Tymek Papior, jeden z najbardziej kreatywnych muzyków młodego pokolenia na współczesnej polskiej scenie alternatywnej, nagrał płytę, na której potrzeba odkrywania zderza się ze świadomością, że wszystko zostało już odkryte.
Odtwarzając w serwisach streamingowych „Wspólną sprawę”, wydany w styczniu nowy album Papiora, po minucie każdego z utworów, zamiast rozwinięcia muzycznej narracji, usłyszymy komunikat, że z resztą materiału możemy zapoznać się jedynie na bandcampowej stronie artysty. Tam jednak liczba darmowych odsłuchów została przez twórcę ograniczona do trzech. Po wykorzystaniu tej możliwości pozostanie już tylko zakup cyfrowej wersji albumu i tym samym bezpośrednie wsparcie artysty, o które muzyk apeluje w opisie projektu – nie tylko w odniesieniu do własnych nagrań.
Brak transparentności w wynagradzaniu połączony z żerowaniem na twórczości artystów, kontrowersyjne inwestycje, współpraca z organizacjami wspierającymi autorytarne praktyki, wpuszczanie w muzyczny obieg treści AI i promowanie ich kosztem dorobku prawdziwych (cielesnych) autorów, aby jeszcze bardziej zminimalizować odpływ zysków poza korporacje – to powszechnie już znane patologie serwisów streamingowych. Muzycy uwikłani we współczesny obieg kulturowy przyjmują wobec tych praktyk różne strategie. Na bojkot pozwolić sobie mogą najczęściej ci najbardziej rozpoznawalni, którzy zaistnieli w świadomości słuchaczy jeszcze przed pojawieniem się serwisów streamingowych, lub ci, którzy zbudowali wokół swojej twórczości szeroką społeczność fanowską i własne kanały komunikacji. Dołączają do nich funkcjonujący poza obiegiem głównych nurtów idealiści, którzy przedkładają wartości etyczne ponad merkantylne korzyści (choć często jedynym zyskiem w streamingu jest możliwość publikacji swojej muzyki z nadzieją, że algorytm wyłowi ją z nadmiaru podobnych i umieści wśród rekomendowanych playlist). W realiach, w których niemożliwy wydaje się powrót do starego (niepozbawionego wad) schematu obiegu kultury (autor – fachowe media z czytelnym system rekomendacji – odbiorca) obecność w serwisach streamingowych pozostaje często jedyną możliwością zaistnienia w świadomości słuchacza (w takim przypadku wielu twórców, twórczyń czy labeli decyduje się na wybór tego najmniej problematycznego). Papior proponuje z kolei ciekawy kompromis pomiędzy potrzebą widoczności a wiernością ideom artystycznej niezależności, przywiązaniem do etycznych wartości i etosem DIY. To szczególnie wymowny gest w czasach, w których opcja zarobienia na swojej pracy twórczej wiąże się z mniejszym lub większym flirtem z pazernymi korporacjami internetowymi zapewniającymi z jednej strony nieograniczony dostęp do (skapitalizowanych) narzędzi promocji, a z drugiej mającymi wpływ na ograniczenie możliwości efektywnej dystrybucji własnej twórczości poza systemem. Budujące jest to, że zwraca na to uwagę twórca zaledwie dwudziestotrzyletni – reprezentant pokolenia, na którego obecność w realiach kulturowych składają się przede wszystkim doświadczenia cyfrowe. Jednak jeszcze bardziej budujący jest efekt tej (póki co jednorazowej) akcji wydawniczej: niespełna tydzień od premiery Papiorowi udało się sprzedać za pośrednictwem platformy Bandcamp cały nakład swojej płyty na CD. I choć wynosił on 100 sztuk, to w kontekście twórcy grającego muzykę daleką od mainstreamowej, rzadko koncertującego solo (mniejsza możliwość sprzedaży bezpośredniej), a także wobec wiodącego modelu odsłuchu, jakim jest dziś streaming (nie można wykluczyć, że wpływ na wynik sprzedaży płyty ma również pewien sentyment do trwałych nośników), ilość ta daje powody do satysfakcji, zwłaszcza kiedy przełożymy ją na mierzalne efekty.
Jeśli bowiem przeliczymy 100 zakupionych egzemplarzy albumu liczącego jedenaście utworów na realia streamingowe, to jednorazowe przesłuchanie „Wspólnej sprawy” (jak łatwo policzyć 1100 pojedynczych odtworzeń) na najbardziej krwiożerczej i paradoksalnie najpopularniejszej platformie oferującej strumieniowy dostęp do muzyki wygenerowałoby dziś dla autora zysk w kwocie około… 3–5 dolarów (ok. 18 zł, a trzeba wziąć pod uwagę, że wypłata tych środków uzależniona jest jeszcze m.in. od rodzaju konta). To mniej niż cena jednego albumu sprzedawanego przez niego na Bandcampie w wersji cyfrowej (25 zł; cena płyty CD wynosiła natomiast 75 zł).
Funkcjonowanie w postkapitalistycznym obiegu kultury monopolizującej możliwość dostępu do odbiorcy, który Papior stara się kontestować, wydaje się jednak niewielkim dyskomfortem wobec niemożliwego do uniknięcia uwikłania w zeitgeist wyczerpania i stagnacji. Wyobrażam sobie, że dla autora, który w swojej sztuce (oraz w wypowiedziach) wysyła wyraźne sygnały, jak istotnym punktem artystycznych poszukiwań jest dla niego wychodzenie poza strefę szarości i obowiązujący dyskurs, tworzenie w rzeczywistości „powtórzenia i rekombinacji” może być wyzwaniem o gorzkim posmaku. Możliwie jednak, że ekstrapoluję na młodego instrumentalistę swój własny sentyment za czasami, kiedy kolejne stylistyczne rewolucje zmieniały globalny krajobraz muzyczny i popkulturowy co pół roku.
Solowa twórczość Papiora potrafi wyrwać mnie z odrętwienia i zobojętnienia, w które coraz częściej wprawia mnie obcowanie z obecnie wydawaną muzyką. Chcę zaznaczyć przy tym (i być może ustrzec się przed zarzutem boomerstwa), że obiektem mojej tęsknoty jest sama dynamika zmiany kulturowej, której mechanizm napędzał rozwój muzyki przez znaczną część mojego życia, i który zaczął tracić na impecie w pierwszej dekadzie XXI wieku. Odległe jest mi natomiast celebrowanie wspomnień o owocach tej zmiany – zespołach, płytach, gatunkach – oraz porównywanie ich z ich aktualnymi odpowiednikami. Technologiczne, ekonomiczne i społeczno-kulturowe procesy drugiej połowy XX wieku, a zwłaszcza jej końcówki, tworzyły warunki podatne dla artystycznych odkryć i błyskawicznie (mimo braku powszechnej dostępności do internetu) eksponowały ich efekty, czego nie można powiedzieć o kulturze przesytu i wyczerpania charakterystycznej dla późnego kapitalizmu. I chyba nie do końca potrafię wytłumaczyć, dlaczego właśnie w muzyce Papiora tak mocno wyczuwam podobną tęsknotę.
Tęsknotę motywowaną potrzebą poszukiwania świeżości doznań estetycznych w realiach, w których wszystko wydaje się już odkryte, a sam proces odkrywania skrajnie zatomizowany i zindywidualizowany. Wspominałem o tym już przy okazji recenzji poprzedniej płyty Papiora, „Rugs / Carpets” (Coastline Northern Cuts, 2024). Operowanie gęstymi i złożonymi strukturami rytmicznymi, nie do nadawania groove’u, ale do kreowania przestrzeni; wrażliwość brzmieniowa eksponująca szeroką, a przy tym spójną paletę krótkich dźwięków perkusyjnych i elektronicznych; budowanie napięć między perkusjonaliami a oszczędnymi elementami harmonicznymi – to elementy kształtowania abstrakcyjnego autorskiego języka, które przy okazji błyskotliwie zacierają różnice między kunsztem instrumentalisty i inwencją producenta.
Nie inaczej jest na „Wspólnej sprawie”, z tą różnicą, że w jej przypadku punkt formalnego odniesienia został przesunięty z przestrzennej elektroakustycznej abstrakcji w kierunku klubowej elektroniki. Usłyszymy tu zatem wiele nawiązań do jungle i breakbeatu, gatunków popularnych jeszcze w latach 90., przywołanych w konwencji współczesnej muzyki basowej na fali nostalgicznego recyklingu. Odniesień stylistycznych jest jednak więcej, ale Papior traktuje je z dużą inwencją. Abstrakcyjny hip-hop absorbuje elementy IDM, a inspirowane footworkiem czy gqom rytmiczne formy zostają ubrane w sound designerski garnitur brzmieniowy. Klubowa konwencja stanowi dla muzyka laboratorium, w którym zatarciu ulegają różnice między eksperymentem a muzyką rozrywkową. Niskie basy wybrzmiewają w towarzystwie chropowatych tekstur, zapętlenia rozwijają się w otwarte perkusyjne konstelacje uderzeń i postukiwań, a momenty kulminacji balansowane są ambientową kontemplacją.
„Wspólna sprawa” jest w głównej mierze oparta na błyskotliwym dozowaniu znanych już składników i pozycjonowaniu ich względem siebie. Gatunkowe skrawki Papior zszywa abstrakcyjnymi przebiegami perkusjonaliów, które nadają znajomym figurom odrealnioną aurę. To wystarczy, żeby wywołać u słuchacza dreszcz ekscytacji. W realiach wyczerpania warto docenić choćby samą ambicję poszukiwania i próbę snucia oryginalnych opowieści.