak wiele rozwiązań w domu wprowadzono z myślą o nim – w końcu to właśnie skupienie na własnych potrzebach zniszczyło jego małżeństwo.

Snuta przez Harboura opowieść również okazuje się problematyczna. Z jednej strony aktor przejmuje całą narrację, rzadko dopuszczając żonę do słowa i tym samym desygnując ją do roli ornamentu. Z drugiej natomiast zawłaszcza (stereo)typowo kobiece elementy wystroju, takie jak kwieciste tapety czy baterie łazienkowe w kształcie łabędzi, i usilnie stara się pokazać, że z dystansem traktuje swoją męskość – skoro nie boi się takich rozwiązań, to przecież wyróżnia się na tle większości mężczyzn. Równocześnie bez mrugnięcia okiem mówi o kuchni i garderobie jako miejscach przeznaczonych dla Allen, ograniczając znaną z niezależności i ciętego języka piosenkarkę do roli matki i żony (o czym ta zresztą śpiewa na „West End Girl”). Tu ten kontrast uderza szczególnie – w końcu mowa o jednej z odważniejszych popowych artystek, gotowej rzucić wyzwanie homofobii i rasizmowi („Fuck You”, 2008), sypialnianemu egoizmowi („Not Fair”, 2008) czy całemu przemysłowi muzycznemu („Hard Out Here”, 2014).

Ponieważ twórczość Allen od początku stanowiła odbicie jej poglądów i/lub życia osobistego, zasadne wydają się pytania, na ile Allen sprzed kilkunastu lat odpowiadała bohaterkom tamtych piosenek, ile łączy ją z obecną, czterdziestoletnią matką dwójki dzieci i – co chyba najistotniejsze – na ile jest jej bliska narratorka „West End Girl”. Do takich rozważań zachęca zarówno sam tytuł albumu, wskazujący na konkretny moment w życiu artystki, jak również performatywność wpisana w jej zawód. West End w Londynie to dzielnica teatrów – i to właśnie podczas prac Allen nad musicalem rozpoczął się rozkład jej związku. Z kolei West End w Nowym Jorku to część Manhattanu z charakterystycznymi szeregowcami; jeden z nich zamieszkiwali, a następnie prezentowali na kanale „Architectural Digest” Allen i Harbour. Do którego West Endu należy więc Allen? W którym z nich widzieliśmy jej „prawdziwą” twarz, a na którym jedynie występowała? Niezależnie od odpowiedzi perspektywa opinii publicznej i recepcja albumu są dość jednoznaczne: Harbour skrzywdził Allen, zmuszając ją do otwarcia małżeństwa, a potem wielokrotnie naruszył zasady, na mocy których kobieta przystała na to rozwiązanie.

Niezależnie od stanowiska wobec otwartych związków i zdrady o wiele łatwiej sympatyzować z Allen niż Harbourem i uznać jej wersję wydarzeń za obowiązującą. Milczenie Harboura tylko podbija prawdziwość narracji „West End Girl”. Przedstawiona przez nią opowieść jest tak realna i bogata w szczegóły, że szczerość zdaje się przebijać nawet przez przepuszczony przez autotune wokal. Piosenkarka dekonstruuje swoje małżeństwo, opisując odkrywanie kolejnych kłamstw męża i własne rozpaczliwe próby odnalezienia się w zmienianej przez niego rzeczywistości. W otwierającej album, tytułowej piosence „West End Girl”, opisuje niemal sielankową przeprowadzkę do Nowego Jorku, w ramach której mąż jest siłą napędową ich kolejnych działań. Kiedy Allen śpiewa, że jej samej nigdy nie byłoby stać na tak wygodne życie, stawia się w roli uległej. Choć dwukrotnie podkreśla, że czuje się z tym nieswojo, opuszcza gardę. Po latach kłopotliwych relacji i walki z uzależnieniem wreszcie jest szczęśliwa.

Do czasu. Wkrótce bowiem otrzymuje propozycję objęcia roli w musicalu na wspomnianym wcześniej londyńskim West Endzie. Oferta wzbudza jej entuzjazm i Allen od razu na nią przystaje, jednak – jak relacjonuje w piosence – jej partner reaguje na to wydarzenie chłodno i z zazdrością. Mimo to kobieta wyjeżdża. Niedługo później, podczas prac nad przedstawieniem, dostaje telefon od męża z pytaniem o otwarcie ich związku. Zaskoczona, wprawiona w poczucie winy i przekonana, że musi zrekompensować swoją nieobecność, zgadza się. Czuje się jednak zdruzgotana, o czym traktuje następny utwór, „Ruminating”, którego szybkie tempo oddaje gonitwę myśli, jaka odbywa się w głowie Allen w środku nocy. W „Sleepwalking” wyeksponowano z kolei, że winą za stan rzeczy partner obarcza kobietę, która jako żona i matka nie może z definicji spełnić jego wyuzdanych fantazji seksualnych. Relegowanie Allen do roli „madonny” mówi jednak więcej o patriarchalnych poglądach Harboura niż o ograniczeniach piosenkarki.

Momentami narracja Allen o zakończonym związku przypomina porozrzucane wątki, łączące się ze sobą w chaotyczną, a jednocześnie spójną opowieść o miłosnym rozczarowaniu. Bohaterka wpada w pułapkę konwencji i próbuje spełnić oczekiwania męża, a metaforą jej starań – jedyną w tej bezpośredniej, momentami boleśnie szczerej opowieści – jest mecz tenisowy rozgrywany między dwójką małżonków. Tenis nie jest sportem kontaktowym, a dystans między zawodnikami podkreśla rozwieszona na środku boiska siatka. Zapalczywą wymianę piłek stopniowo zakłóca „ta trzecia” – Madeline, stanowiąca kompozyt kilku kobiet, z którymi Harbour zdradzał Allen. To, że w otwartym związku może dochodzić do zdrady, pokazuje właśnie tekst „Madeline”. Allen przedstawia zasady, na które przystała: seks miał być dyskretny, uprawiany z nieznajomymi i za pieniądze, aby wyeliminować jakikolwiek komponent uczuciowy. Te ustalenia jednak notorycznie łamał jej partner, co bohaterka odkrywa w „Pussy Palace”, gdy zagląda do mieszkania męża (a może miejsca odosobnienia czy kawalerskiej garsoniery, zachowanej mimo zakupu wspólnego domu). Znajduje w nim ślady obecności innych kobiet, a w leżącej na podłodze reklamówce prezerwatywy i zabawki erotyczne, najpewniej nieużywane w ich małżeńskim pożyciu. W pewnym momencie rozgoryczona bohaterka próbuje się odegrać i znaleźć kogoś na jedną noc, o czym śpiewa w „Nonmonogamummy” i „Dallas Major”, ale prędko zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę wcale tego nie chce, a ponadto dałaby wtedy mężowi przyzwolenie na kolejne zdrady.

Odpowiedź Allen zdaje się dużo mocniejsza – i bardziej dotkliwa – niż fizyczna bliskość z inną osobą. O zdradzie prawdopodobnie wiedziałby wyłącznie Harbour; album pozwolił natomiast Allen odzyskać kontrolę nad narracją. Jego recepcja skutecznie zamazuje obraz aktora jako ciepłego i troskliwego, który ten konsekwetnie starał się utrzymywać – zarówno poprzez ojcowską postać graną w „Stranger Things”, jak i we wspomnianym na samym początku materiale. Płyta „West End Girl”, wydana po siedmioletniej przerwie od poprzedniego albumu, „No Shame”, to przełamanie twórczego kryzysu, ale co ważniejsze, także wyzwolenie się od niezdrowej relacji. Pod względem muzycznym jest melodyjna i wpadająca w ucho, choć sama tematyka nie jest przyjemna. W „Tennis” trudno nie powtarzać za Allen powracającego pytania o to, kim jest Madeline, a w „Dallas Major” podśpiewywać, jak bardzo nie chce się szukać walidacji w oczach innych. „West End Girl” to przemyślany, bardzo dobry pop, gdzie lekkość formy kontrastuje z nieprzyjemną, momentami wręcz bolesną treścią.

Jednocześnie Allen udaje się uniknąć użalania nad sobą, które pogrzebało ostatni „rozwodowy” album porównywalnie rozpoznawalnego artysty – „Paulę” (2014) Robina Thicke’a. „West End Girl” to nie porażka obrócona w triumf ani krytyka otwartych związków, a osobista reakcja na życiowe rozczarowanie. Szczegóły i szczerość pozwalają poczuć ból bohaterki i choć nie jest to arcydzieło na poziomie „Rumours” Fleetwood Mac czy „Here, My Dear” Marvina Gaye’a, trudno wymagać więcej w czasach afirmacji, manifestacji i narzucanej przez social media perfekcyjności.

Lily Allen, „West End Girl”
BMG
2025