Nr 3/2026 Na teraz

Przeminęło z kadrem

Dominika Gracz-Moskwa
Komiks

„Krew dziewicy” Sammy’ego Harkhama to panoramiczna opowieść mieszcząca w sobie wiele różnych porządków i perspektyw. Nawet jeśli to zdanie jawi się jako truizm – w przypadku tego komiksu faktycznie tak jest. Powstająca przez czternaście lat historia momentami może zdawać się zbyt dygresyjna – ale to tylko wrażenie. Narracja, owszem, odpływa od głównych postaci i wątków, lecz trzymana jest przez spajające ją uniwersalne tematy, często oparte na zasadzie biegunowości. Chodzi o takie kwestie, jak przenikania się tego, co prywatne i publiczne, osobiste i historyczne, zakryte i widoczne. Dialektyczny porządek nie jest jednak jedynym sposobem, w jaki Harkham zorganizował swoją narrację. Drugim chwytem narracyjnym jest nieustanny ruch, często wywołujący poczucie chaosu, a przez to męczący. W tym wszystkim – wszak oba porządki konotują swego rodzaju ogrom – autor wykazał niezwykłą sprawność w prowadzeniu i kontrolowaniu narracji. Żeby o niej opowiedzieć, muszę przejść przez komiks krok po kroku – nie uniknę więc zdradzania kolejnych elementów fabuły.

To mogłaby być bardzo schematyczna, niemal archetypiczna, opowieść. Historia mężczyzny goniącego za sukcesem – po trosze możliwym, po trosze urojonym – i ludzi wokół, którzy z powodu działań bohatera w jakiś sposób cierpią. Seymour, 27-letni montażysta, jest typowym samotnikiem, zamkniętym i skupionym wyłącznie na sobie, nieustannie szukającym zawodowego spełnienia. Aż otwiera się przed nim szansa awansu. Brzmi jak fabularna kalka. Na szczęście „Krew dziewicy” znacznie wykracza poza ramy tego schematu.

Opowiadam więc fabułę jeszcze raz. Los Angeles, lata 70. Seymour, syn imigrantów, pracuje w branży filmowej, w raczej podrzędnym studiu produkującym taśmowo horrory klasy B. Ma żonę, małe dziecko i całą masę problemów. Zawodowych – pracy jest dużo, przytłacza, ale bohater wciąż, na przekór wszystkim branżowym czynnikom, ma nadzieję na sukces. I prywatnych – dziecko nie daje spać, żona jest zmęczona i niezadowolona, a lista niezałatwionych spraw (zabrać auto do mechanika, zgłosić zarządcy problem z pleśnią, wyrzucić śmieci…) tylko się wydłuża. Bieżączka, chaos, nawarstwiające się frustracje prowadzą do coraz większego napięcia. Czy to ponownie nie brzmi jak dobrze osadzona w kulturze fabuła?

Być może tak – dlatego znów warto wniknąć w nią nieco głębiej i zobaczyć, jak Harkham splótł te wątki. Pierwszym problemem, który spaja napięcia rodzinne, jest relacja między żoną Seymoura a członkami jego familii. Ida żali się na brak akceptacji ze strony rodziny męża – mniej ze względu na konflikt charakterów, a bardziej ze względu na pochodzenie. On jest pochodzącym z Iranu żydem sefardyjskim, ona żydówką aszkenazyjską z europejskimi korzeniami. Drugim problemem odbijającym się na rodzinnych kłopotach jest ciągła nieobecność Seymoura – a zatem kwestia wynikająca z jego obiecującego zawodowego wyzwania, które pochłania czas mężczyzny próbującego – za wszelką cenę, lecz bezskutecznie – zachować tu jakiś balans (jeśli pojawia się plan na spędzenie czasu wspólnie z żoną, torpeduje go niesłowna opiekunka). Krok po kroku małżonkowie zaczynają, każde na własną rękę, poszukiwać ukojenia – on w ramionach kolejnych kobiet, ona w bólu, wyciągając dłoń ku gorącej parze. O ile w sferze rodzinnej brakuje kompromisów, o tyle do sporej ich liczby bohater jest zmuszony w sferze zawodowej. Plan filmowy to poligon, na którym ścierają się osobowości i pomysły, a czasu na nakręcenie wszystkiego tak, jak by się pragnęło, jest zawsze za mało. Więcej tu improwizacji niż przemyślanych działań. Nie jest to bynajmniej droga do sukcesu…

Nie będę kolejny raz sięgać po chwyt „znamy? to pogłębmy”. Nie jest to konieczne, bo narracja dość niespodziewanie zmienia tory mniej więcej w połowie komiksu. Nie chodzi o to, że Ida wraz z dzieckiem wylatuje do swoich rodziców do Auckland, a Seymour zostaje w Stanach – ale o to, że my przestajemy towarzyszyć któremukolwiek z nich.

Cofamy się w czasie do Coconino w Arizonie, do roku 1915. Joe, prosty chłopak pracujący przy koniach, trafia na plan filmowy. To doświadczenie zmienia jego życie – wyrusza do Fabryki Marzeń i zaczyna współpracę z reżyserem i producentem Bertramem Colem. Historia Joego nie ma konkretnego połączenia z wątkiem Seymoura – nie okażą się spokrewnieni ani nie zostaną sąsiadami, nie będą razem pracować, młodszy nie natrafi w żadnych przypadkowych archiwach na wspomnienie o Joem. Ta, wydająca się osobną, wtrącona opowieść o początkach branży filmowej łączy się jednak z historią Seymoura (a także jemu podobnych), ukazując działanie mechanizmu: Hollywood karmi się pracą ludzi napędzanymi marzeniami i ambicjami, wiele obiecuje, ale trzyma też w nieustannej niepewności. Tak jak Joe otrzymuje od Bertrama ogromną szansę, która odmienia jego życie, tak i Seymour otrzymuje ją od swojego przełożonego Vala. I Seymour, tak jak Joe, zostaje wykiwany przez wyżej postawionego w hierarchii. Harkham opowiada więc historię nieustającego wyzysku, relacji opartej na władzy napędzanej pieniędzmi i wpływami. Pokazuje ją z perspektywy tych, którzy zostają do tej machiny wciągnięci i przez nią przemieleni.

Wydaje się, że już rozumiemy, na jakiej konstrukcji oparto komiks? Ale czytamy dalej – a autor postanawia wykonać kolejny twist. Trafiamy do Budapesztu w roku 1942. Krótki, niemy komiks opowiada historię dwóch Żydówek – matki i córki – które stają się ofiarami eksterminacji ludności i wywózek do obozu. Matce jednak udaje się samotnie uciec – wsiada na statek, którym dotrze to Nowej Zelandii, tu założy rodzinę i urodzi dwie córki. Po pierworodnej nie zostaje żaden ślad. Matka nigdy nie opowie swojej nowej rodzinie o doświadczeniach wojennych.

Harkham nie jest więc konsekwentny w sposobie, w jaki ukontekstawia wątki głównych bohaterów – o ile postać Joego nie ma nic wspólnego z Seymourem, o tyle pogłębienie wątku Idy następuje przez ujawnienie czytającym niewypowiedzianej historii z życia jej matki. Ale owa różnorodność jest atutem komiksu, który staje się katalogiem różnych sposobów prowadzenia i konstruowania narracji. Autor znakomicie panuje nad rozproszonymi wątkami, które, gdy przychodzi ich czas, powracają, czasem wyraźnie, a czasem tylko subtelnie zaznaczone w tle. Harkham wtrąca poboczne historie, porzucając prowadzenie głównego wątku, ale nie tracąc skupienia na nim. Ma przy tym słabość do łączenia odbić, dualizmów i kompozycyjnych klamr – zdaje się, że zabiegów niezbędnych, gdy chce się zapanować nad opowieścią tak szeroką.

Mnogość wątków może sprawić, że komiks wyda się komuś urwany albo nawet podążający donikąd. Ale Harkham ma chyba podobny cel – nie chodzi o to, że zmierza donikąd (opowiada przecież zamkniętą historię), ale o to, że chce nam pokazać, iż żaden życiorys nie wydarza się w próżni. Równolegle, obok, toczą się inne – czasem podobne, a czasem zupełnie odmienne – ludzkie losy. Jedne pozostają na zawsze osobne, inne przecinają się z naszymi.

Nie będzie to niespodzianka, że opowieść zamyka takim ulubionym chwytem: linkiem i klamrą. Seymour i Ida przechadzają się po opuszczonej i zdewastowanej posiadłości Joego. Jego opowieść, kiedyś ważna (przynajmniej dla niego, może także dla filmowej branży), przeminęła. Tak samo jak przeminęły inne przodków bohaterów. I jak przeminie historia Seymoura i Idy. Być może to jedna z odpowiedzi na pytanie, o czym jest ten komiks – o tym, że równolegle wydarza się wiele historii, które być może nie łączą się, nie przetną, ale podzielą wspólny los: przeminą.

Chciałoby się powiedzieć – samo życie. Ale jak wprawnie opowiedziane!

Sammy Harkham, „Krew dziewicy”
tłumaczenie: Wojciech Góralczyk
Kultura Gniewu
Warszawa 2026