Nr 10/2026 Na teraz

Powrót do przyszłości

Jan Brzozowski
Film Środowisko Recenzja

Hasło promujące za granicą animowany debiut Ugo Bienvenu, „Arco”, jest nieco surrealistyczne, a jednocześnie genialne: „Co gdyby tęcze były tak naprawdę ludźmi z przyszłości podróżującymi w czasie?”. Wystarczy jedno, właściwie zadane pytanie, aby rozbudzić ciekawość potencjalnych widzów. Owa ciekawość zostaje zresztą dość szybko zaspokojona – film otwiera bowiem poranek z życia tęczowych podróżników.

Do zaistnienia takiego fenomenu jak tęcza potrzeba specyficznego mariażu zjawisk. Deszcz i słońce muszą wejść ze sobą w chwilową komitywę i pojawić się na niebie w tym samym momencie, aby na horyzoncie zarysował się charakterystyczny, wielobarwny łuk. Pojawianiu się tęczy próbowano nadać kulturowy sens od dawna: w mitologii greckiej powiązana była ona z boginią Iris, posłanką na usługach bogów olimpijskich, łączącą ze sobą dwa światy. W irlandzkim folklorze funkcjonowała natomiast jako swego rodzaju mapa – most, na końcu którego znajdował się skarb pilnowany przez złośliwego skrzata w zielonym kubraczku. Bienvenu proponuje nam w „Arco” zupełnie nowe wytłumaczenie dla tego zjawiska. Również związane z podróżami – tak jak w przypadku mitologii greckiej czy irlandzkiej –  ale w czasie.

Akcja zawiązuje się za sprawą zamaszystej podróży między wiekami. Po krótkiej wizycie w epoce dinozaurów rodzina Dorellów powraca do pierwszej połowy XXX wieku. Na matkę, ojca i siostrę czeka w domu dziesięcioletni Arco. Chłopiec słucha łapczywie opowieści bliskich, marząc o zobaczeniu na żywo tyranozaurów i pterodaktyli. Niestety podróże w czasie dozwolone są dopiero od dwunastego roku życia. Mający poczucie niesprawiedliwości i wykluczenia Arco pod osłoną nocy kradnie kombinezon i magiczny kryształ, służący do zakrzywiania światła, i rusza na swoją pierwszą wyprawę. Zamiast w środek jury albo kredy bohater trafia jednak do roku 2075, w którym poznaje rezolutną Iris. Dziewczynka pomaga mu wrócić do domu.

Bienvenu utrzymuje swój debiut w klimacie kina nowej przygody. Nie brak tu brawurowo zrealizowanych sekwencji pościgów, eksploracji opuszczonych jaskiń i innych sytuacji na krawędzi życia i śmierci. Podobnie jak w „Goonies” albo „E.T.”, główni bohaterowie to dzieci, które stykają się z rzeczami niewyobrażalnymi dla dorosłych. Wyzwolone spod rodzicielskiego jarzma przeżywają przygodę życia, ścigane przez wszystkich dookoła. Tym, co jednak odróżnia „Arco” od amerykańskich filmów Richarda Donnera i Stevena Spielberga, jest brak klasycznie rozumianego antagonisty. Przez moment wydaje się, że taką funkcję sprawować będą trzej bracia – maniakalni wyznawcy teorii spiskowych podążający za Iris i Arco. Kiedy nadchodzi moment próby, stają oni jednak na wysokości zadania, wyciągając do chłopca i dziewczynki pomocną dłoń.

mat. prasowe Kino Świat

Jeżeli mielibyśmy szukać w „Arco” kogoś, kto sportretowany zostaje w opozycji do nieco naiwnych, ale pełnych dobrych chęci postaci, to odnaleźlibyśmy własne odbicie. Bienvenu od samego początku sytuuje akcję filmu pomiędzy dwoma światami, a właściwie dwiema skrajnymi wizjami przyszłości. Tę bardziej odległą przedstawia w estetyce solarpunku – najbardziej optymistycznego podgatunku science fiction. Ludzie mieszkają na platformach ukrytych wysoko pośród chmur. Ich domy są samowystarczalnymi źródłami energii, a ogródki wypełnione grządkami samodzielnie uprawianych roślin i hodowanymi zwierzętami. Ziemia w tym czasie – jak to ładnie określa tytułowy bohater – „odpoczywa”, wolna od swoich najbardziej aroganckich i szkodliwych mieszkańców.

Powód, dla którego planeta potrzebuje odpoczynku, poznajemy, kiedy akcja przenosi się do bliższej przyszłości. Na pozór wszystko jest tutaj w porządku. Technologia poszła do przodu, na drogach pojawiły się lewitujące pojazdy, a humanoidalne roboty zagościły w domach, szkołach i służbach mundurowych. Koszty skoku cywilizacyjnego Bienvenu ukrywa na drugim planie. Gwałtowne, nieprzewidywalne zjawiska pogodowe pustoszą miasteczko, w którym mieszka Iris. Kiedy dziewczynka jedzie na skuterze do szkoły, musi lawirować między drzewami powalonymi w nocy przez wichurę. Roboty jeszcze nie zdążyły uprzątnąć ulic, a na horyzoncie już zaczyna majaczyć gigantyczny pożar, pochłaniający kolejne połacie lasu. Okoliczni mieszkańcy zdają się jednak niczego nie zauważać – widok na świat przysłaniają im cybernetyczne okulary przypominające gogle VR, podczas gdy narażone na niebezpieczeństwo domy chronione są przez magnetyczne pola siłowe. Wypełniona nowoczesnymi wynalazkami, niedaleka przyszłość ma w „Arco” charakter dyskretnej antyutopii. Planeta trawiona jest w niej przez skutki katastrofy ekologicznej, do której doprowadziły postępujący konformizm i ludzka ignorancja.

Żadnej z wymienionych rzeczy Bienvenu nie mówi nam w swoim filmie wprost. Dydaktyka ma w „Arco” wymiar bardzo subtelny, nienachalny. Ekokrytyczny charakter dzieła zaszyfrowany zostaje między ujęciami, ustępując miejsca uniwersalnej historii o dorastaniu, poszukiwaniu własnej tożsamości i rodzącej się przyjaźni. To właśnie mariaż kina inicjacyjnego, przygodowego i zaangażowanego w kwestie ochrony środowiska sprawił, że w co drugiej recenzji filmu Bienvenu przewijają się porównania do twórczości Hayao Miyazakiego. Nie są one, rzecz jasna, bezpodstawne. Poza wspólnymi tematami francuskiego twórcę łączy z założycielem studia Ghibli artystyczna przeszłość (obaj zaczynali od tworzenia komiksów) i niechęć do korzystania ze sztucznej inteligencji. Wszystkie kadry w „Arco” zostały narysowane ręcznie przez specjalistyczny zespół animatorów, złożony w dużej mierze z absolwentów uczelni, na których Bienvenu gościnnie wykładał. Taki model pracy ma dla początkującego reżysera głęboki wymiar etyczny. „Chodzi nawet nie tyle o ochronę stanowisk pracy, ile o to, co czyni nas ludźmi” – stwierdził w jednym z wywiadów.

W kontekście podobnego wyznania tym bardziej ciekawy jest sposób, w jaki przedstawiona zostaje w „Arco” sztuczna inteligencja. Roboty są w świecie Iris wszechobecne. Ludzie wysługują się nimi właściwie we wszystkim: maszyny załatwiają za nich codzienne sprawunki, opiekują się ich dziećmi, pilnują porządku na ulicach. Pytanie, jakie stawia w tym miejscu Bienvenu, dotyczy ludzkiego zaangażowania. Czy powierzenie tak wielu aspektów życia społecznego sztucznej inteligencji czegoś nam nie odbiera? Czy za cenę czasu i komfortu czegoś po drodze nie tracimy? Odpowiedź jest oczywista. Dość powiedzieć, że Iris ma znacznie głębszą relację ze swoim robotem-niańką Mikkim niż z wiecznie nieobecnymi, pracującymi w innym mieście rodzicami.

Krytyczny namysł nad rozwojem AI i tym, jak technologia wpływa na organizację naszego życia, sprawia, że „Arco” zestawić można z innym świetnym francuskim filmem animowanym – „Mars Express. Świat, który nadejdzie”. Jérémie Périn wykreował w nim dystopijną przyszłość, w której sztuczna inteligencja powiedziała swoim twórcom „stop” i postanowiła wyswobodzić się z ucisku, tworząc nową cywilizację na własnych zasadach. Tak jak wiele innych tekstów kultury z gatunku science fiction zarówno „Mars Express”, jak i „Arco” traktować można w kategorii ostrzeżenia – przestrogi przed tym, w jaką stronę zmierza nasza cywilizacja. W przeciwieństwie do nihilistycznego filmu Périna debiut Bienvenu niepozbawiony jest jednak nadziei. Wiek XXX, choć odległy, maluje się przecież w optymistycznych, solarpunkowych barwach. Po deszczu wyszło słońce, a na horyzoncie pojawiła się tęcza.

„Arco”
reż. Ugo Bienveneu
premiera: 17.04.2026