Nr 1/2026 Na teraz

Szał macierzyństwa

Mateusz Żebrowski
Film

Nie wiem, czy Lynne Ramsay zna „Szał uniesień” Władysława Podkowińskiego, ale podczas seansu jej najnowszego filmu miałem nieodparte wrażenie, że słynny polski obraz z końca XIX wieku mógł być dla reżyserki jedną z głównych ikonograficznych i sensotwórczych inspiracji. Niestety w moim odczuciu postromantyczne spojrzenie na kobiecą psychikę i seksualność okazuje się przestarzałe i sprawia, że „Zgiń kochanie” osuwa się w banał i niezamierzony kicz.

Nowy film autorki „Musimy porozmawiać o Kevinie” (2011) jest adaptacją powieści argentyńskiej pisarki Ariany Harwicz (książka znalazła się przed ośmiu laty wśród pozycji nominowanych do międzynarodowego Bookera). Grace (Jennifer Lawrence) i Jackson (Robert Pattinson) spodziewają się dziecka. Przed porodem wiją rodzinne gniazdo w domu odziedziczonym po wuju Jacksona. Zanim pojawi się niemowlę, para spędza szczęśliwe i upojne chwile, co przedstawia intensywna, wrażeniowa sekwencja montażowa. Po narodzinach syna życie Grace ulega zmianie. Kobieta czuje się seksualnie odrzucona przez partnera, a jej frustracja rośnie z dnia na dzień. Choć buduje więź z dzieckiem (tak przynajmniej może się wydawać, ale film bywa w tej kwestii mylący), nie chce zaakceptować kulturowej, a może również biologicznej roli matki.

Wśród głosów komentujących „Zgiń kochanie” dominuje zdanie, że Ramsay nakręciła emocjonalny traktat o depresji poporodowej lub psychozie poporodowej. Myślę jednak, że potyczki Grace ze sobą i z rzeczywistością wybiegają poza kwestię macierzyństwa. Trudne emocje bohaterki są niemożliwym do jednoznacznej identyfikacji wadzeniem się z własną kobiecością rozpiętą między kulturą i naturą. Niestety podążając za tym, co zostaje przedstawione na ekranie, nie sposób zrozumieć, dlaczego tę wewnętrzną walkę rozpoczyna/intensyfikuje poród (notabene niepokazany w filmie). Nie ma tu fizycznego cierpienia związanego z momentem rodzenia oraz czasem połogu i okresem karmienia, nie ma nieprzespanych nocy, nie ma strachu przed nowym członkiem rodziny. Owszem, jest pracujący mąż, który nie ma szansy pomóc przy synu i sam wydaje się zagubiony w nowej sytuacji, ale najwyraźniej Grace bardziej jest zainteresowana tym, czy Jackson będzie z nią uprawiał seks niż czy wesprze ją przy opiece nad dzieckiem. Pierwsze pół godziny seansu okazuje się sprowadzeniem potrzeb młodej matki do afektu – popędu seksualnego. Grace tarza się po trawie targana pożądaniem, masturbuje przy każdej okazji, z niepohamowaną żądzą patrzy na tajemniczego motocyklistę przejeżdżającego obok domu, podziwia majestatyczną dzikość koni (tu uruchamia się trop prowadzący do obrazu Podkowińskiego). Oglądając opowieść z tej perspektywy, można zapomnieć, że rozerotyzowana bohaterka ma maleńkie dziecko. Fizyczne niespełnienie staje się nieciekawą synekdochą stanu emocjonalnego postaci.

Trudno naprawdę polubić lub zrozumieć Grace, choć, jak sądzę, tego oczekuje od nas reżyserka. Działań kobiety nie da się w pełni wytłumaczyć ani wspomnianą depresją poporodową, ani potencjalnym zaburzeniem osobowości. W scenach z prologu, jedynych w filmie dziejących się przed porodem, bohaterka spędza szczęśliwe chwile z partnerem. W żaden sposób nie sugerują one obcowania z osobą borykającą się z problemami psychicznymi – chyba że mamy w tym przypadku do czynienia z obrazowaniem fazy manii.

Ramsay zdaje się mówić: „Oto kobieta!” – jest, jaka jest: rozbuchana seksualnie, chimeryczna, histeryczna i nikomu nic do tego. Jej szaleństwa i nieprzewidywalność są niczym nieokiełznana natura. Każdy ma prawo do samostanowienia i obrania własnej życiowej filozofii, ale w tej historii jest jeszcze bezbronne i potrzebujące opieki dziecko.

Mat. prasowe Monolith Films

Podczas seansu przychodził mi na myśl wyświechtany, ale trafny bon mot Alexisa de Tocqueville’a: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”, a w przypadku niemowlęcia trafniejszym byłoby wręcz stwierdzenie: „tam, gdzie zaczynają się podstawowe potrzeby drugiego człowieka”. Choć w „Zgiń kochanie” za wszelką cenę próbuje się nam wmówić, że niezależnie od sytuacji dziecku nie dzieje się żadna krzywda (nawet wtedy, gdy rodzice zostawiają je samo w domu bez opieki), nie ma wątpliwości, że obserwujemy fantazję o bezproblemowym osesku, pozwalającym bohaterce eksplorować własną duszę. „Ja sobie poradzę, a ty znajduj siebie”. Byłoby lepiej, gdyby synem zajęła się teściowa (Sissy Spacek), która zresztą proponuje kobiecie pomoc, ale Grace chce zjeść ciastko i mieć ciastko – skupić się wyłącznie na sobie, ale nie rezygnować z opieki nad niemowlęciem.

Postać Lawrence wyraźnie ciągnie do „natury” (specyficznie rozumianej): marzy, żeby być wolna i niezależna jak dziki koń. Jest to płytka i sentymentalna wizja wyzwolenia i zjednania z przyrodą. Świat poza kulturą rządzi się swoimi prawami, nie panuje w nim anarchia. Klacz, która rodzi źrebię, zaopiekuje się nim aż do samodzielności, a jeśli nie (bo przypadki odrzucenia się zdarzają), skaże je na śmierć. Marzeniem bohaterki jest rzeczywistość bez konsekwencji, a widzów zaprasza się, żeby tej wizji przyklasnąć.

Chciałbym, żeby w „Zgiń kochanie” twórcy faktycznie wniknęli w psychikę bohaterki i bez klisz przyjrzeli się jej emocjom. Film niejednokrotnie imituje wyobrażeniowy punkt widzenia postaci. We fragmentach tych dominują jednak projekcje seksualnych fantazji lub kiczowaty symbolizm z centralną metaforą czarnego konia (a jedne z drugim ściśle się wiążą). W tym miejscu wracam do „Szału uniesień” Podkowińskiego (artysta podobno stworzył słynny obraz, a potem próbował go zniszczyć w następstwie burzliwej i nieszczęśliwej miłości do żony przyjaciela). Kazimierz Przerwa-Tetmajer pisał o dziele z przełomu wieków: „Ten rumak szalony [czarny] to szaleństwo jej pragnień, wulkan jej namiętności lawą zionący i wichrem płomieni”. Kobieta, podobnie jak bohaterka Ramsay, pochłonięta jest galopem ku erotycznemu spełnieniu, zezwierzęcona w swojej nagości, przyrównana do burzliwej natury. To bądź co bądź piękne w swym ekspresyjnym wyrazie estetycznym przedstawienie zmusza do rozpatrywania płci poprzez jednoznaczne afekty.

Dziś taką symbolikę należy uznać za banalizującą artystyczny przekaz. Także końcówka filmu nie pomaga w głębszym, bardziej wycieniowanym odbiorze. Oglądamy w niej kiczowatą (znów!) apoteozę niedopasowania Grace do społeczeństwa. Bohaterka idzie naga przez płonący las, oddalając się od ordynarnych spraw ludzkich (takich jak relacja z partnerem czy macierzyństwo), a zbliżając się do pożogi nieskrępowanych namiętności.

Ramsay poniosła w „Zgiń kochanie” dotkliwą porażkę. Miała szansę nakręcić obraz, w którym cząstkę siebie odnajdzie tysiące młodych matek (a może i młodych ojców –byłoby to dla mnie istotne, ponieważ sam należę do tej grupy). Na identyfikację z bohaterką pozwala jednak niewiele scen. Okruchy obiecujące o wiele więcej da się odnaleźć we fragmentach, kiedy Grace nudzi się sama w domu z dzieckiem czy złości na śpiącego partnera przytłoczonego rodzicielstwem. Te drobiazgi muszą wystarczyć. Reszta jest żywcem wyjętą z męskich fantazji i lęków na temat kobiecości. Szkoda, że reżyserka dała się im zwieść.

„Zgiń kochanie”
reż. Lynne Ramsay
premiera: 12.12.2025