Ludwig Wittgenstein pisał w słynnym „Traktacie logiczno-filozoficznym”, że „to, że świat jest moim światem, uwidacznia się w tym, że granice języka (jedynego języka, jaki rozumiem) oznaczają granice mego świata”[1]. Potrafimy opisać czy zobrazować rzeczywistość jedynie za pomocą tych słów i obrazów, z którymi jesteśmy już obeznani, w użyciu których czujemy się bezpiecznie. Nazywamy – na wiele różnych sposobów – to, co nas otacza, i w ten sposób podporządkowujemy sobie otaczający świat. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że takie postrzeganie może pozbawić naszą rzeczywistość jej wielowymiarowości, spłaszczyć ją, niebezpiecznie uprościć. Tymczasem poza granicami języka istnieje wiele elementów, które pozostają nienazwane – konfrontacja z nimi może budzić lęk i niepewność. A przecież – to dalej Wittgenstein – „wszystko, co widzimy, mogłoby być inaczej. Wszystko, co w ogóle potrafimy opisać, mogłoby być inaczej”[2].
Trudno mi uciec od tych refleksji, gdy oglądam wystawę Huberta Czerepoka „Wróg jest miłością” w poznańskiej Galerii Miejskiej Arsenał. Wydaje się, że pochodzący ze Słubic artysta kwestię granic i graniczności opanował doskonale. Nie powinno to dziwić, kiedy uświadomimy sobie, że jego rodzinna miejscowość jest miastem granicznym – położonym nad Odrą, po drugiej stronie której znajduje się Frankfurt. Zbigniew Rokita w reportażu „Odrzania” przypominał, że kwestia państwowości, narodowej tożsamości oraz przywiązania do tego, co rodzime, przybiera dla mieszkańców tych terenów szczególny wymiar. Nie istnieją dla nich polskie Słubice i niemiecki Frankfurt; funkcjonują raczej w symbolicznej miejscowości Słubfurt – mieście, przez środek którego przepływa (oficjalnie przecież rozdzielająca oba państwa) rzeka. Na niej zbudowany jest zaś most, po którym można swobodnie przemieszczać się pomiędzy jedną a drugą stroną.
Przyglądanie się kwestii granic, przejść granicznych oraz narosłych wokół tych tematów konfliktów przyjmuje więc w optyce Czerepoka wyjątkowy wymiar. Zbudowane z neonów abstrakcyjne kolorowe linie, do których sprowadza on granice pomiędzy USA i Meksykiem, Polską i Białorusią, Turcją i Syrią, Węgrami i Serbią czy Izraelem i Palestyną, uświadamiają kruchość kategorii, na których oparte są geopolityczne podziały. Nawet osoby dobrze obeznane z geografią danego regionu będą zapewne miały problem z rozpoznaniem tych kształtów, dopóki się nie skonfrontują z ich opisami. Wyznaczone niegdyś w efekcie zbrojnych konfliktów, pokojowych traktatów czy umów między państwami, są przecież zaledwie tym, co uchwycił artysta – abstrakcyjnymi liniami naniesionymi na mapę świata. Ich narysowanie nie jest jednak wyłącznie kartograficznym gestem, zmienia wszak diametralnie życie prawdziwych ludzi, historie całych rodzin i ich domów. Nierzadko wiąże się z wysiedleniami, utratą majątków, zerwaniem związków z korzeniami (takie opowieści znajdziemy chociażby w przywoływanej już „Odrzanii” Rokity).
Publiczność wystawy w poznańskim Arsenale ogląda tymczasem różnokolorowe neony, które zdobią ściany galerii. Etykiety z tytułami prac umieszczone zostały w pewnej odległości, żeby nie zaburzać odbioru abstrakcyjnych kompozycji. Stojące za nimi ludzkie historie ulegają w ten sposób dematerializacji, a właściwie: sublimacji. To zjawisko fizyczne, polegające na przemianie ciała stałego w gazowe, staje się w przypadku prac Czerepoka nie tyle metaforą, ile realnym działaniem – przecież neony świecą właśnie dlatego, że został w nich umieszczony szlachetny gaz. Artysta tworzy tym samym wypowiedź o tym, jak łatwo znika nam z oczu to, co nienazwane i nieoczywiste; jak sposób opowiadania oraz nazywania świata może pominąć prawdziwego człowieka. I jest to wypowiedź oryginalna nie tyle na poziomie samych sensów, ile dobranego do nich sposobu artykulacji artystycznej wypowiedzi.
Sublimacja jest również pojęciem używanym w psychoanalizie na określenie twórczego przepracowywania nieuświadomionych popędów. To mechanizm obronny, który pozwala nam nie konfrontować się z tym, co niewygodne – miejsce lęku przed nieznanym jest zastępowane przez demiurgiczny gest. W tym przypadku polega on na wyznaczaniu granic oswojonego świata. Działaniu o tyle bezpiecznym, że praktykowanym w zaciszu politycznych gabinetów, bez konieczności konfrontacji z realnymi konfliktami, ludzkimi ofiarami czy koniecznością spojrzenia w twarz tym, dla których wyrysowane abstrakcyjne linie będą miały dotkliwy realny skutek.
Pod tym względem użycie neonów jako twórczego materiału znów okazuje się zabiegiem niezwykle trafionym. Ich światło jest bowiem jaskrawe, oślepia. Nie pozwala przyjrzeć się żadnej z wytyczonych granic z bliska, wymusza perspektywę bezpiecznego dystansu. Pozostawia w ten sposób wrażenie, że opowiadane za pomocą linii i barw sytuacje granicznych konfliktów czy kryzysów nas nie dotyczą. Nawet jeśli jeden z nich obrazuje granicę polsko-białoruską, tak dobrze znaną z medialnych nagłówków, a przecież pozostającą dla większości z nas zaledwie abstrakcją.
Nie inaczej jest z pozostałymi pracami prezentowanymi na wystawie. Oprócz cyklu bezpośrednio odnoszącego się do kwestii granicznych Czerepok wraz z kuratorem, Markiem Wasilewskim, wybrali do ekspozycji również dzieła operujące tekstowymi sloganami. Ksenofobiczne hasła – takie jak „Nigdy nie będziesz Polakiem” czy „To skandal, by Polak nie miał odwagi cywilnej, by uderzyć bezbronnego człowieka” – przedstawione w formie neonów, odwołują się do języka wizualnego charakterystycznego dla estetyki kapitalizmu. Stają się symbolem prostej, atrakcyjnej rozrywki, za pomocą której kupuje się uwagę masowego odbiorcy. W myśl idei, że lud pragnie chleba i igrzysk, artysta oferuje nam zapowiedź cudzego cierpienia, którym możemy nasycić oczy – które staje się towarem na sprzedaż oraz polityczną zabawką. I znów dematerializacji ulega tu człowiek, którego realna obecność stoi za każdym z tych haseł. Zarówno po stronie wypowiadających przywoływane słowa, jak i tych, którzy stają się ich ofiarami.
Czerepok sięga po narzędzie charakterystyczne dla reklamy w przestrzeni publicznej – czegoś, co ma przykuwać naszą uwagę, przyciągać niczym ćmy. Uświadamia nam tym samym, jak przebiegle atrakcyjne potrafi być zło. „Najwięcej radości sprawia upokorzyć kogoś, kto już został dotknięty nieszczęściem” – czytamy na jednym z neonowych napisów i zdajemy sobie sprawę z nieprzystawalności treści do formy, z pułapki, w którą wpadliśmy. Oto kolejny poziom sublimacji, uwalniający podejmowane tematy od ich ciężaru. „Wróg się rodzi” – głosi inne hasło, przywołujące w tradycji rzymskokatolickiej skojarzenia z dobrą nowiną, bezpośrednio przynoszącą przecież przykazanie „kochaj bliźniego swego” (wypowiedział je dopiero Chrystus). To już nie tyle przewrotna gra słów, ile zapowiedź pożądanego towaru, który jest tuż za rogiem. Drogowskaz do potencjalnej przyjemności posiadania rzeczonego wroga, która w tym wypadku stanowi element transakcji sprzedaży.
Neonowe miasta świateł są symbolem niekończącej się rozrywki i nienasyconej konsumpcji. To miejsca hiperrealne – jak powiedziałby Jean Baudrillard – wytwarzające w nas potrzebę, której realnie nie posiadamy. Artysta zdaje się mówić, że tą potrzebą jest oddzielenie się, budowanie granic, zakotwiczenie w antagonistycznym porządku. W takiej bowiem sytuacji świat, który znamy, jest w istocie naszym światem. Nawet jeśli pozostaje abstrakcyjny, oderwany od materialnej rzeczywistości. Ciasny, ale własny.