Nr 12/2026 Na moment

Spełniona obietnica

Łukasz Homziuk
Film Esej

Jeśli wierzyć plotkom, w 2019 roku bracia Dardenne byli o krok od zdobycia (jako pierwsi w historii) swojej trzeciej Złotej Palmy w Cannes. Wyobrażam sobie burzę, jaka przetoczyłaby się przez internet, gdyby przepełnione reżyserskimi gwiazdami (Alejandro Gonzalez Iñárritu, Yorgos Lanthimos, Paweł Pawlikowski, Alice Rohrwacher…) jury rzeczywiście wybrało „Młodego Ahmeda” kosztem „Bólu i blasku” albo „Portretu kobiety w ogniu”. Podejrzewam, że taki werdykt wzbudziłby niesmak podobny do tego, jaki wielu komentatorów wciąż odczuwa, wspominając triumf filmu „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha nad „Tonim Erdmannem”, „Patersonem” czy „Służącą”. Ostatecznie siedem lat temu Jean-Pierre i Luc Dardenne’owie musieli się zadowolić laurem za najlepszą reżyserię, przed falą kontrowersji uchronił nas „Parasite”.

Potencjalne oburzenie publiczności zwycięstwem „Młodego Ahmeda” nie wynikałoby z nikłej jakości filmu, tylko z powszechnego znużenia kinem Belgów, które może się dziś jawić jako szacowne, ale trochę zbyt oswojone. Wyszło z mody, memiarze z niego kpią, krytycy doceniają mniej niż kiedyś. Bracia Dardenne są autorami z prawdziwego zdarzenia: wypracowali sobie na tyle spójny styl i zestaw podejmowanych tematów, że kiedy wybierasz się do kina na film podpisany ich nazwiskiem, nie oczekujesz zaskoczeń. Jak napisał niedawno Jakub Popielecki: „po latach oglądania Dardenne’ów wnioski są z góry wiadome, nie trzeba nawet oglądać kolejnych filmów”. Fabuła i forma: bohaterowie ze społecznych nizin dostają w kość i walczą o godne przetrwanie, a kamera po prostu rejestruje ich codzienną bieganinę. Sytuację produkcyjno-dystrybucyjną równie łatwo przewidzieć: bracia powracają do Cannes, ich film zostaje przyjęty ciepło, ale nie gorąco (w recenzjach słowo „słuszny” króluje nad „zachwycającym”), po czym dostaje jakąś nagrodę. W lipcu pojawia się we Wrocławiu na Nowych Horyzontach, ostatnio już nie w sekcji Pokazy galowe, tylko Mistrzowie (aka znani twórcy, których filmy nie mają potencjału, by wypełnić publicznością największą salę). Niecały rok później trafia do regularnej dystrybucji, po dwóch tygodniach znika z afisza i ze świadomości lwiej części widzów. Cały cykl powtarza się średnio co trzy lata. Nic dziwnego, że można być już tym zmęczonym.

Mało kto z wypiekami na policzkach czeka na nowe dzieła Dardenne’ów – „Młode matki” przechodzą przez polskie kina bezszelestnie. Prostota i powściągliwość, do których w ukazywaniu ekranowych zdarzeń konsekwentnie dążą Belgowie, zdają się we współczesnym kinie nieco anachroniczne. Najbardziej czekamy (przyznaję, że ja również) na filmy wytrącające ze strefy komfortu i bawiące się formą, wybuchowe i zaskakujące. Tymczasem bracia pokazują, że dobrze im na swoim skromnym poletku i nie mają szczególnej ochoty wyściubiać nosa poza jego obszar. Ich styl spowszedniał między innymi dlatego, że doczekali się już pokaźnej grupki mniej lub bardziej utalentowanych naśladowców. Również w ich rodzimej Belgii, gdzie czułe społecznie dramaty kręcą Laura Wandel i Lukas Dhont (choć ten drugi przejawia wyraźnie większą od braci skłonność do estetyzacji).

Mimo to Dardenne’owie pozostają dla mnie twórcami unikalnymi, których nowe filmy oglądam nie tylko z szacunku dla ich zasług, ale i ze szczerą ciekawością. Wcale nie jest prawdą, że kto widział ich jeden film, ten widział wszystkie dzieła rodzeństwa. Forma i tematy pozostają podobne, ale zmieniają się bohaterowie. A przecież jeśli wyciągnąć z twórczości Belgów jedną przewodnią myśl, to chyba właśnie taką, że każdy człowiek wart jest uwagi. Ze świecą szukać filmowców, którzy tak silnie jak oni łączyliby żywe zainteresowanie ludźmi z trzeźwym spojrzeniem na świat i zdolność maksymalnie efektywnego opowiadania obrazem z narracyjną zwięzłością. Pomijając nieszczęsną „Nieznajomą dziewczynę”, bracia Dardenne utrzymują też w miarę równy, wysoki poziom. Po premierze „Toriego i Lokity” pisałem, że to ich najlepszy film od czasu „Chłopca na rowerze”. Po seansie „Młodych matek” mógłbym te słowa powtórzyć.

Wszystko zaczyna się w Cannes

Początki aktywności twórczej belgijskich braci wcale nie zapowiadały tak błyskotliwej kariery. Dokumenty realizowane przez nich w latach 70. i 80. nie zapisały się w historii kina, podobnie jak dwie fabuły nakręcone na przełomie lat 80. i 90. W tamtych filmach trudno dostrzec zapowiedź późniejszych dokonań twórców. Reżyserzy znani kinomanom jako „bracia Dardenne” narodzili się dopiero w 1996 roku w Cannes (gdzieżby indziej?), w pobocznej sekcji Directors’ Fortnight; zarówno Jean-Pierre, jak i Luc byli już wtedy po czterdziestce. Obaj zgodnie przyznają, że to właśnie pokazana na francuskim festiwalu trzy dekady temu „Obietnica” okazała się ich prawdziwym debiutem, pierwszym filmem, który zrealizowali wedle własnego uznania. Inspirowali się dziełami Roberta Rosselliniego, Maurice’a Pialata czy Johna Cassavetesa, ale nie chcieli ich naśladować, tylko dążyć do swojej, autorskiej wersji neorealizmu. Już w „Obietnicy” pojawiły się elementy stylu Dardenne’ów, bez których trudno wyobrazić sobie ich kino: wrzucanie widza w sam środek ekranowego dziania się, prowadzona z ręki kamera pozostająca w ruchu i trzymająca się blisko bohaterów muzyka ograniczona do minimum.

Przy okazji „Obietnicy” Dardenne’owie spotkali się również po raz pierwszy z całym szeregiem współpracowników, którzy pozostali w ich ekipie na lata. W miarę stały skład twórczego zespołu przekłada się na jednorodność i spójność stylu. Nastoletni wówczas Jérémie Renier tak pięknie wcielił się w rolę skonfliktowanego wewnętrznie Igora, że już jako dorosły aktor powrócił później w kilku kolejnych filmach braci. Podobnie jak grający jego ojca Olivier Gourmet, który największą rolę w swojej karierze stworzył w kilka lat późniejszym „Synu”. Autor zdjęć, Alain Marcoen, pracował przy wszystkich projektach Dardenne’ów, od „Obietnicy” do „Nieznajomej dziewczyny”, później zrezygnował z powodów zdrowotnych, a zastąpił go Benoît Dervaux, ich wieloletni operator kamery. Montażystka Marie-Hélène Dozo pracuje z braćmi nieprzerwanie do dziś. Pytana o szczegóły swoich artystycznych decyzji, odpowiada, że jej nadrzędnym celem jest oddanie sprawiedliwości postaciom. Jej słowa wprost wpisują się w filozofię belgijskich filmowców, którzy powtarzają jak mantrę, że punktem wyjścia są dla nich zawsze bohaterowie, nie tematy. Niejako odpowiadają w ten sposób na zarzuty malkontentów, zdaniem których Dardenne’owie pojawiają się z kamerą wszędzie tam, gdzie tylko mogą znaleźć jakąś społeczną patologię.

W „Obietnicy” doskonale widoczne jest skupienie się na bohaterach. Roger zajmuje się ściąganiem nielegalnych imigrantów z Afryki do pracy na budowie, a jego nastoletni syn Igor pomaga mu w ich nadzorowaniu i ostrzeganiu przed kontrolami policji. Dardenne’ów nie interesuje sam przestępczy proceder, tylko ludzie, którzy w nim uczestniczą: Assita, żona jednego z pracowników, który nagle znika, a ona musi sobie poradzić sama w obcym kraju; Roger, bezdusznie wykorzystujący imigrantów kanciarz, jest zarazem całkiem (przynajmniej z pozoru) zaangażowanym rodzicem. Na pierwszy plan wysuwa się jednak Igor, w pierwszej scenie filmu ukazany jako miły chłopak pracujący w warsztacie samochodowym. Nie tylko naprawia usterkę, ale też radzi starszej właścicielce reperowanego samochodu, by uważała na złodziei. W następnej scenie widzimy go przeglądającego zawartość jej portfela. Od początku Dardenne’owie portretują więc Igora jako bohatera dwuznacznego, urokliwego spryciarza o lekko już wygiętym moralnym kręgosłupie. Później wystawiają go na poważną próbę: mąż Assity, Amidou umiera na budowie, a Roger każe Igorowi to przemilczeć i pomóc w pozbyciu się żony pracownika. Kluczowym wątkiem filmu jest to, czy ugnie się całkiem i pójdzie w ślady ojca, czy wytyczy własną, trudną, lecz słuszną drogę.

Za sprawą „Obietnicy” objawili się twórcy światowego formatu, ale świat poznał się na nich trzy lata później. „Rosettę” pokazano ostatniego dnia festiwalu w Cannes, wielu dziennikarzy nie zdążyło jej nawet obejrzeć. Wszyscy spodziewali się Złotej Palmy dla Pedro Almodóvara za „Wszystko o mojej matce”. Wielkie więc było zdziwienie, kiedy David Cronenberg ogłosił, że jury pod jego przewodnictwem jednogłośnie przyznało najważniejszy laur festiwalu filmowi szerzej nieznanych Belgów. Ówczesny dyrektor imprezy Gilles Jacob wyznał, że nigdy wcześniej canneńscy jurorzy nie podjęli decyzji o wyborze Złotej Palmy tak szybko i zgodnie. Dzięki temu werdyktowi Dardenne’owie błyskawicznie zostali gwiazdami europejskiego arthouse’u, a ich film stał się wzorem dla następnego pokolenia społecznych realistów.

Kadr z filmu „Obietnica”, reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne, 1996

Sposoby przetrwania

Centralnym tematem „Rosetty” jest aktywna walka tytułowej bohaterki o lepsze życie. Podobnie jak Igor w „Obietnicy”, dziewczyna chce się wyrwać spod zgubnego wpływu rodzica (w jej przypadku matki) i własnymi rękami zbudować dla siebie przyszłość w jaśniejszych barwach. Głównym środkiem do osiągnięcia celu ma być stabilna praca. Posiadanie źródła dochodu jako synonim godności powróci też kilkanaście lat później w „Dwóch dniach, jednej nocy”, w którym Marion Cotillard jako Sandra puka do drzwi kolejnych znajomych z roboty i błaga ich, by zrezygnowali z własnych premii rocznych dla zachowania jej etatu. W „Synu” z kolei praca objawia swoje zarówno potencjalnie terapeutyczne, jak i zdradliwe oblicze: trudno jednoznacznie stwierdzić, czy bohaterowie porządkują dzięki niej swoje życia, czy może jedynie tłumią trudne emocje.

To jednak nie praca, lecz przyjaźń jawi mi się jako słowo-klucz filmografii Belgów. W swoich dziełach przynajmniej częściowo zadają kłam zasadzie, zgodnie z którą każdy jest kowalem swojego losu. Nawiązanie wartościowych relacji z innymi ludźmi stanowi dla ich bohaterów jeszcze większe marzenie od zapewnienia sobie dobrobytu (czy może inaczej: stanowi warunek udanego życia). W „Dwóch dniach, jednej nocy” ostatecznie najważniejsze okazuje się dla Sandry nie rozstrzygnięcie batalii, lecz świadomość, że podjęła każde możliwe działanie i nie była w swej walce sama; że są tacy, którzy doceniają jej wartość. Natomiast Rosetta promieniuje prawdziwym szczęściem wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się perspektywa przyjaźni. W najpiękniejszej scenie filmu bohaterka stara się przekonać samą siebie słowami, które mogą służyć za podsumowanie sensu całej twórczości Dardenne’ów: „Rosetta, masz przyjaciela, nie skończysz w rynsztoku, dasz radę”. Dziewczyna wyraża na głos pragnienie wszystkich dardenne’owskich bohaterów, którzy usilnie próbują znaleźć kogoś, z kim będą mogli współdzielić niedolę, bo wierzą, że wspólnie łatwiej jest odnaleźć lepsze jutro.

Podczas wizyty w Criterion Closet Dardenne’owie zachwycali się filmem „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”. Na pytanie, o czym opowiada w swym arcydziele Cristian Mungiu, można odpowiedzieć na kilka różnych sposobów. Najczęściej mówi się, że o aborcji albo o schyłkowym etapie reżimu Ceaușescu. Ja powiedziałbym, że o życiu pod dyktando (autorytarnej władzy, konwenansów, wścibskiej rodziny etc.). Tymczasem według Luca Dardenne’a „4 miesiące…” to przede wszystkim „świetny film o przyjaźni”. Myślę, że podobnie można spojrzeć na wszystkie filmy belgijskich autorów. Zamiast widzieć w nich obserwacyjne snuje, dydaktyczne opowiastki o wątpliwych urokach kapitalizmu albo arthouse’owe wcielenia „Trudnych spraw”, dostrzegam filmy po dziś dzień rozbrajające swym humanistycznym zacięciem – zarówno ze względu na empatyczne podejście twórców do bohaterów, jak i ciągłe podkreślanie istotności relacji z innymi. Dardenne’owie przejmująco opowiadają o przyjaźni (i miłości) jako podstawowych budulcach sił witalnych człowieka.

Najbardziej spełnioną relacją w kinie Dardenne’ów jest bratersko-siostrzana więź Toriego i Lokity, tytułowego przybranego rodzeństwa z filmu z 2022 roku. To nie przypadek, że razem są niezwyciężeni, a ich sytuacja wydaje się opłakana, gdy zostają rozdzieleni. Pozostali bohaterowie filmów belgijskich braci o tak silnej więzi marzą i aktywnie jej poszukują. Zwykle mogą liczyć tylko na jej okruszki. Relację Assity i Igora z „Obietnicy” trudno nawet nazwać przyjaźnią. Ona widzi w nim zagrożenie, on pomaga jej dlatego, że w przeciwieństwie do ojca jeszcze nie nauczył się dusić w sobie wyrzutów sumienia. Na razie decydują się wspólnie iść przed siebie. Chociaż niezbyt wiele zdaje się ich łączyć, być może jeszcze zostaną przyjaciółmi i znajdą swoje miejsce na ziemi?

Otwarte zakończenia są najwspanialszą cechą kina Dardenne’ów. Belgowie zawsze portretują swoich bohaterów w trakcie życiowej podróży. Zwykle poznajemy postaci w niezbyt szczęśliwym punkcie wyjścia i w niezbyt szczęśliwym punkcie się z nimi rozstajemy. A jednak po drodze wydarza się coś, co każe nam mieć nadzieję, że nie wszystko stracone; że świat wcale nie jest tak złym miejscem, jakim na pierwszy rzut oka się zdaje. Symbolem tej nadziei może być Cyril, który w finale „Chłopca na rowerze” zbiera się z ziemi, wsiada na rower i jedzie dalej. Nikt nie wie, gdzie trafi, ani czy jego historia znajdzie szczęśliwe rozwinięcie i zakończenie. Ale przynajmniej ma szansę.

Pułapki i szanse młodości

Skłonność Dardenne’ów do zostawiania otwartych zakończeń wiąże się z tym, że bohaterami ich kina są zwykle ludzie młodzi, którzy większość życia mają przed sobą. Przełknęli już (zbyt) dużo goryczy, ale jeszcze nie uznali jej za główny smak swojej codzienności. Wciąż mają pole manewru i margines błędu. Świadomość czekającej ich przyszłości o niewiadomych kształtach napędza do działania (i zarazem dodaje wigoru samym filmom). Wzmacnia wiarę postaci, że warto zmieniać siebie i swoje życie na lepsze, nawet jeśli nie zawsze się udaje. Młodzi kontrastują pod tym względem z dorosłymi, którzy zazwyczaj na tyle trwale utknęli na swoich pozycjach, że nie są zdolni do zmiany. Dobrym przykładem będzie znów relacja ojca i syna z „Obietnicy”. Roger nie jest złym człowiekiem (bo u Dardenne’ów nikt nie całkowicie złym człowiekiem) – w jednej ze scen wyznaje nawet, że wszystko robi z miłości do Igora. Jednak mężczyzna potrafi już myśleć tylko zgodnie z logiką własnych zysków i strat, podczas gdy jego syn jest jeszcze w stanie zdobyć się na szaleństwo jej zawieszenia i podążenia za swoimi odczuciami.

Młodzi bohaterowie interesują Dardenne’ów jako ludzie negocjujący swoją tożsamość, podejmujący przedwczesne decyzje, od których zależy, kim staną się w przyszłości. Nie idealizują ich, nie widzą w nich uniwersalnego leku na bolączki świata. Czasami młodość wiąże się w kinie Belgów nie tyle z nadzieją, ile z impulsywnością i brakiem odpowiedzialności, które potrafią przynosić opłakane skutki – tak jak w przypadku Bruna, głównego bohatera „Dziecka”, który najpierw sprzedaje dziecko swoje i swojej dziewczyny, a potem z trudem próbuje naprawić ten błąd.

Młodość powraca wprost w tytule najnowszego filmu braci Dardenne. „Młode matki” to ich kolejna opowieść o pragnieniu miłości i bolesnej rzeczywistości wchodzącej mu w paradę; o młodych ludziach, którzy mierzą się z przerastającymi ich problemami. Metoda twórcza pozostaje ta sama, innowacją jest natomiast to, że zwielokrotnieniu ulega liczba postaci, które Dardenne’owie obdarowują swą głęboką uwagą. Ktoś powie, że niepotrzebnie rozwadniają w ten sposób narrację. Ja powiem, że pomnażają siłę jej oddziaływania. Tytułowe matki są różne, tak jak rozmaite są ich sytuacje życiowe i decyzje. I każda z ich historii jest na swój sposób interesująca. Mógłbym je tu pokrótce rozpisać: która z bohaterek cieszy się z narodzin dziecka, a która nie, która ma wsparcie rodziny, która ma jaki charakter – ale i tak nie oddałbym im sprawiedliwości. Dardenne’owie tworzą postaci z krwi i kości, skomplikowane i pozostające w złożonych sieciach relacji, a świetnie obsadzone aktorki dają im życie na ekranie.

Czytałem komentarze, że nowy film Dardenne’ów działa niczym najskuteczniejsza reklama klinik aborcyjnych. Dziwią mnie one o tyle, że „Młode matki” – jak wszystkie najlepsze filmy Belgów – są efektem spojrzenia na świat trzeźwym okiem dostrzegającym złożoność każdej sytuacji. Duet twórców nie zmierza ku jasnym konkluzjom, daje jedynie możliwość towarzyszenia z osobna wszystkim bohaterkom, kibicowania im, a także dzielenia z nimi smutków i radości. A w finale jak zwykle autorzy stawiają wielokropek, tym razem w wyjątkowo rozczulających okolicznościach. Jedna z bohaterek, jej chłopak i dawna nauczycielka wyśpiewują słowa „Pożegnania” Guillaume’a Apollinaire’a, wiersza melancholijnego, ale zarazem kojącego. Co jednak najważniejsze: śpiewają razem. To płomyk nadziei, że mimo przeciwności losu wspólnymi siłami wszystko da się ułożyć. Płomyk, który bracia Dardenne podtrzymują konsekwentnie od trzydziestu lat.