Nr 16/2021 Na teraz

Przedział ufności

Marcin Stachowicz
Film

„Anders Thomas Jensen to wspomnienie / Anders Thomas Jensen to Profesor / To Kolega ze szkoły średniej” – mógłby wyskandować Kazik Staszewski, gdyby wciąż istniał. „Jabłka Adama” (2005), oglądane w niedziałającym już radomskim kinie Hel, były jak niespodziewany sus do królika nory. Humor czarny jak wszystkie moje ówczesne ubrania; sentymentalizm słodki niczym refren nu-metalowego bangera; groteska tak bardzo inna od tego, co miało wówczas do zaoferowania polskie kino. Pamiętam, że byłem tym seansem zachwycony, że chciałem oglądać już tylko takie filmy, do końca świata słuchać hardcore punka i chodzić na „Jabłka Adama”.

A potem Anders Thomas Jensen zniknął, rozpłynął się w powietrzu, powędrował w swoją stronę, do królestwa scenariopisarstwa. Ponieważ wychował mnie lokalny kult Reżysera, przez długi czas w ogóle nie zawracałem sobie głowy scenarzystami – Jensen mignął mi wprawdzie jako współautor tekstu do „Antychrysta” (2009) Larsa von Triera, ale prawdziwym artystą był tu Lars, nie Anders, to jasne. „Mężczyźni i kurczaki” z 2015 roku – kolejny film, przy którym Jensen objął kierownicze stery – nie doczekały się nawet polskiej dystrybucji. Duńczyk wyreżyserował mój gust filmowy, a potem zniknął z radarów, schował się w słowie, zwiał przed odpowiedzialnością. Tak to wówczas widziałem i dlatego do seansu „Jeźdźców sprawiedliwości” podszedłem jak do wizyty u starej belferki, która nauczyła mnie szaleństwa, a potem przeszła na wcześniejszą emeryturę – z miłością, ale nie bez pretensji. Gdzie się ukrywałaś przez te wszystkie lata? I czy udało ci się nie zwapnieć?

Na „Jeźdźców…” udałem się więc bez większych oczekiwań, ale szok chwycił mnie już po kilku pierwszych scenach: poetyka wypracowana przez Jensena wciąż jest świeża, mistrzowsko spójna, uszyta idealnie na miarę kinowego ekranu. Mroczna komedia, antybajka, kino zemsty, erozja męskości oraz film świąteczny – jeśli myślicie, że z takiego miksu powstanie kipisz nie do rozplątania, to nie ten adres. Korzeniami wyrastający z doświadczeń Dogmy 95, ale od wielu lat robiący rzeczy „przychylne” widzowi, Jensen potrafi bez fałszu mieszać skrajne tonacje: raz swoich bohaterów przytula i posypuje cukrem, za chwilę brutalnie wyśmiewa, obnaża ich słabości i traumy w sposób przekraczający wszelkie tragikomiczne tabu (patrz: scena z wypiętym, gołym tyłkiem na środku rżyska). Jeśli miałbym określić w jednym zdaniu, o czym są „Jeźdźcy sprawiedliwości”, powiedziałbym, że to film o wykuwaniu nowej męskiej wrażliwości z chaosu sprzecznych oczekiwań, bodźców i popkulturowych obrazków. Męskość jest tutaj teatrem, inscenizacją najbardziej skrajnych chłopięcych fantazji o posiadaniu nadludzkich mocy. Żołnierz-cyborg nie ma emocji, za to miażdży swoich wrogów jednym ruchem ręki; przykuty do krzesła haker z kilkunastu monitorów odczytuje przeszłość, przyszłość i dowolną ludzką tożsamość; genialny statystyk śledzi zależności między nerwicą natręctw a miejscem zajmowanym w wagonie kolejki miejskiej. Żeby oswoić tragedię, nadać sens stracie, nie zwariować od wyrzutów sumienia, świat musi zostać opleciony siecią drobiazgowych powiązań, spiskowych teorii dziejów, nieludzkich zbrodni. A na końcu z hukiem eksplodować, ujawniając swój sentymentalny, lecz prawdziwy rdzeń: potrzebę bliskości, opieki, zależności od innych.

Początek nie zapowiada żadnych gatunkowych fajerwerków, jest za to ślicznie absurdalny: miejski bazarek, dziewczynka ze Świętym Mikołajem chcą kupić rower. Ona chce niebieski, sprzedawca ma czerwony – nic nie szkodzi, sprawę da się załatwić w nocy, za pomocą odpowiednio twardych obcęgów. Kradzież uruchamia (ale czy na pewno?) łańcuch nagłych wydarzeń: matka zupełnie innej dziewczyny ginie w wypadku, a jej ojciec Lucas (Mads Mikkelsen) – żołnierz cierpiący na PTSD – musi wrócić z misji i przejąć opiekę nad nastoletnią córką, której w gruncie rzeczy nie zna. Wybuchowy, spędzający wieczory z butelką wódki, nie za bardzo wie, co zrobić, kiedy u jego drzwi staje trzech podekscytowanych nerdów: uciekający z depresji w teorie spiskowe mistrz rachunku prawdopodobieństwa Otto (Nikolaj Lie Kaas), wybitny haker i uczestnik nieskończonej liczby sesji terapeutycznych Lennart (Lars Brygmann) oraz Ementaler (Nicolas Bro), również genialny komputerowiec, człowiek zafiksowany na punkcie zemsty za bullying, którego ofiarą padł jako młody chłopak (ma sporą nadwagę).

mat. dystrybutora

Brzmi to wszystko jak początek komediohorroru w stylu coming-of-age – jakiejś kolejnej mutacji „Stranger Things” albo „It” – z tą różnicą, że wszyscy czterej „jeźdźcy sprawiedliwości” dawno przekroczyli czterdziestkę. Otto i Lennart mają dane i plan, chcą wszcząć śledztwo, zdemaskować mafijną ustawkę, potrzebują tylko odpowiednio wielkiej stodoły na centrum dowodzenia oraz faceta pasującego do konwencji revenge movie. Lucas spełnia oba te warunki, zawiązuje się więc coś na kształt oddolnej komuny psychoterapeutycznej – również z udziałem córki Lucasa, Mathilde (Andrea Heick Gadeberg), i jej chłopaka Siriusa (Albert Rudbeck Lindhardt), gościa w typie młodego lewicowego (nad)wrażliwca – która z doświadczeniem straty radzi sobie o wiele lepiej niż sto profesjonalnych sesji za miliony duńskich koron.

Patrząc na tę bandę zmagających się ze sobą i światem cudaków, ktoś mógłby uznać, że Jensen popadł w nihilizm albo i jeszcze gorzej – że bije bez opamiętania we wszystkich i wszystko, bo stał się dziadersem z tendencją do moralizowania. Rzeczywiście, nie ma tutaj taryfy ulgowej dla żadnej z nowoczesnych technologii wiary i władzy: badań statystycznych, cyfrowych algorytmów, kultury wellness, psychoterapii, populizmu opartego na ksenofobii i nieustającym poszukiwaniu „wroga numer jeden”. Wykpiony zostaje toksyczny kult macho, ale też młodzież nastawiona na przepracowanie każdej niedobrej myśli i dogodzenie każdej tożsamości. To, co rości sobie prawo do statusu wiedzy pewnej, obiektywnej i jedynie słusznej, budzi u Jensena nieufność, przekorę, chęć polemiki czy nawet – rywalizacji. Twierdzicie, że wystarczy połączyć ze sobą dostatecznie dużo faktów, przeprowadzić kilka zaawansowanych analiz matematycznych, przyozdobić ścianę galerią kartek samoprzylepnych, żeby dostać odpowiedź na każde pytanie i przejąć pełną kontrolę nad chaosem rzeczywistości? W takim razie udowodnię wam, że świat to pierwotna magma i że obiektywność warta jest tyle, ile najbardziej pojechana teoria spiskowa. Chcecie nagiąć każdy dowód do własnych oczekiwań? Świetnie, już lecę wam pokazać, jacy z was niepoprawni idioci.

Ten bunt jest intuicyjny, możliwy jedynie w trybie groteski i komedii, wyolbrzymienia rzeczy małych, nikczemnych i słabych. To chyba dlatego Mikkelsen gra tutaj karykaturę samego siebie (a ściślej: swojego medialnego wizerunku) – zafrasowanej, nieruchomej twarzy towarzyszą napompowane mięśnie, broda drwala i tendencja do impulsywnego zadawania bólu. Zaprowadzanie władzy siłą jest szaleństwem, próba zrozumienia świata za pomocą nadmiaru danych jest szaleństwem, w relacjach oddanie i sympatia bez ustanku krzyżują się z wściekłością, którą trzeba na kimś wyładować. W „Jeźdźcach…” nie ma jednak otwartych zakończeń, ślepych uliczek, a już tym bardziej – cynizmu. To przecież także film bożonarodzeniowy, karmiący się kiczem choinki, swetrów w renifery i nietrafionych prezentów. Idiotyczne decyzje i zachowania nie przekreślają mądrości ani nie zamykają drogi do przemiany brutala w człowieka. Jensen empatyzuje z głupotą, współodczuwa z toksycznością, ale tylko po to, żeby finalnie pozwolić im odejść. Staje po stronie otwartości, lecz w kontrze do pewności: każdy może się mylić – twierdzi – więc chyba lepiej zaryzykować i zagrać w życie, a nie uciekać w statystykę. No i zapytać o cudzą wersję wydarzeń, zanim połamie się adwersarzowi wszystkie kości. Ale nawet kiedy nie ma już co zbierać – nawet wtedy nie jest jeszcze za późno.

 

„Jeźdźcy sprawiedliwości”
reż. Anders Thomas Jensen
premiera: 24.09.2021