Nr 12/2025 Na dłużej

PRZEGLĄD PŁYTOWYCH PÓŁEK: bastille musique

Piotr Tkacz-Bielewicz
Muzyka Cykl

bastille musique to butikowe wydawnictwo z Berlina, zainicjowane w 2014 roku przez Sebastiana Soltego. Pierwszy album wypuściło po dwóch latach od powstania, w 2016 roku. Specjalizuje się w muzyce współczesnej, choć w pierwszych latach funkcjonowania labelu zdarzały się też wycieczki w dawniejsze wieki: w katalogu pojawiały się takie uznane nazwiska, jak Gustav Mahler, Franz Schubert, Ludwig van Beethoven, Johann Sebastian Bach. To jednak wydaje się pieśnią przeszłości – obecnie obszarami przede wszystkim interesującymi label są wieki XX i XXI. W katalogu znajdziemy takich klasyków współczesności, jak Luciano Berio, Iannis Xenakis, Gérard Grisey, Helmut Lachenmann, Pierre Boulez, a także młodszych twórców i twórczynie (takich jak choćby Brigitta Muntendorf). Ważnym aspektem dla funkcjonowania bastille musique jest bliska współpraca z niemieckimi radiostacjami i ich orkiestrami. O stosunku do muzyki wiele mówi także strona materialna – albumy są bardzo ładnie wydane: opakowane w prosty karton, a same płyty zawinięte w czarną bibułę, co nadaje im posmak surowej elegancji.

Claude Vivier, „Kopernikus

To pierwszy album i zarazem bardzo ciekawy wybór na rozpoczęcie działalności: dzieło kompozytora znanego, ale nie do końca rozpoznanego. Kanadyjskiego twórcę otacza legenda muzyka niemal przeklętego, który umarł młodo i tragicznie, a co więcej, przewidział własną śmierć i niejako ją zakomponował w swoim ostatnim utworze. W 1982 roku Claude Vivier dostał stypendium na wyjazd do Paryża (żeby skomponować operę o śmierci Czajkowskiego), a w kolejnym roku został zamordowany w swoim mieszkaniu przez młodego kryminalistę. Na jego biurku znaleziono manuskrypt niedokończonego utworu, w którym narrator o imieniu Claude opowiada o silnym pociągu, jaki odczuwa do spotkanego przypadkiem w metrze młodego mężczyzny – ten zaś po krótkiej rozmowie zabija go.

W fascynację śmiercią wpisuje się też „Kopernikus”, którego twórca określił operą-rytuałem śmierci. „Chcę, żeby sztuka była aktem sakralnym, objawieniem sił, komunikacją z tymi siłami. Muzyk nie powinien jedynie tworzyć muzyki, ale raczej momenty objawienia, momenty inkantacji sił natury – sił, które istniały, istnieją i będą istnieć, sił, które są prawdą” – mówił Vivier. Gra toczyła się o wysoką stawkę, a jej efektem jest dzieło nad wyraz oryginalne. By opowiedzieć o niewypowiadalnym doświadczeniu, Vivier stworzył własny język. To tyczy się nie tylko faktycznego języka, w jakim się tu śpiewa, ale także języka muzycznego, który trudno porównać z czymkolwiek (może adekwatnym skojarzeniem byłby Olivier Messiaen). Zainteresowanych można odesłać do albumu „Lonely Child”, który zawiera utwory kameralne Kanadyjczyka.

Wolfgang Rihm, „Goethe-Lieder

To opowieść o tym, jak się zostaje klasykiem: Wolfganga Rihma zawsze ciągnęło do przeszłości, co u niektórych budziło wobec niego niechęć. Etos awangardy w Niemczech, skupionej wokół Wakacyjnych Kursów Nowej Muzyki w Darmstadcie i postaci Karlheinza Stockhausena, był bardzo silny. Rihm początkowo pozostawał w orbicie jej wpływów – pobierał nauki u Stockhausena, uczestniczył w kursach, a potem nawet na nich wykładał. W latach 70. został zaliczony do tak zwanej nowej prostoty, której celami miały być bezpośredniość i komunikatywność – sam Rihm, jak to często bywa, odżegnywał się od tego określenia. Tak czy inaczej zyskał sobie uznanie nie tylko za utwory instrumentalne, ale także za dzieła sceniczne. Pieśni, które znajdziemy na płycie „Goethe-Lieder”, są teatrem w miniaturze. Zasadniczo nie ma w nich nic awangardowego – język muzyczny jest bardzo przystępny, choć w żadnym razie nie do pomylenia z dawnymi twórcami. A przecież Rihm, chcąc nie chcąc (ale raczej chcąc), wpisuje się zarówno w potężną tradycję niemieckiej Lieder, jak i w poczet twórców inspirujących się Goethem. Może nawet więcej niż „chcąc” – bo robi to świadomie: cykl pieśni skomponował na osiemdziesiąte urodziny swojego przyjaciela Wilhelma Killmayera, rozpoczynając od utworu „An Zelter”, czyli wiersza, który Goethe napisał dla swojego wieloletniego przyjaciela, kompozytora Carla Friedricha Zeltera, na jego urodziny.

Gustav Mahler, „Symphonie nr 5

To z kolei psikus od bastille musique – kompozytor znany z wielkich obsad, którego jeden z utworów przezywa się „symfonią tysiąca”, żartując z tego, ile potrzeba osób do jej wykonania, na wydawanej przez nich płycie pojawia się w wersji kameralnej. Klaus Simon przepisał jego ikoniczną symfonię na osiemnaścioro muzyków, a efekty są olśniewające. Dziełu nie brakuje nic z jego mocy, a słuchaczowi ukazują się nowe kolory. Co zresztą ciekawe, takie wersje mają już swoją historię. Po śmierci Mahlera miłośnicy jego twórczości, chcąc przekonać dyrygentów do jego muzyki, musieli stworzyć tak zwane redukcje – wersje na fortepian bądź małą obsadę, jako że nie było szansy, żeby potencjalnie zainteresowanemu dyrygentowi przedstawić pełnoprawną wersję orkiestrową. W zredukowanych wersjach utwory swojego mistrza przedstawiał Arnold Schönberg podczas wymyślonych przez siebie wieczorów Verein für musikalische Privataufführungen, kiedy to cieszono się i delektowano muzyką w zamkniętym gronie (co było pokłosiem tzw. Skandalkonzert). Na to nakłada się intrygująco współczesność, kiedy to z jednej strony w pandemii sięgano po zmniejszone składy, a z drugiej, po pandemii, cięcia budżetowe powodują, że warto mieć takie wersje pod ręką. Ciekawe, co Mahler – sam przecież zaprawiony w bojach dyrygent – by na to wszystko powiedział.

Luke Bedford, „Besilvering” + „Through his Teeth

bastille musique ma słuszną strategię, jeśli chodzi o żyjących kompozytorów – nie ściga się z większymi graczami o duże nazwiska, tylko stawia na własne odkrycia. Tak jest z Brytyjczykiem Lukiem Bedfordem, którego opera „Through his Teeth” dobrze się wpisuje w nurt małych obsad. Mamy tu trzy głosy i zaledwie osiem instrumentów, ale to wystarczy zdolnemu kompozytorowi do zbudowania pełnoprawnej muzycznej wypowiedzi. A zarazem (nieco paradoksalnie) sprzyja także niedopowiedzeniom, co zdaje się odpowiadać zarówno jemu, jaki i libreciście Davidowi Harrowerowi. Początkiem ich współpracy było zamówienie z Royal Opera House do adaptacji historii Fausta (Goethe wraca). Twórcy odeszli jednak daleko od pierwowzoru, zamiast tego opierając się na historii pewnego oszusta, który zwodził kobiety. Opowieść mało zdradza i zostawia bardzo dużo miejsca na domysły – przez co bardzo oddziałuje na odbiorcę. Podobnie skomponowana została muzyka – jest w niej bardzo dużo przestrzeni. Zarazem nie mamy do czynienia z żadnym lejącym się ambiento-minimalizmem – muzyka jest bardzo wyrazista. W książeczce dołączonej do płyty Cornelius Bauer zwraca uwagę, że „Bedford rzadko używa zamkniętych muzycznych form; zamiast tego rozmywa figury i stale transformuje muzyczne powierzchnie, tworząc otwartą progresję o nieokreślonym celu, która włącza nagłe zmiany kierunku jako jedną z dostępnych opcji”.

„Besilvering” zawiera utwory kameralne z lat 2002–2019 i stanowi pokaz wszechstronności artysty, który jako ważne dla niego postaci, obok swoich nauczycieli Simona Bainbridge’a i George’a Benjamina, wymienia Griseya i późnego Ligetiego. Ja w jego muzyce słyszę także wpływy Rebekki Saunders i Salvatore Sciarrino.

Klaus Ospald, „Escribí

Na zakończenie proponuję jedną z ostatnich publikacji bastille musique w postaci muzycznej monografii Klausa Ospalda. Ten, podobnie jak Bedford, także jest w Polsce praktycznie nieznany. Miejmy nadzieję, że ten niedawny krążek z utworami z lat 2014–2022 coś w tej sferze zmieni. Ospald, zapytany o wpływy, przedstawia imponującą listę nazwisk: Beethoven, Schubert, Mahler, Schönberg i Luigi Nono. Przyznaje też, że nie znosi jakiejkolwiek ornamentacji, i być może jest to coś, co łączy jego i Bedforda – ich muzyka jest pozbawiona jakichkolwiek niepotrzebnych elementów, jakby obiektywna, a przy tym jednak wzbudzająca wiele emocji.

Trudno o bardziej trafne ujęcie tego, co proponuje katalog bastille musique.