Ze Zdenką Pszczołowską, dyrektorką Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku, rozmawia Bartosz Cudak
Zdenka Pszczołowska: Wciąż mnie zaskakuje, gdy ktoś się tak do mnie zwraca. Nie chcę jednak nadawać mojej funkcji niepotrzebnego ciężaru, który sprawiałby, że muszę się z nią „oswajać”. Traktuję ją jako przywilej – daje mi możliwość programowania instytucji i przejęcia odpowiedzialności za tworzenie komfortowych warunków pracy. To szansa, by wprowadzać dobre praktyki w obszarze instytucjonalnym. Komfort pracy jest dla mnie bardzo ważny. Jednak taki priorytet, ku mojemu rozżaleniu, często bywa wyszydzany, podczas gdy badania pokazują, że większość ludzi pracuje efektywniej w sprzyjającym środowisku. Moje zadania postrzegam jako moderowanie teatru, a nie zarządzanie nim czy – co gorsza – rządzenie osobami, które są w nim zatrudnione.
Miałam wówczas okazję dobrze poznać zespół – zarówno artystyczny, jak i administracyjny. Bardzo polubiłam ten teatr i ludzi, którzy go tworzą. Od samego początku nadawaliśmy na podobnych falach, czułam się tu jak u siebie i tak zostało do dziś.
Byłam w trakcie prób do „Małego Księcia”, kiedy zakończył się, bez rozstrzygnięcia, pierwszy konkurs. Wtedy właśnie zespół – pół żartem, pół serio – zapytał mnie, czy gdyby rozpisano drugi, nie chciałabym wziąć w nim udziału. Zaczęłam się nad tym poważnie zastanawiać, ale musiałam się upewnić, czy spełniam wymogi formalne. Nie byłam wcześniej dyrektorką. Gdy okazało się, że nie ma formalnych przeszkód, podjęłam decyzję, by spróbować. Byłam w uprzywilejowanej pozycji, bo przygotowując tu premierę, miałam szansę od środka poznać teatr, jego wyzwania oraz widownię.
Nazwałabym to konsensualnym konstruktywizmem: pracuje tu zgrany, odważny, zaangażowany i bezkonfliktowy zespół, w którym każda z osób formułuje myśli – również te krytyczne – w sposób, który nikomu nie szkodzi. Każda, bez wyjątku! Pracowałam wcześniej ze wspaniałymi zespołami, również odważnymi i twórczymi, a jednak ten słupski mnie zaskoczył. Dostrzegłam tu potrzebę otwartej, szczerej i empatycznej komunikacji, która wynika z chęci zapobiegania sporom. Choć nikt nie uczył tu metod komunikacji bez przemocy, każdy posługuje się nimi intuicyjnie. Wiem, to brzmi dosyć utopijnie, ale dwa miesiące mojej pracy tutaj potwierdzają tę obserwację. Mamy przecież nieporozumienia, nie zawsze się ze sobą zgadzamy, a jednak tworzymy zgrany skład artystyczno-produkcyjno-administracyjny.
Poza tym podczas prób do „Małego Księcia” zobaczyłam gotowość do eksperymentu i otwartość na różne strategie twórcze. Czułam się w tej pracy jak na haju – miałam poczucie wspólnoty i uważności. Feedback, który otrzymywałam, był konstruktywny, nienachalny, bardzo partnerski, ale także krytyczny, kiedy wymagała tego sytuacja. Duże wrażenie zrobiło na mnie też zaangażowanie aktorów w życie teatru, co odebrałam jako znak realnej potrzeby, by współtworzyć instytucję, a nie tylko w niej występować.
Dużym atutem tego teatru jest też jego kameralność. Mała skala umożliwia większe partnerstwo i zmniejsza ryzyko konfliktów. A jeśli już jakieś się pojawią, łatwiej je rozwiązać. Nie podjęłabym się teraz prowadzenia dużej instytucji, która wymaga planu naprawczego. Nie mam wystarczającego doświadczenia, a poza tym praca w teatrze mnie cieszy i nie chcę, by objęcie stanowiska dyrektorskiego to zmieniło. Dominik Nowak zostawił ten teatr w dobrej kondycji artystycznej i w bardzo dobrym stanie na poziomie infrastrukturalnym. Mimo słabości, które są przecież nieuniknione, mogę w tym miejscu od razu zacząć rozwijać różnorodne idee, a nie zajmować się gaszeniem pożarów.
Gdy zaczęłam szukać osoby na stanowisko wicedyrektora, Jowita Kropiewnicka, aktorka teatru, poleciła mi Agatę, która między innymi pozyskiwała dla tej sceny pieniądze z alternatywnych źródeł. Miałam zaufanie do Jowity, a i z Agatą dobrze mi się wówczas współpracowało, choć nie byłyśmy w bliskiej, bezpośredniej, tylko raczej w korespondencyjnej relacji. Zweryfikowałam kompetencje Agaty i uznałam je za bardzo wysokie. Zdecydowałam nawet, że jeśli nie przyjmie ona mojej propozycji, nie będę ubiegać się o stanowisko dyrektorki. Nasza dotychczasowa kooperacja potwierdza, że podjęłam właściwą decyzję. Mam do Agaty ogromne zaufanie. Jest rzeczywiście mistrzynią pozyskiwania środków i panuje nad emocjami (co, jak wiemy, nie jest wcale oczywiste wśród osób z kadr zarządzających). Ma też świetne pomysły, jest konkretna i jednocześnie bardzo wrażliwa. Ponadto nie tylko zna od środka teatr, jego zespół, miasto i mieszkańców, ale też świetnie orientuje się w kwestiach dostępności i pedagogiki teatru. A to dla mnie bardzo ważne obszary, które chcę rozwijać. Nie wyobrażam dziś sobie innej osoby na tym stanowisku.
Chodzi o to, by w ciągu mojej pięcioletniej kadencji słupski teatr stał się pionierem higienicznych i przyjaznych warunków pracy. Komfort osób zatrudnionych w instytucji powinien być wartością stałą, niezależną od sezonowych sukcesów artystycznych. Miałam różne doświadczenia zawodowe i wiem, że dla każdego pracownika i każdej pracowniczki ogromne znaczenie ma poczucie bezpieczeństwa i szacunku. Ich brak bywa destrukcyjny. Z inicjatywy części pracowniczek wprowadziliśmy zajęcia z jogi, a od stycznia zaczniemy współpracę z Centrum Rehabilitacji Avenir. Wszystkie osoby pracujące w teatrze, nie tylko aktorki i aktorzy, będą mogli każdego roku bezpłatnie skorzystać z określonej liczby wizyt w tym miejscu. Wprowadzamy także możliwość pracy zdalnej oraz zmieniamy godziny prób – z tradycyjnych, często przeklinanych porannych i wieczornych – na pracę w trybie 10–16. Taki system, który świetnie sprawdza się w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, został w Słupsku przyjęty jednogłośnie. Cieszą się nie tylko osoby pracujące artystycznie i technicznie, ale także ich rodziny.
Z tym bywa bardzo różnie. Najbardziej denerwuje mnie hipokryzja – rozbieżność deklaracji i wypisanych na sztandarach haseł z czynami. Zdziwiłbyś się, gdybym ci powiedziała, w którym teatrze pracowało mi się szczególnie źle i gdzie spotkałam się z mobbingiem. Zdziwiłbyś się, jakie proponowano mi warunki zatrudnienia w miejscach, które promują równość czy higienę pracy i produkują spektakle o ważnych sprawach. A teatry, które są krytykowane przez prasę (często bez wystarczającej weryfikacji faktów), okazały się najprzyjaźniejszymi miejscami zatrudniania. Takim przykładem jest Teatr Nowy w Poznaniu. Życzę twórczyniom i twórcom wynagrodzeń proponowanych przez dyrektora Piotra Kruszczyńskiego, wsparcia promocyjnego Rafała Michalczuka, otwartości działu literackiego (Marek Grześkowiak i Magda Koryntczyk), wyrozumiałości struktur administracyjnych, cudownego zespołu technicznego, aktorskiego itd. Po prostu pełen profesjonalizm i transparentność.
Poza tym relacje wewnętrzne rzeczywiście bywają wybiórcze. Dyrektorki i dyrektorzy czasami uzależniają swój szacunek do pracownika względem zajmowanego przez niego stanowiska. To jest obrzydliwe. Widać wtedy frustrację osób zatrudnionych w działach administracyjnych, które czują się pomijane i niedoceniane; frustrację pracowników technicznych wynikającą z przepracowania; frustrację zespołu artystycznego, doświadczającego podczas wcześniejszej produkcji manipulacji reżyserki-demiurżki. Może zostanę uznana za naiwną, ale uważam, że dobre funkcjonowanie instytucji opiera się na ludziach – ich satysfakcji z pracy i posiadanych perspektywach rozwoju. Nie wystarczy zapewnić cieplarnianych warunków artystom – trzeba wsłuchać się w potrzeby każdej zatrudnionej w teatrze osoby i zaopiekować się każdym. Uważam, że twórczynie i twórcy zapraszani do teatrów powinni respektować panujące tam zwyczaje. Nie zgadzam się, by reżyser zachowywał się wobec pracowniczek i pracowników administracyjnych czy produkcyjnych jak szef, w dodatku kiepski.
W Słupsku zaczynamy od małych gestów. Odkąd zostałam dyrektorką, organizujemy comiesięczne spotkania wszystkich osób zatrudnionych, co ma poprawiać wewnątrzinstytucjonalną komunikację i minimalizować ryzyko nieporozumień. Dbamy też o dobre samopoczucie pracowników – organizujemy spotkania integracyjne i wspólne aktywności (jak np. wspomniane zajęcia jogi) dostosowane do czasowych możliwości osób zatrudnionych. Zamierzam również zaktualizować umowy zawierane z twórcami. Mają one jasno określać obowiązki obu stron. Udział w spotkaniach promocyjnych czy sesjach zdjęciowych będą odtąd regulować umowy, a nie niepisane zasady. Pomoże to wszystkim wykonywać pracę bez tworzonych sobie nawzajem przeszkód.
Tak. Wprowadzimy też zasadę, że wszystkie omówienia odbywać się będą na forum, a nie prywatnie, w gabinecie. Pomoże to uniknąć niedopowiedzeń i manipulacji. Chcę inwestować w mądry, konstruktywny feedback.
Od nowego roku czeka nas seria różnorakich szkoleń – zaczniemy od szkolenia antymobbingowego z Moniką Klonowską, najlepszą w Polsce specjalistką w tym zakresie. Będziemy mieć też warsztaty z twórczego feedbacku z Mirą Mańką. Cel jest prosty: chcę proponować wszystkim moim pracownikom rozwój zawodowy, doskonalenie się, podnoszenie kompetencji. Niektóre szkolenia – jak te z przeciwdziałania mobbingowi – będą obowiązkowe, inne – na przykład z feedbacku, emisji i rehabilitacji głosu czy przeciwdziałające wypaleniu zawodowemu – dobrowolne. Chociaż może te ostatnie też powinny być obowiązkowe?
„Blisko” to słowo klucz, rodzaj deklaracji programowej. To także hasło pierwszego sezonu, którym zaczynam moją dyrektorską przygodę.
Bliskość kojarzy mi się pozytywnie, ale ma też swój rewers – blisko nas są także wojny, reżimy, bieda, kataklizmy, kryzysy ekonomiczne, klimatyczne i geopolityczne. Wokół nas są ludzie, którzy potrzebują, by być blisko nich. Chodzi więc o świadomość, że rzeczywistość, również ta trudna, kształtuje się tuż obok, a teatr nie może się od niej odwracać. Musi reagować, być „blisko”.
Chcę otworzyć słupski teatr na różne środowiska i potrzeby. Teatr nie może być postrzegany jako zamknięta, sztywna instytucja kultury, lecz jako włączające miejsce dialogu i integracji. Planujemy działania edukacyjne zarówno dla dojrzałych, jak i młodych widzów, które mają tworzyć przestrzeń spotkania, a nie hierarchii. W tym chór! I nie trzeba będzie umieć śpiewać, żeby się do niego zapisać…
To jedyny obszar w słupskim teatrze, który wymaga radykalnych zmian. Brakuje tu pętli indukcyjnej, spektakli z audiodeskrypcją, napisami i tłumaczeniem na Polski Język Migowy, a także stref wyciszenia. Chcemy to zmienić oraz przeprowadzić obowiązkowe szkolenia z dostępności dla wszystkich pracowników, w tym z języka inkluzywnego. Powołaliśmy już zespół do spraw dostępności pod kierownictwem Anny Korejwo-Leszczewskiej, który stopniowo będzie podnosił kompetencje pracowników i dbał o ogólną dostępność teatru. Wszyscy potrzebujemy równych szans uczestnictwa w kulturze – zarówno jako odbiorcy, jak i twórcy, bez względu na nasze szczególne, jednostkowe cechy.
Tak, ale ze względu na ich kompetencje, a nie dlatego, że są osobami z alternatywną motoryką, głuchymi czy niewidomymi. Pracowałam już z bardzo zdolnym dramaturgiem Jakubem Studzińskim, niezwykłą performerką i aktorką Dominiką Kozłowską czy projektantem ubioru o szalonej wyobraźni Krystianem Foltyniewiczem. Samo zatrudnianie osób z niepełnosprawnością nie powinno być rodzajem mody czy trendem, a decyzja o podjęciu współpracy nie powinna wynikać z samej niepełnosprawności. Musimy otworzyć się na nowe języki, bo przegapiamy bardzo utalentowane osoby, które mogą pozytywnie wpłynąć na jakość teatru.
Moja pięcioletnia kadencja rozwijać się będzie wokół haseł: „blisko”, „sprawiedliwość/odpowiedzialność”, „przywiązanie/miłość”, „empatia” oraz „solidarnie, czyli jak?”. Zestawiam je w takiej kolejności nieprzypadkowo, gdyż korespondują ze sobą semantycznie i tworzą opowieść o nowoczesnej, zrównoważonej, rozpoznawalnej, dostępnej, nieprzemocowej instytucji kultury. Tak widzę przyszłość Nowego Teatru w Słupsku.
Pierwszy sezon to czas stabilizacji – ustalania nowych zasad współpracy, poprawy komunikacji i warunków pracy, zaprzyjaźniania się z widzem. W drugim będziemy się skupiać na dostępności i widzialności – by teatr stawał się instytucją otwartą, wyraźniej obecną w świadomości społeczności lokalnej i ogólnopolskiej widowni. Trzeci dotyczy lokalności – chcemy budować silną więź z mieszkańcami, również tymi, którzy dotąd byli wykluczeni z udziału w kulturze. Czwarty sezon, poświęcony empatii, wiąże się ze zrównoważonym rozwojem – inwestowaniem w ekologiczne rozwiązania, takie jak odnawialne źródła energii. A piąty, podsumowujący kadencję, nieprzypadkowo określany jest pytaniem. „Solidarnie, czyli jak?” ma być próbą ewaluacji pięciu lat pracy i zaproszeniem do refleksji nad tym, co dziś znaczy solidarność. Jak można ją praktykować, czy wciąż warto o nią dbać?
Naczelnym kryterium przy budowaniu programu i zapraszaniu reżyserów do współpracy była – oprócz kryterium artystycznego – umiejętność prowadzenia bezpiecznego, wspierającego procesu twórczego. Dlatego do pracy w teatrze zaprosiłam między innymi Mirę Mańkę, Gosię Wdowik, Anię Obszańską, Marcina Wierzchowskiego, Agnieszkę Jakimiak i Mateusza Atmana, Cezarego Tomaszewskiego, Olę Bielewicz, Tomka Cymermana, Marcina Libera, Kasię Minkowską czy Michała Buszewicza. Chcę pokazać, że wysoka jakość artystyczna i etyka pracy mogą iść ze sobą w parze.
Zależy mi na popularyzacji zawodu dramaturga, który nadal nie jest wystarczająco widzialny i doceniany. Chciałabym, żeby dramaturdzy znaleźli swoje stałe miejsce w Nowym Teatrze, a pierwszym krokiem w tym kierunku było przyznanie nagrody na Forum Młodej Reżyserii. Otrzymała ją Marta Szlasa-Rokicka. Wyróżnienie to łączy się z zaproszeniem do współpracy przy produkcji w naszym teatrze oraz do przygotowania czytania performatywnego lub innego autorskiego projektu, a także do rezydencji wytchnieniowej. Chciałabym takie rezydencje wytchnieniowe proponować częściej – twórczyniom i twórcom, którzy nie mają kapitału, by odpocząć i nabrać sił. A może nie tylko twórcom? Takie zapotrzebowanie sygnalizują też pracownicy i pracowniczki działające w różnych innych obszarach.
W przypadku Festiwalu Szkół Teatralnych chciałabym wręczać nagrodę za najlepszą rolę aktorską. Chcę zwrócić uwagę na początkujące aktorki i początkujących aktorów i docenić również ich ciężką pracę.
Dotacja podmiotowa wynosi 3,7 miliona złotych, co – nie oszukujmy się – nie jest dużą kwotą. Będę starać się o jej zwiększenie. Chcę pokazać organizatorowi, że teatr może być marką miasta i regionu, że warto w niego więcej inwestować, bo może przyciągnąć do Słupska ogólnopolską publiczność. Będziemy także starać się o fundusze celowe – ministerialne, europejskie, norweskie – oraz szukać sponsorów komercyjnych. Nie dopuszczę do tego, by brak pieniędzy ograniczał rozwój teatru, który jest w mieście ważną instytucją kultury.
Chciałabym, żeby nasz teatr stał się wzorem wyznaczającym standardy pracy. Marzę o stworzeniu teatru przyjaznego każdemu pracownikowi, który rozwija swoją markę i dociera do nowej publiczności. Mam nadzieję, że w wytyczaniu nowych szlaków będziemy mieli sporą konkurencję – byłby to najlepszy znak, że standardy pracy w teatrze w końcu realnie się zmieniają. Jeśli mamy się w czymś ścigać z innymi, niech to będzie wyścig pod tytułem „Kto lepiej zapewni bezpieczeństwo i higienę pracy w teatrze?”. Rzucam rękawicę!
Boję się, że trudno będzie mi pogodzić praktykę reżyserską z prowadzeniem teatru, i trochę lękam się o moje życie prywatne. Ale – z tak wspierającym zespołem i wicedyrektorką – pogodzenie tego wszystkiego wydaje mi się dzisiaj możliwe! Chciałabym być po prostu fair wobec siebie i wobec instytucji: nikogo nie krzywdzić, nie oszukiwać, być „blisko”, odpowiedzialnie i sprawiedliwie. Będę się starać, by nikogo nie rozczarować. I nie zawieść też siebie.